PiS - konstytucja 2010.pdf

sobota, 2 stycznia 2016

Biedny prezydent i Dobre serduszko



Biedny prezydent

Jak to dobrze, że ja już nie muszę pisać poważnych „analiz”, au­dytów i wstępniaków, z których by wynikało, że armia generalissi­musa Kaczyńskiego zachowuje się jak w kraju podbitym. Powiedział to nawet Jan Rokita w TVN24. Z niebywałą dezynwolturą oraz ostentacją niszczą wszystko i wszystkich, którzy pojawią się na ich drodze. W trzy tygodnie rozwalić średniej wielkości kraj europejski - to nie byle sztuka. Jak by zrzucili na Pol­skę bombę PiS. Ludzie tacy jak Iwan Krastew (znany politolog bułgarski) i inni mędrcy zastanawiają się w „New York Timesie”, jak to jest możliwe, że prymus i pieszczoch Europy z dnia na dzień robi w tył zwrot.
   Zwycięska armia PiS nie bierze jeńców, wykonuje wy­roki na miejscu. Jeńcy-wiadomo - to sam kłopot, trzeba ich karmić, pilnować, leczyć - więc poco ich brać? Wczoraj na pierwszej stronie „Rzeczpospolitej” tytuł „Czystka w skarbówce”. Dzisiaj: „Czystka w prokuraturze”. Jutro służba cywilna. Pojutrze cała Polska. Los ludzi na tere­nach „wyzwolonych” od takich przesądów jak nie zawiśli sędziowie i bezpartyjni urzędnicy wisi na włosku.
   Typową ofiarą Kaczyńskiego (i własną) jest Andrzej Duda. Zaledwie rok temu - szerzej nieznany prawnik z Krakowa, były urzędnik w randze podsekretarza sta­nu w Kancelarii Prezydenta. Przeciętny Polak nie zna chyba nazwiska żadnego wiceministra (ja znam jedne­go). A teraz, proszę bardzo: prezydent, który wczoraj był gwiazdą, zjawiskiem - dzisiaj leci na łeb i szyję. Inter­net aż huczy, nawet niektórzy prawicowi publicyści nie ukrywają swojego zdziwienia. Ułaskawił niewinnego kolegę z partii, uzurpował sobie prawo decydowania, kto jest, a kto nie jest sędzią Trybunału, poniżał pre­mier swojego kraju, pod osłoną nocy wręczał nominacje sędziowskie, „wstydził się” za III RP, choć jeszcze nie­dawno on i jego obóz zwalczali „pedagogikę wstydu”, podczas uroczystości pod krzyżem przed stocznią nie wspomniał o Wałęsie.
   Poderwał na nogi prawników, rady wydziałów i senaty wyższych uczelni aż się gotują. Jedni chcą ratować honor prawników, drudzy chcą wyzwalać Polskę spod okupacji złodziei, komunistów, niesprawnych umysłowo i współ­pracowników gestapo. Prawnicy, jak wiadomo, to ludek oszczędny w słowach, czego dowód dał profesor Rzepliński podczas trwającej ponad pół godziny, pasjonu­jącej rozmowy wTVN24, grillowany przez dziennikarza roku (moje gratulacje!) Konrada Piaseckiego. Przewod­niczący Trybunału nie dał się sprowokować, mimo że re­daktor pytał go, dlaczego nie pozwoli się ostrzyc na zero i nie poda się do dymisji. Swoją drogą, jaki uprzywilejo­wany jest nasz zawód, że każdy dziennikarz, nie tylko Aleksiejewa, może zapytać każdego gościa, dlaczego nie poda się do dymisji. Mnie by to przez gardło nie prze­szło, zwłaszcza wobec gościa, ale ja jestem ukształtowa­ny w innych czasach, kiedy dziennikarze czuli respekt wobec swoich gości, ba, nawet czasami się ich bali - dziś nie boją się nikogo i niczego (poza słupkami oglądalno­ści). Na tle wielu innych gospodyń i gospodarzy redaktor Piasecki jest wręcz szarmancki i do przewodniczącego
Trybunału nie zwraca się per „pa­nie Andrzeju”.
   „A dlaczego Pan, mimo na­gonki na TVN, nie podda się opcji zerowej?” - mógłby zapytać pro­fesor Rzepliński. Ale przewodniczący Trybunału był opanowany, powściągliwy, jak gdyby zdawał sobie spra­wę, że to jest jego Westerplatte. Ciągle gotowy do roz­mów, nie uważa (o dziwo!) sprawy za straconą. Takiej próbie człowiek jest poddany na ogół raz (a większość z nas - nigdy) i wtedy jeden fałszywy krok i już się nie podniesie do końca życia, a jeśli się nie ugnie - to wtedy wszystko inne zostanie mu wybaczone i urasta do roli bohatera. Życie Andrzeja Rzeplińskiego tak się potoczy­ło, że stał się ostatnią zaporą sądową na drodze do usta­nowienia demokracji a la Pis. Można mu współczuć, że znalazł się w tak trudnej sytuacji, ale i zazdrościć, że los dał mu szansę przejścia do historii.
   Prezydent Duda chyba nie zdaje sobie sprawy, jaki był jego pierwszy fałszywy krok. Ponieważ oprócz tego, że siedzi pod żyrandolem (którego nie zdołał ukraść Komorowski), jest także zwykłym człowiekiem, więc budzi współczucie, że jego środowisko, a przynajmniej jego znaczna część (jak wróble ćwierkają, w proporcji 60:40 głosów zależnie od uczelni), włącznie z promoto­rem jego pracy doktorskiej, mówi mu „Nie”. To musi być przykre być tak odrzuconym. Żeby prezydent nie wiem jak uciszał własne sumienie, żeby nie wiem jak uspokajał się, że to tylko układ, niesprawni umysłowo i gestapowcy histeryzują- musi mu być przykro. Może myśli jak Fidel Castro, „historia mnie rozgrzeszy”, ale podejrzewam, że wszystkich wątpliwości nie jest w stanie zagłuszyć i kiedy patrzy w lustro - nie jest zachwycony. Jego wzlot i upadek są zdumiewające.

Podobnie jak niektóre inne kariery. Dziennikarka za­pytała prof. Ryszarda Terleckiego, przewodniczącego Klubu Parlamentarnego PiS, czy nie przeszkadza mu, że Wojciech Jasiński (nowy szef Orlenu) był w PZPR? Na co poseł Terlecki (radykalna prawica lustracyjna) powiedział to, co wszyscy wiedzą, ale co mało kto miał odwagę powiedzieć: że mianowicie wiatach 80. ubiegłe­go wieku PZPR miała 3 min członków. „Musieli wśród nich być ludzie mądrzy” - powiedział RT (przytaczam z pamięci).
   Ta rzucona mimochodem i banalna skądinąd wypo­wiedź to odkrycie epokowe. Wszak wedle obowiązującej polityki historycznej PZPR była organizacją zbrodniczą, i mało co hańbiło człowieka tak, jak bycie jej członkiem. „Partyjny profesor, partyjny dyplomata, partyjna bab­ka klozetowa” - to dziś obelga. Byli członkowie partii pozwolili sobie samym narzucić tę interpretację i z re­guły mówią, że wstąpili do partii, żeby zmieniać system od wewnątrz. (Biedacy, mieli złudzenia). A teraz okazuje się, że wstąpili, bo byli mądrzy! Co za ulga! Brawo, profe­sor Terlecki, że miał odwagę to powiedzieć. Mam tylko jedno pytanie: Czy jak ktoś nie zdążył, to może wstąpić do PZPR po jej rozwiązaniu, niejako pośmiertnie?
Daniel Passent


Dobre serduszko

Kobieta na rynku w Suwałkach nie ma radosnej miny. Pewnie coś przeczuwa, bo to poet­ka Maria Konopnicka, a poeci tak mają. Prawą rękę trzyma na ramie­niu stojącego przed nią bosego pacholęcia. Ten może 10-letni chłopiec przyciska do klatki piersiowej książkę. Gdy ją otworzy, przeczyta: „temu tylko pług a socha,/ kto tę czarną ziemię kocha”. I wtedy w sercu dziecka wykiełkują patriotyczne uczucia, tak zalecane ostatnio do przeżywania. Lewą ręką - odlana z brązu, ale jak żywa pani Maria - trzyma się za wątrobę. Trudno się dziwić. Właśnie usłyszała, że jej ukochane Suwałki sta­ną się miejscem zesłania Trybunału Konstytucyjnego. Nad Wigrami krąży też plotka, że sędziowie zamieszka­ją wprawdzie w Suwałkach, ale obra­dować muszą na pobliskiej Białorusi.
W ten sposób pierwsi się dowiedzą, jak za rok będzie wyglądać Polska.
   Muszę przyznać, że mam to samo co Konopnicka. Też się ciągle trzy­mam za wątrobę, bo mi się biedna przewraca. Powodów jest coraz wię­cej. Ot, na przykład minister obro­ny narodowej Macierewicz na spo­tkaniu wigilijnym z żołnierzami powiedział, że chciałby przywołać „wielkiego syna polskiej ziemi” i „wielkiego twórcę współczesnej myśli niepodległościowej, premiera Jarosława Kaczyńskiego”. I po co prof. Gliński ma się dalej gimnastykować i szukać tematu na hollywoodzki film promujący Polskę, skoro mamy taki brylant, takie­go męża opatrznościowego, człowieka honoru i bez­kompromisowego tropiciela prawdy. To on wywołał przed laty wojnę na górze, miał odwagę oskarżać Lecha Wałęsę, że jest prezydentem „czerwonych”, i podczas demonstracji w 1993 r. palił jego kukłę. A dziś? Pola­ków, którzy nie godzą się na „dobrą zmianę” pod sztan­darami PiS, nazywa ludźmi gorszego sortu, głupcami z niesprawnymi głowami; padło nawet słowo gesta­po. Trzeba kręcić ten film i to szybko, aby ci, którzy pamiętają bohaterski życiorys Jarosława Kaczyńskiego, mogli przyjść na premierę. A potem niech oniemieje świat w oscarowym Dolby Theatre.
   Tytułowej postaci obrazu towarzyszyć będą oczywi­ście epizodyści. W roli prezydenta wystąpi pan Andrzej Duda z Krakowa, a byłą premier rządu zagra pani Beata Szydło z autobusu. Kluczem do zrozumienia filmu bę­dzie postać Antoniego Macierewicza. Wycieraczkę, pod którą leży klucz, wyłoni się w castingu dostępnym tylko dla członków PiS oraz Jacka Kurskiego i Beaty Kempy.

Żarty żartami, ale gdyby rok temu ktoś przepowiedział, w jakiej atmosferze będziemy spędzać sylwestra A.D. 2015, to nagrodziłbym go dużą butlą nalewki własnej roboty. Za nie­okiełznaną wyobraźnię. A jednak mam wrażenie, że utknęliśmy dziś po uszy w peerelowskim smrodzie. Znów mamy jedynie słuszną linię i ambitny program partii z monopolem na praw­dę. I ten upiorny język nienawiści. Gdy Jarosław Kaczyński wylewa z siebie biało-czerwoną żółć o genie zdrady narodowej przenoszonej z pokolenia na pokolenie przez „najgorszy sort Polaków”, to przysięgam - jakbym słyszał I sekretarza KC PZPR Władysława Gomułkę. W Marcu ’68 z trybuny w Sali Kongresowej nazwał on pisarza Janusza Szpotańskiego „człowiekiem o moralności alfonsa”. Za co? Za jego polityczny pamflet na PRL „Cisi i gęgacze”. Fragmenty tego utworu przepisywaliśmy sobie wtedy jeden od dru­giego, odręcznie, bo przecież innego sposobu nie było.
   „Jeśli PiS będzie brał odpowiedzialność za Polskę, to będziemy razem z wami. Będziemy słuchać, co do nas mówicie” - mówiła Beata Szydło w kampanii wyborczej. Kłamała, choć oczywiście nie tylko ona. Może po pro­stu ma dobre serduszko i prawda nie mogła jej przejść przez usta.
Stanisław Tym

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz