PiS - konstytucja 2010.pdf

środa, 6 maja 2015

Złodziejka krzyża



Marcin Kącki

Szkolna pedagog uznała, że skoro matematyczka zdjęła krzyż, to wszystko mogła ukraść

Grażyna Juszczyk całe życie toczyła wojnę z matką. Dla niej wzięła kościelny ślub, posłała syna do komunii. Matka już z demencją, przestała wojować o Kościół, ale na wszelki wypadek córka wyłącza telewizję, by matka nie słuchała o awanturze o krzyż.

Rada

W lutym 2013 roku do Zespołu Szkół Sportowych w Krapkowicach przyjechać ma biskup z Opola. Katecheta szkolny ksiądz Krzysztof Wojnarowski zauważa, że w pokoju nauczycielskim nie ma krzyża. Zbiera podpisy nauczycieli, a gdy ma większość, wiesza krzyż. Nieduży, 20 cm, z masy perłowej. Biskup przyjeżdża, święci krucyfiks.

Grażyna Juszczyk, matematyczka, jest wtedy na urlopie zdrowotnym. Wraca we wrześniu. Widzi krzyż, staje na krześle, zdejmuje, kładzie na szafce. W pokoju jest kilka nauczycielek, ale jakby tego nie zauważają. Po kilku tygodniach Juszczyk słyszy szepty: kto zdjął krzyż? Ktoś mówi, że to Juszczyk, ktoś inny jej broni, że nie ma na to dowodów. Ale matematyczka się przyznaje.

- Dlaczego? - pyta jedna z nauczycielek.

- Bo krzyż mnie wyklucza. Jego obecność oznacza, że to miejsce dla wierzących katolików.

- Ale większość tak chciała!

Spór gaśnie, bo to piątek. W weekend nauczyciele jadą z księdzem na wycieczkę do sanktuarium. Po niedzieli Juszczyk wchodzi do pokoju, krzyż wisi. Znów bierze krzesło, ściąga, kładzie na stole tam, gdzie przesiaduje ks. Wojnarowski.

Katechetka: - Nie zdejmuj, bo większość powiesiła! A zresztą pogadamy o tym na radzie pedagogicznej.

Rada została zwołana nadzwyczajnie. Atmosfera gęsta, nikt się nie odzywa. Dyrektorka Teresa Wichary ogłasza: - Wiemy już, kto ośmielił się ściągnąć krzyż!

Mówi, że w Europie toczy się wojna o krzyż, a Sejm przyjął uchwałę go broniącą. Mówi o symbolu miłości Boga do człowieka, o gotowości do poświęceń, szacunku. - Ogólnie panujący trend każe nam niejako siedzieć cicho i nie mówić o Chrystusie.

Co ma Juszczyk na swoje usprawiedliwienie? Mówi, że krzyż kojarzy się jej z cierpieniem, że nikt nie zauważył jego zniknięcia przez kilka tygodni.

Szkolna pedagog mówi, że Juszczyk zawsze może zmienić pracę.

Polonistka, że to kraj katolicki, większość to katolicy, obowiązuje prawo większości.

Ksiądz Wojnarowski mówi o historii krzyża, że to symbol polski.

Druga polonistka sugeruje, by Juszczyk wszystkich przeprosiła.

Pedagog grozi policją: - Ukradła krzyż! Może za jej sprawą giną też inne rzeczy?

Juszczyk wychodzi ze szkoły na miękkich nogach.

"Czuję lęk"

Kilka tygodni po radzie sprawa przecieka do lokalnych mediów. Nauczyciele piszą anonimowy list do "Nowin Krapkowickich" i skargę do dyrektorki szkoły. Oskarżają Juszczyk o "zakłócanie atmosfery pracy i niewykonywanie obowiązków służbowych", "niszczenie wizerunku szkoły na zewnątrz". List zostaje powieszony w szkolnej gablocie. Matematyczkę popiera małżeństwo emerytowanych nauczycieli. Piszą do młodszych kolegów, że są oburzeni brakiem dialogu i poszanowania dla jej poglądów. Juszczyk wiesza ich list w gablocie, ale ściąga go nauczycielka historii.
- Dlaczego? - pyta ją Juszczyk.

- Bo zbliżają się święta.

- A wasz list może wisieć?

- Zbliżają się święta.

Juszczyk się rozpłakuje. Dowiaduje się, że pod listem nauczycieli podpisały się nawet bliskie jej koleżanki. Pyta o to jedną z nich.

- Bo ty możesz niedługo iść na emeryturę, a ja muszę z nimi pracować - słyszy.

Nauczycielki piszą też donosy dla dyrektorki (które znajdę później w aktach sprawy w sądzie pracy).

"Kol. Juszczyk zaczepiła mnie na korytarzu, powiedziała, że czuje się urażona, że nieszanowana jest jej godność".

"Otrzymałam SMS, że nie jestem już koleżanką Grażyny Juszczyk".

"Juszczyk w sposób natarczywy domagała się wyjaśnień".

"Unikam spotkania z p. Juszczyk, czuję lęk".

Pisze też ksiądz: "Byłem wypytywany przez Juszczyk, czułem, że chciała mnie sprowokować".

"Nowiny Krapkowickie" publikują list 80-letniej czytelniczki. Przeżyła wojnę, matka zawsze wychowywała ją w znaku krzyża. Gdy była w szpitalu, zmarły dwie osoby i w ostatnich chwilach wzywały Pana Jezusa Ukrzyżowanego. Czytelniczka życzy, by Juszczyk w swoich ostatnich chwilach "mogła chociaż malutki krzyżyk trzymać w swoich dłoniach". A pani dyrektor życzy, by "nie dała się zastraszyć".

Dyrektorka w połowie grudnia udziela matematyczce upomnienia za "nieprzestrzeganie procedur i naruszenie norm etycznych", co przyczynia się do "osłabienia konkurencyjności szkoły".

Juszczyk bierze leki uspokajające, idzie na zwolnienie lekarskie.

Dziecko, nie cudzołóż

Otmęt, dzielnica Krapkowic. Dawniej małe miasteczko słynące z fabryki obuwia. Trzy kościoły, fabryka papieru i atmosfera grozy. Gdy wysiadam z PKS-u pod koniec marca, media informują, że znaleziono tu okaleczone zwłoki 15-latki. Kobiety nie chodzą same po zmroku, policja krąży po mieście, sprawdza dokumenty. Burmistrz apeluje w mediach o czujność i chodzenie w grupach.

Juszczyk mieszka na PRL-owskim osiedlu w centrum. Do zespołu szkół sportowych w linii prostej ma jakieś 300 metrów. Niewysoka, uśmiechnięta, siedzi na krawędzi kanapy. Mówi szybko, pewnie. Jest w bojowym nastroju, bo złożyła sprawę do sądu za dyskryminację w szkole. A krzyż, jak mówi, to nie był kaprys. Gdy do kościoła w Krapkowicach prowadziła ją mama, nie lubiła fresków, na których Abraham zamachuje się na syna. Nie chciała patrzeć. Nie cierpiała obrazów drogi krzyżowej, a Chrystus na krzyżu był dla niej symbolem przemocy. Ale nie mogła Boga odrzucić. Gdy mówi mamie, że nie chce do kościoła, słyszy: jesteś wyzuta z człowieczeństwa. Ale w ich domu krzyż nie wisiał. Kościelny ślub z mężem wzięła ze względu na mamę, która pilnuje, by dorosła już córka chodziła do kościoła.

Wojtek, starszy syn Grażyny, idzie do szkoły sportowej w Krapkowicach na początku lat 90. Na religię też, bo wszyscy idą. Do pierwszej komunii dla babci i prezentów, ale kościoła unika. Podobnie jak mama "nie lubi patrzeć na sceny przemocy". W trzeciej klasie katechetka wymaga, by dzieci pisały relacje z mszy. Nie rozumie, co ksiądz mówi w kazaniu, więc prosi mamę, by pisała za niego. Grażyna sugeruje, że wypisze go z religii. Wojtek boi się, że koledzy będą źle patrzeć, bo byłby jedyny, nie licząc świadków Jehowy. Przed religią boli go brzuch, bo nie chodzi do kościoła, gdzie boli go brzuch od patrzenia. Przychodzi ze szkoły smutny: - Głupi jestem, nie potrafię nic wymyślić, a jeden kolega wymyślił, że nie był w kościele, bo mu się kurtka suszyła.

Katechetka grozi, że postawi mu pałę, bo mylą mu się strony w znaku krzyża. Mama mówi, by ćwiczył, jak odruch. Ćwiczą też 10 przykazań, ale mały nie rozumie "Nie cudzołóż". Mama mówi: "Nie skupiaj się na treści".
Pod koniec trzeciej klasy Wojtek odważa się nie iść na religię. Nikt nie reaguje. Odważa się znowu. Uznaje, że klasa chyba to zaakceptowała. W czwartej klasie wychowawcą jego klasy zostaje mama.

- Dlaczego Wojtek nie chodzi na religię? - pyta ktoś na pierwszej lekcji.

Klasa chichocze, szepce.

- Bo nie wierzymy w to, co słyszycie na religii - mówi Juszczyk.

Dzieci zamurowało. Za chwilę się przekrzykują.

- Moi rodzice też nie chodzą do kościoła, a mnie każą.

- A moi mówią, że tylko jehowici nie chodzą.

- A moja mówi, że jak będę dorosła, to se mogę nie chodzić.

Juszczyk: - Dzieci uznały wtedy, że do kościoła muszą chodzić tylko mali ludzie. Pytały mnie o choinkę, powiedziałam, że też mamy, bo to tradycja nie tylko katolicka.

Dzwoni do niej jedna z matek, że jej syn chce się wypisać z religii. Powiedział, że można nie chodzić na religię i mieć choinkę, i on się teraz czuje jak frajer.

Osiem lat później do tej samej szkoły idzie jej młodszy syn Jacek. Nie chce religii, ma wsparcie w bracie. Grażyna mówi mamie, że Jacek nie pójdzie do komunii. Słyszy: jesteś wyzuta z człowieczeństwa. Ale stopniowo matka zaczyna obojętnieć. Juszczyk myśli: tyle lat wojny, chociaż na starość zrozumiała. Ale to objawy demencji. Grażyna czuję ulgę, że mama nie widzi tego sporu, choć namiętnie czyta paski telewizji informacyjnych, więc gdy leciało "Nauczycielka z Krapkowic zdjęła szkolny krzyż", wyłączali.

- Dopiero teraz, przy zaawansowanej starości mamy, gdy jest bezbronna, zdana na moją opiekę, relacje między nami są ciepłe i pełne miłości. Tyle życia zmarnowałyśmy na niepotrzebne spory o religię.

Juszczyk reaguje nie tylko na symboliczną przemoc krzyża. Na tym samym piętrze mieszka młoda rodzina. Mężczyzna, dwudziestokilkulatek, to jej były uczeń. Agresywny, od kilku lat znęca się nad żoną. Sąsiedzi nie reagują, tylko Juszczyk regularnie śle pisma do policji i prokuratury, cytuje krzyki zza ściany: "No uderz mnie jeszcze raz!". - Byłam wzywana na przesłuchania, potwierdzałam znęcanie, w końcu go zamknęli.

Krzywdzące pytania

Grażyna Juszczyk do szkoły przychodzi w kratkę. Po jednym z urlopów zdrowotnych słyszy skandowanie chłopców i dziewczyn jednej z trzecich klas gimnazjum: - Gdzie jest krzyż?! Gdzie jest krzyż?!

Nie reaguje, uczniowie siadają. Połowa z nich wyciąga karteczki, jak wizytówki, i kładzie przed sobą, na stolikach. Na każdej narysowany jest czarny krzyż. Juszczyk udaje, że tego nie widzi. Za chwilę znów pójdzie na chorobowe. - Z trudem dokulałam się do wakacji - mówi. Nie wyjeżdża nigdzie, opiekuje się matką.

Jesień ub. roku, blisko 300 dzieci w szkole dostaje na lekcjach ankietę przygotowaną przez radę rodziców. W piśmie, które mają zanieść rodzicom, rada pisze, że konstytucja nie jest neutralna światopoglądowo, że jest w niej system wartości zakorzeniony w "chrześcijańskim dziedzictwie narodu", a "bez znajomości kulturowej symboliki krzyża nie można wychować ucznia na człowieka i obywatela zakorzenionego w tradycji, zdolnego to nasze dziedzictwo przekazać tym Polakom, którzy przyjdą po nas". Na końcu pytanie: czy przeszkadza ci krzyż w wychowawczej przestrzeni naszej szkoły? Krzyż nie przeszkadza 257 rodzicom, 20 nie ma zdania, 15 oddało nieważne ankiety, a 6 rodziców było przeciwnych krzyżowi w "przestrzeni szkoły".

Ankiety rozdała nauczycielom Joanna Jochymek, przewodnicząca rady rodziców. - Jeśli ma pan jakieś pytania krzywdzące panią dyrektor, to nie będę rozmawiać - ostrzega przez telefon i odmawia spotkania. Ma około 40 lat, śpiewa w zespole biesiadnym. Cieszy się, że nie mieszka w samych Krapkowicach, bo "zgroza teraz puścić dziecko, by nie zgwałcili i nie zabili". Matematyczki nigdy nie poznała, więc niewiele może o niej powiedzieć. - Ale same złe rzeczy o niej słyszałam. Nie wiem, o co jej chodzi, a pani dyrektor to porządna kobieta - mówi mi przez telefon.

Jochymek jest wierząca, jej dziecko chodzi na religię, a krzyż jest dla niej bardzo ważny, choć to zbyt intymne, by o tym mówiła.

- Kto wymyślił treść ankiety? - pytam.
- Wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Mamy opinię prawnika, pana doktora, który napisał, że mogliśmy rozdać ją dzieciom.

"Pan doktor" to ksiądz Artur Mezglewski, specjalista od prawa administracyjnego, ale i wyznaniowego.

- Czy to pani wymyśliła treść?

Jochymek: - Jeden z rodziców, ale nie powiem który.

"Pedofilia? Nie pytałam"

Dowiaduję się od nauczycieli, że pomysłodawcą listu do rodziców był Roman G., który w szkole ma dzieci i jest współpracownikiem szkoły. Dyrektor Wichary zatrudniła go, by nadzorował obieg dokumentów i informacji zgodnie z ustawą o ochronie danych osobowych.

Nauczyciele mówią mi, że szepcze się w szkole, że G. miał problemy z prawem, ale głośno nie mówią, bo dyrektorka go lubi. Na jednym z forum nauczycieli znajduję informację, że G. został zatrzymany w 2006 r. w hotelu w Nadarzynie za posiadanie pornografii dziecięcej. Trafił do aresztu na trzy miesiące. Prokuratura w Pruszkowie potwierdza mi, że G. przyznał się wtedy do posiadania pedofilskiej pornografii, poprosił dobrowolnie o wyrok więzienia w zawieszeniu.

Roman G. najpierw rzuca słuchawką, potem przekonuje, że nie ma zaburzeń na tle pedofilskim, że został wrobiony, a sąd nie zabronił mu żadnej pracy. A w sprawie ankiety "rodzice opowiedzieli się za wartościami, które symbolizuje krzyż".

Zespół Szkół Sportowych nosi imię Janusza Korczaka. Rozłożysty szary budynek z lat 80. Nieco zaniedbane boisko do koszykówki, banery reklamowe na płotach. Nad drzwiami motto: "Jesteśmy dla wszystkich dzieci". Dyrektor Teresa Wichary, niewysoka, korpulentna, modnie ubrana brunetka z krótkimi włosami. Mówi energicznie i stanowczo. Od 10 lat ma uprawnienia emerytalne, ale w szkole jest "na wyraźne żądanie rodziców". - O konflikcie z panią Juszczyk mówić nie chcę, bo sprawa jest w sądzie - ucina, ale zaraz dodaje. - Nikogo nie skrzywdziłam. To ja - podnosi palec - czuję się dyskryminowana, ale nie będę o tym mówić.

Wiara dla Wichary jest ważna, wszystkie dzieci wychowała w wierze, a także ośmioro wnuków. Ale - zapewnia - nie łączy wiary z działalnością w szkole. Patrzę na duży krzyż za jej plecami, obrazki świętego, tekst pt. "Pytania, jakich nie zada ci Bóg", gratulacje od instytucji kościelnej. Wichary podąża za moim wzrokiem. - Ale mnie to nie przeszkadza! I powiem jeszcze, że w szkole są ateiści z prawdziwego zdarzenia, którym krzyż nie przeszkadza.

Dyrektorka chwali sobie współpracę z radą rodziców, a z panią Jochymek i Romanem G. w szczególności. - Ankietę mieli prawo zrobić, bo mieli wykładnię prawną księdza... - wyrywa jej się, gryzie się w wargę i poprawia -...pana dr. Mezglewskiego.

- A co z Romanem G.?

- Udziela się jako rodzic, bardzo wspiera szkołę. Zatrudniłam go jako administratora bezpieczeństwa informacji.

- Był zatrzymany za posiadanie pedofilskiej pornografii.

- Coś tam się mówiło.

- A pytała go pani, nim zatrudniła?

- Po co?

- Filmy pedofilskie to chyba wystarczający powód.

- Nie wnikałam.

Pytam o sprawę G. kuratorium w Opolu. Odpowiadają, że nic im do tego, bo zatrudnianie pracowników należy do kompetencji dyrektora szkoły.
Dyrektorce Wichary nie podoba się rozmowa o jej pracowniku. Pyta, czy napiszę, że ich nauczyciel wuefu został wybrany na najlepszego w powiecie.

- A co uczniowie sądzą o sprawie krzyża? - pytam.

- Nie rozmawiamy o tym. Po co?

- By zrozumieli, dlaczego dorośli się kłócą.

- Dzieci to nie obchodzi. Krzyż to sprawa dorosłych!

Pała za JPII

Kuba ma 14 lat, chodzi do drugiej klasy gimnazjum w szkole sportowej w Krapkowicach. W jego klasie wszyscy uczestniczą w religii dwa razy w tygodniu. Mama Kuby nie chodzi do kościoła, nie przepada za klerem. W mieszkaniu powiesiła obrazki aniołków i świętych - pamiątki z Jasnej Góry. - Wiszą, bo wiszą, bo tradycja, dobry znak, a mąż chciał ślubu kościelnego, bo to dobra wróżba. Dlaczego Kuba chodzi na religię? Bo Joanna chodziła, a jak Kuba dorośnie, to sobie wybierze, w co chce wierzyć.

- Jak nie będzie chodził na religię, to będzie się włóczył.

Kuba: - Ale nie jest źle, bo katecheta zadaje temat i puszcza film. Ostatnio "Miasto '44", bo jakiś tam jego kuzyn grał w filmie. Lekcje trwają 45 minut, więc katecheta dzieli film na dwie religie. Pamiętam jeszcze "U Pana Boga za miedzą".

- Skoro taka religia, to dlaczego masz z niej jedynki? - pyta mama.

- No właśnie nie rozumiem - Kuba się wzburza. - Było zadanie domowe, by opisać JPII, kolega dostał piątkę, a ja pałę, choć tylko dwa słowa zmieniłem.

W jego zeszycie notatki: "Testament z krzyża, Ojcze w twoje ręce oddaję ducha mego, wykonało się i skłoniwszy głowę, wyzionął ducha".

Jak to rozumiesz? - pytam.

- Ksiądz dyktował. Nie interesuję się tym jakoś.

Matematyczki Kuba żałuje. Bo tłumaczyła każdemu zadania, aż zrozumieli. Od czasu gdy zdjęła krzyż, jest na zwolnieniu, ale nikt o tym nie rozmawia.

M. z drugiej klasy gimnazjum siedzi z mamą w restauracji. Wygadana. Religii nie lubi. - Nie chodzę do kościoła, choć jestem wierząca, a na religię tylko dla podbicia średniej, bo i tak oglądamy na niej filmy albo gramy w "wisielca religijnego": kto zgadnie, dostaje dobrą ocenę. Nie ma jakichś dyskusji, częściej na WOS, bo nauczycielka jest za PiS i nie lubi, gdy ktoś dobrze mówi o PO.

Sprawa Juszczyk wydawała się uczniom zabawna. M.: - Ale gdy nauczyciele zaczęli na nią mówić "złodziejka", przestało nas to bawić. Lubimy ją, świetnie uczy, miała nasz szacunek.

- A ksiądz Wojnarowski?

- On uczy tylko maluchy, niewiele o nim wiemy. Tyle tylko, że te maluchy bije.

M. nie ma nic przeciwko temu, by podać jej nazwisko. Jej mama prosi, by lepiej nie podawać.
"Taniec łabędzi"

Ciężką rękę księdza Wojnarowskiego roztrząsał już sąd. W 2007 roku poszła tam Agnieszka, mama 7-letniego wtedy Adriana. Pracuje w Tesco na stanowisku kierowniczym. Jedziemy jej samochodem, bo zapracowana. Syna, dzisiaj licealistę, musi odwieźć na trening. Uśmiecha się z politowaniem, gdy pytam o księdza. Pamięta ten dzień, gdy wracała z wywiadówki.

- Co zrobisz ze sprawą księdza? - spytała ją sąsiadka.

- Jaką?

- Nie wiesz?! Ksiądz Wojnarowski pobił ci syna.

Adrian chodził wtedy do II klasy szkoły podstawowej, szykował się do komunii. Ksiądz wyciągnął go z ławki, przełożył przez kolano, zdjął spodnie, zbił paskiem. Szymon miał obite pośladki, ale bał się powiedzieć rodzicom. Pamięta, że dostał od księdza, bo wstawił się za kolegą.

- Poszłam wtedy do dyrektorki Wichary. Zaproponowała ugodę: ksiądz przeprosi Adriana, a ja zapomnę o sprawie. Zgodziłam się, ale zażądałam, by Adrian nie chodził na religię, bo na myśl o niej bolał go brzuch. Adrian wraca jednak ze szkoły blady, bo dyrektorka kazała mu jednak na tę religię iść. Jak pani mogła, spytałam, a ona mówi, że przecież nie miała skargi na piśmie, więc sprawy pobicia nie ma.

Agnieszka zażądała widzenia z księdzem, obiecanych przeprosin. W gabinecie dyrektorki ksiądz mówi Adrianowi: "Byłbyś grzeczny, tobyś nie dostał". Agnieszka idzie na policję. Prokuratura kieruje sprawę do sądu, zarzuca księdzu naruszenie nietykalności dziecka.

W Tesco między regałami krążą wtedy starsze panie. Szepczą, pokazując Agnieszkę palcem: to ta, co oskarża naszego księdza. Adrian mówi jej, że jakieś panie go obserwują na podwórku. - Wtedy się bałam. Nawet teściowa dzwoniła, że "święte panie" naciskają, bym odpuściła. Powiedziałam: "Po moim trupie!".

Na procesie w sądzie w Strzelcach Opolskich Agnieszka czeka z synem na korytarzu. Podchodzi matka księdza, która mieszka z nim w domu parafialnym. Krzyczy do małego: "Przez ciebie mój syn ma problemy!". Z sądu wyprowadza ją ochroniarz. Podjeżdżają busy z parafianami. Krzyczą w sądzie obelgi. Sędzia każe wzmocnić ochronę, a ksiądz mówi, że nie ma wpływu na parafian. Agnieszka wraca do domu z policyjną eskortą.

Przychodzą do niej rodzice innych dzieci. - Mówią mi, że ksiądz bił ich dzieci. Pytam: dlaczego nic nie robicie? Mówią, że byli u dyrektorki Wichary i obiecywała poprawę. Jedna z matek mówi, że ksiądz zderzył dwóch chłopców głowami albo robił "taniec łabędzi" - chwytał za włosy przy uszach i ciągnął do góry, by z bólu stawali na palcach.

Ks. Wojnarowski uczy tylko małe dzieci, które przygotowuje do komunii w swoim kościele. Agnieszka idzie do sąsiedniego kościoła: proboszcz kiwa głową ze zrozumieniem, ale nie da komunii, bo nie chce wojny z Wojnarowskim. Adrian idzie do komunii kilkadziesiąt kilometrów dalej. - Synowi zależało, bo prezenty, bo inne dzieci. Dostał komputer, rolki, cieszył się.

Ostatnia rozprawa w 2007 roku - sędzia opowiada na sali sądowej Agnieszce historię pewnej rodziny, która walczyła z innym księdzem i musiała się wyprowadzić - kamieniami wytłuczono im szyby. Mąż pyta Agnieszkę zrezygnowany: "Gdzie my się wyprowadzimy?".

Agnieszka: - Widzę determinację parafian, sędzia pyta jeszcze, czy nam drzwi czarną farbą już pomalowali. Decyduję się na ugodę, odstępuję od oskarżenia, a ksiądz dostaje zakaz nauczania mojego syna.

- Sądzi pani, że to wygrana? - pytam.

- Dla mnie tak. Bo syn jest mi wdzięczny, że w niego wierzyłam. Zbieram tego plon, bo mnie kocha i ufa.

Rok temu przyszła do Agnieszki znajoma, opowiedziała, że ksiądz Wojnarowski nadal bije dzieci. - Powiedziałam, żeby przyszli, doradzę, co zrobić. Nie przyszli. Znów chodziło o klasy komunijne.

Ksiądz tylko musnął

Rok temu do komunii szedł M. Jego mama patrzy w podłogę, gdy pytam, dlaczego nie zgłosiła policji, że ksiądz Wojnarowski uderzył jej syna. Jej mąż wyrywa się, że on by inaczej to załatwił, ale żona go powstrzymała. Obydwoje wierzący, mąż mniej. Dlaczego syn chodzi na religię?

On: - Nie dawałbym, ale wie pan, ludzie patrzą.
Ona: - Ja? Bo wierzę.

On: - Też wierzę, ale nie chcę, by ksiądz bił mi syna!

Ona: - Mówiło się, że ksiądz Wojnarowski w 2007 roku był zawieszony za pobicie, ale tak po cichu się mówiło, bo dyrektorka tego nie lubi. Gdy ksiądz szykował dzieci do religii, chodziłam z synem na msze, ale wyłączałam się, bo mówił o aborcji i polityce. Pewnego dnia syn mówi, że superdzień był, bo religii nie było - ksiądz był na pogrzebie. Dziwne, bo lubił religię, miał szóstkę.

To był kwiecień ub. roku. M. szła na zebranie, gdy sąsiadka spytała, co zrobi z pobiciem. Wróciła do domu, spytała o to syna. Nie chciała siać paniki, poprosiła jeszcze wychowawczynię Aleksandrę Kamerską, by sprawdziła to, co powiedział syn. Kamerska sprawdza dyskretnie, bo też nie chce wojny z dyrektorką. Dzieci relacjonują: ksiądz uderzył młodego w tył głowy, katechizmem, tak że mu się głowa odbiła od blatu. Na dwóch religiach. Kamerska nie chce ze mną rozmawiać, "chce pracować". Podczas zebrania pedagogicznego o krzyżu wstawiła się za Juszczyk i koleżanki omijają ją teraz szerokim łukiem.M., ojciec, domaga się od dyrektorki wyjaśnień. Składa u niej skargę na pobicie. Na spotkaniu jest ksiądz Wojnarowski i dyrektorka, która przywołuje z lekcji chłopca.

M.: - Syn zaczął płakać, gdy dyrektorka pytała: "A czy cię bolało?". Ksiądz powiedział, że raz tylko musnął syna.

Dyrektorka obiecuje, że to się więcej nie powtórzy, i prosi, by zamknąć sprawę. - Jest pan zadowolony? - pyta. M. kiwa głową, zaciska zęby, bo w głowie ma słowa żony: "Pamiętaj, idzie komunia".

On unosi się w fotelu: - Należało zabrać syna do innego kościoła, inaczej to załatwić!

Ona: - To nie takie proste. Chodzę tam na msze, syn w szkole z księdzem, bałabym się, że mały będzie napiętnowany.

Komunia już za kilka tygodni. Małżeństwo M. właśnie zrzuciło się na księdza Wojnarowskiego, jak wszyscy komunijni rodzice, bo jest zwyczaj, że kupują duchownemu prezent. Był witraż, kielich złocony, co będzie w tym roku? Jeszcze nie wiedzą. Joanna Jochymek, szefowa rady rodziców, gdy pytam o sprawę zbicia M. katechizmem, mówi, że nic nie wie. - To jakieś pierdoły, pomówienia. Skoro ksiądz taki zły, to dlaczego cały czas uczy w szkole?

Dyrektorka Wichary: - Była jedna sprawa, w sądzie, dawno temu zakończona.

- A później?

- Żadnej skargi.

- A ta sprzed roku?

- (Wichary mruży oczy) Panowie sobie pogadali i wyjaśnili. Dzieci bardzo lubią księdza, biegają za nim po korytarzach, przytulają się.

Na stronach internetowych parafii ks. Wojnarowskiego znajduję informację, że dyr. Wichary należy do członków jego rady parafialnej.

- I co z tego? - pyta dyrektorka.

- Ksiądz jest pani duszpasterzem w kościele, a w szkole podwładnym.

- Nie widzę tu niczego złego. Każdego nauczyciela traktuję tak samo.

Na drzwiach sekretariatu dyr. Wichary widzę nalepkę programu "Szkoła bez przemocy".

Pytam kuratorium w Opolu. Odpowiedź: w 2007 roku komisja dyscyplinarna dla nauczycieli za zbicie Adriana wymierzyła mu karę nagany z ostrzeżeniem. Od tamtego czasu "do kuratorium nie wpłynęła żadna skarga dotycząca niewłaściwego zachowania księdza".
"Kto jest bez winy..."

Kościół pw. Świętego Ducha w Krapkowicach stoi między Tesco a Biedronką. Parafianie wybudowali go 15 lat temu. 10 lat temu parafię objął ks. Krzysztof Wojnarowski. Architektura modernistyczna, podobnie jak dom parafialny z trzema podziemnymi wjazdami do garażu. Przy kościele uwijają się członkowie rady parafialnej. Jedna kobieta nie będzie rozmawiać, bo córka pracuje w "tej szkole". Starszy parafianin złorzeczy, że nawet w Sejmie nie mieli odwagi krzyża ściągnąć, a tu jedna się odważyła. Idę na mszę. Kościół w środku jasny, z rysunkami stacji krzyżowych. Ministrant czyta przypowieść o cudzołożnicy. Ksiądz Wojnarowski, niewysoki szatyn w okularach, ok. 50-letni, podchodzi do ołtarza. Tłumaczy kilkunastu parafianom słowa Ewangelii. - Gdy Jezus powiedział: kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci na nią kamień, zaczęli odchodzić. Pozostał tylko Jezus i niewiasta. Nikt cię nie potępił, powiedział Jezus. Nikt, panie, odpowiedziała. I ja ciebie nie potępiam, idź i od tej chwili już nie grzesz.

Chodzi o to, mówi ksiądz, że Jezus wzywa nas, byśmy podjęli drogę nowej świętości, dlatego potrzeba nam bożej łaski, byśmy potrafili żyć pięknie, unikać grzechu i także innych zachęcać, dawać piękne świadectwo. Amen.

Po mszy idę do zakrystii, księdza już nie ma. W domu parafialnym nikt nie otwiera. Następnego dnia przed domem parafialnym stoi starsza kobieta, ok. 70 lat, ze sznurem w ręku. Na ziemi młody wilczur wyciągnął się w pokorze. Pytam o księdza. Kobieta opuszcza sznur, krzyczy na mnie.

- Słyszałam, że pan tu chodzi, pyta, czy ksiądz bije dzieci. Nie róbcie plotek i bałaganu, zastanówcie się, co wy robicie! A jeszcze o krzyż pyta! A tak, zawiesza krzyż, bo od wieków ceniony, a ta pani od matematyki to nie jest człowiek! Zdjęła, bo jej przeszkadza. Mój syn to przeżywa, bo który ksiądz i katolik by nie przeżywał, jak Panem Jezusem poniewierają. Mnie matka i ojciec nauczyli, i ja tak syna nauczyłam, bo mąż umarł, jak syn miał dziewięć lat. Krzyż jest dla nas wszystkim, to Zbawiciel. I jestem dumna z syna i każdego kapłana, bo się poświęca dla dzieci, ludzi. A teraz ta do swojej matki, staruszki, woła księdza. No po co, jak jej krzyż przeszkadza?! Na cierpienie nie może patrzeć? Ja nikomu nie życzę, ale oby ona nie cierpiała!

Ksiądz Wojnarowski nie chciał ze mną rozmawiać.

"Krzyż malutki taki"

Do sądu pracy Juszczyk oddała sprawę w lutym ubiegłego roku. Ale proces ruszył dopiero po roku, w lutym 2015. Oskarżyła dyrektorkę Wichary o dyskryminację i mobbing. Dyrektorka odpowiedziała, że "nie ingerowała w konflikt między nauczycielami, starała się mediować, sprawę wyciszyć, ale nie było kontaktu z nauczycielką [Juszczyk], bo poszła na zwolnienie lekarskie". To nauczyciele, pisze dyrektorka w odpowiedzi na pozew, zmęczeni nagabywaniem przez Juszczyk oczekiwali interwencji. Juszczyk napisała jeszcze list do kuratorium oświaty, zaczęła słowami "Błagam o pomoc". Kuratorium odpowiedziało, że nie czuje się kompetentne, by rozstrzygać takie spory. Poskarżyła się burmistrzowi Krapkowic. Radni zwlekali dwa miesiące z odpowiedzią, zażądali "uzupełnienia braków formalnych". Uznali w końcu, że skarga na dyrektorkę szkoły jest bezzasadna. Juszczyk wciąż jest na zwolnieniu.

Andrzej Małkiewicz, młody radny, w poprzedniej kadencji był szefem komisji edukacji, kultury i sportu. - Sądzę, że gdyby pani Juszczyk wiedziała, jak to się skończy, to inaczej by się zachowała. Teraz pewnie uznała, że za daleko zabrnęła i nie potrafi się wycofać. Nie szkoda jej zdrowia?

Radny Andrzej Malinowski był szefem komisji rewizyjnej. Twierdzi, że skarga Juszczyk była chaotyczna. - A poza tym czy my jesteśmy władni, by rozstrzygać sprawy, z którymi Sejm sobie nie radzi?

Burmistrz Andrzej Kasiura, pod pięćdziesiątkę, zaangażowany jest w życie kościoła. Pomaga we mszy, jako szafarz, rozdaje komunię świętą, choć w innej niż księdza Wojnarowskiego parafii. Przejęty jest mordercą, który grasuje po Krapkowicach, bo policja bezradna. Pewny, że zwyrodnialec czai się wśród mieszkańców. W sprawie krzyża przyznaje, że w szkole zawiodła komunikacja. - Ale pokój nauczycielski to sfera zamknięta, więc skoro taka była wola nauczycieli... Sam jestem przeciwny wieszaniu krzyży w urzędach, u mnie nie ma - robi wymach ręką, by ogarnąć gabinet.

Patrzę na ścianę koło drzwi. Na kalendarzu wisi krzyż z różańcem.

- No, pan jest chyba pierwszy, który to zauważył. Ale taki malutki jest.

O bitych przez księdza dzieciach burmistrz mówi, że to historia. - Mam dobry kontakt z dyrektorką Wichary, wiem, że sytuacja się zmieniła, szkoła teraz dobrze działa.

Mówię o pobiciu przed rokiem. Burmistrz czujny, bierze kartkę, notuje.

- Skarga wpłynęła na piśmie? - unosi brew.

Mówię o Romanie G., zarzutach pornografii pedofilskiej. Burmistrz tężeje.

- Mam do pana prośbę... - mówi usztywniony. - Jeśli pan się czegoś jeszcze dowie... proszę mi dać znać. Chciałbym wiedzieć, co się tam naprawdę dzieje.

Do domu wrócił z więzienia sąsiad Juszczyk, jej były uczeń. Zza ściany znów słychać krzyki.

- No, uderz mnie jeszcze raz!

- A co? Poskarżysz się tej antychrystce?!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz