PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 7 maja 2015

W służbie służb



Śledczy coraz głębiej wnikają w interesy SKOK Wołomin. I odkrywają cały wręcz przemysł wyprowadzania cudzych pieniędzy na wielką skalę.

Violetta Krasowska

Rezydent Szwajcarii, skromny, nie­pozorny 58-letni Jan L., to kolejny zatrzymany w śledztwie gorzow­skiej prokuratury, dotyczącym wyłudzeń w SKOK Wołomin. Kolejna już persona powiązana z dawnymi służbami wojskowymi, która ma za sobą „imponu­jący uzysk”, czyli wyprowadzenie i pra­nie pieniędzy idących w miliony dolarów.

Miliony z VAT
Policjanci z pionu przestępczości gospo­darczej nazywają go pionierem w branży oszustw finansowych. To on już na począt­ku lat 90. rozkręcił jedną z pierwszych, dziś tak powszechnych, „karuzel”, służących wyłudzaniu zwrotu podatku VAT. Słowo karuzela odnosi się do metody: faktury - w przypadku Jana L. za zakup i sprzedaż elektroniki - przepuszczane są przez wiele firm, często istniejących tylko na papierze, tak by wartość towaru rosła, zwrot VAT był większy, a skarbówka za nim nie trafiła.
W czasach gdy większość polskich biz­nesmenów przechodziła z łóżek polowych na szczęki, Jan L. - z zawodu ślusarz spa­wacz, a według naszych źródeł człowiek związany z WSI - miał już ogromne moż­liwości i światowe kontakty. Był prokuren­tem spółek w takich rajach podatkowych, jak Panama czy Zachodnie Samoa. Później okazało się, że te prokury same były na swój sposób sprokurowane, a dokładniej sfał­szowane. Jan L. kupował na ich podstawie udziały w kolejnych spółkach joint ven­ture, które wtedy jako spółki z udziałem kapitału zagranicznego były zwolnione z podatku dochodowego. Spółki importo­wały elektronikę, na końcu ją sprzedając. Jak ustaliło śledztwo, firm były dziesiątki, jedne padały, w ich miejsce powstawały nowe. Wszystko działało jak jedno wielkie przedsiębiorstwo: byli ludzie odpowie­dzialni za rejestrowanie firm, produkcję fałszywych dokumentów, byli księgowi, skarbnicy i wynajęci na stałe adwokaci.
Koniec końców pieniądze z tych wszystkich spółek trafiały na konto Jana L. i jego wspólnika Zbigniewa B. - technika melioranta z zawodu i biz­nesmena, właściciela wielu firm. Obaj mieli zaświadczenia celne potwier­dzające, że pieniądze zostały legalnie wwiezione do Polski. Zaświadczenia okazały się sfałszowane. Prokuratura znalazła u nich w sumie sfałszowane deklaracje celne na 22 min doi. i prawie 3,5 min marek.
Zaliczani byli do tzw. rekinów' świata przestępczego - wspomina emeryto­wany dziś policjant z wydziału do wal­ki z przestępczością zorganizowaną (sprzed CBS). Bo też wtedy, w latach 90., ten duet uchodził za zaplecze bizneso­wo-inwestycyjne grup przestępczych: gangu pruszkowskiego i konkurencyj­nego wołomińskiego. Sam Jan L., zanim poszedł w interesy, zaczynał od czystej gangsterki: przerzut narkotyków z Bra­zylii do Wiednia, kradzieże samochodów i fałszerstwa.

Ściany z cegiełek
Jak wyliczyła później skarbówka, na działalności duetu Skarb Państwa wiatach 1993-97 stracił 24 min zł w niezapłaconych podatkach. Do tego wyłu­dzenie podatku VAT - prawie 17 min zł.
Pieniądze z lewych interesów obaj wy­dawali z rozmachem. Kwotą 18 tys. fun­tów zasponsorowali jedną z Wicemiss Polonia, a także dołożyli do kampanii kandydatowi na prezydenta RP w wybo­rach 1995 r. Jeden z nich miał w domu, w piwnicy, gdzie znajdował się salonik z drink-barem, ściany wyklejone cegieł­kami kandydata - opowiadali później lu­dzie związani z gangiem pruszkowskim, którzy gościli w tym saloniku.
W1997 r. za „karuzelę” i pranie pienię­dzy Jan L. i Zbigniew B. zostali areszto­wani. Ale na krótko. Jan L. wyszedł na wolność po wpłaceniu 600 tys. zł, jego wspólnik 700 tys. zł. Obrońcą Jana L. zo­stał były zastępca prokuratora general­nego, nieżyjący już dziś adwokat. Choć zapowiadano wysokie kary, nawet do 15 lat więzienia za tego rodzaju prze­stępstwa, sprawa się rozmyła, część została umorzona, część przekazana do innych sądów, żadne wyroki do dziś nie zapadły.

Werbowanie słupów
Za to interesy szły w najlepsze. Jan L. poszedł w deweloperkę. Jego nazwisko pojawiało się w wielu firmach, również z udziałem byłych generałów czy puł­kowników. Ślad jego działalności odbił się w warszawskiej prokuraturze okrę­gowej - w śledztwie dotyczącym nie­prawidłowości w jednej ze spółdzielni mieszkaniowych, gdzie Jan L. był w la­tach 2011-14 członkiem rady nadzorczej. Zdaniem członków spółdzielni założył na bazie jej majątku wiele spółek, do­prowadzając do uszczuplenia majątku spółdzielni o 90 min zł. Spółdzielnia straciła nad spółkami kontrolę, zaczęły się bankowe długi, które wykupił Jan L. i przejął poszczególne lokale. Być może to one właśnie stanowiły część zabez­pieczeń pod kredyty, które brał obrotny Jan L. poprzez słupy w SKOK Wołomin.
Aresztowanie Jana L. to nowa odsłona w śledztwie dotyczącym wyprowadza­nia pieniędzy ze SKOK Wołomin. Proku­ratura w Gorzowie policzyła do dziś, że z tej jednej kasy zniknęło pół miliarda złotych. Wyszły przez lewe kredyty.
Śledztwo i kolejne zatrzymania uka­zują coraz wyraźniej, jak potężne prze­stępcze przedsiębiorstwo działało wokół tej SKOK. Zarzuty na początku usłyszała wiceprezes i prezes - za pomoc w wyłu­dzeniach kredytów. Potem aresztowa­no Piotra P., byłego oficera Wojskowych Służb Informacyjnych, który jako czło­nek Rady Nadzorczej był łącznikiem między grupami przestępczymi a za­rządem SKOK; pomagał w braniu lewych kredytów. A teraz dołącza Jan L., który, wynika z zarzutów, był niższym szcze­blem w tej strukturze, ale równie waż­nym, bo wykonawczym. Był łącznikiem między SKOK a słupami.
To on, wynika z ustaleń prokuratury, założył zorganizowaną grupę przestępczą (i kierował nią), której zadaniem było nic innego, jak tylko wy­łudzenie kredytu. Jego rola polegała na przygotowaniu i dostarczaniu od­powiednich dokumentów, podkładek, by dostać pożyczkę, jak np. fałszywe zaświadczenia o zarobkach czy za­wyżone operaty nieruchomości, ma­jące być zabezpieczeniem pożyczki. No i werbowanie słupów, czyli osób, na które można było wziąć pożyczkę, a bez których cała operacja nie mo­głaby zostać zrealizowana. Proceder taki Jan L. prowadził od 2011 do 2014 r. Obecnie prokuratura zarzuca mu wzię­cie sześciu lewych pożyczek ze SKOK Wołomin - łącznie na ponad 13 min zł. Co znamienne, wyprowadzanie pienię­dzy trwało do ostatniej chwili, mimo toczącego się już w Warszawie śledz­twa, w którym wzięto pod lupę duże, ponadmilionowe pożyczki. Grupa nie przestała ich brać, tyle że przerzuciła się na mniejsze 300, 400-tysięczne.

Wyssany SKOK
Prokuratura odmawia bardziej szcze­gółowych informacji, zasłaniając się dobrem śledztwa, ciągle zapowiadając je jako rozwojowe, ale według osób, które były blisko SKOK Wołomin, Jan L. pełnił również rolę kuriera: zajmował się go­tówką - prał pieniądze z wyłudzeń i lo­kował je w bankach za granicą. Był kimś w rodzaju skarbnika.
Widywano go na imprezach SKOK Wołomin, m.in. w Ząbkach przy okazji promocji filmu sponsorowanego przez SKOK. Prawdopodobnie to właśnie działalność sponsoringowa patrio­tycznych produkcji filmowych miała zwrócić uwagę na SKOK Wołomin po­szukiwaczy dużych pieniędzy. Na filmy szły ogromne środki, a zysków one nie przynosiły. - Czy właśnie wtedy, czy też przy okazji innej dużej operacji, o której jeszcze nie wiemy, przestępcy zobaczyli, jak łatwo te pieniądze można wyjąć, jak ich jest tam dużo? - zastanawia się jed­na z osób obserwująca od dawna, co się w tej SKOK działo.
Sam system SKOK funkcjonował jak dobrze naoliwiony mechanizm. Mini­malne koszty funkcjonowania, spore koszty obsługi, duży obrót, kredyty nie­wielkie, spłacane. - Po prostu złoty inte­res, który postanowiono przejąć. A ludzie z dawnych służb wojskowych mają duże umiejętności wywierania wpływu, także szantażem. Trudno dziś powiedzieć, jak to zrobili, ale SKOK Wołomin przejęli. Wy­gląda na to, że wyssali do szpiku - mówi nasz informator.
Jakkolwiek było, do tej pory prokuratu­rze nie udało się tych wyprowadzonych pieniędzy nigdzie odnaleźć.

1 komentarz: