PiS - konstytucja 2010.pdf

piątek, 15 stycznia 2016

Czas pogardy



Schematy jak z propagandy Gierka, choć nawet „Trybuna Ludu” szkalowała z większą finezją. Retoryka nowej władzy obnaża, co tak naprawdę „patrioci” z PiS sądzą o Polakach.

TEKST RAFAŁ KALUKIN

Najpierw dwa cytaty.

„Tę naszą demokrację będziemy umacniać i roz­wijać, dyskutując mądrze i z powagą o sprawach Pol­ski i Polaków, zdyscyplinowanie i spraw­nie wcielając decyzje, do jakich wspólnie dojdziemy. Będziemy równocześnie w imię najlepiej pojętych interesów Pol­ski dawać stanowczy odpór każdej próbie wypaczania demokracji i wykorzystywa­nia jej dobrodziejstw do siania chaosu i anarchii. Wiemy, komu na tym zależy, wiemy też, jaką cenę musiałby płacić za to nasz ciężko przez historię doświadczony naród” (Edward Gierek, 1977).

   „Jedno w Edwardzie Gierku ceniłem, nie tylko to, że on opozycję jakoś tam to­lerował i nie zamykał do więzień. (...) To, że chciał uczynić z Polski kraj ważny, to była bardzo dobra strona jego działania i osobowości. Wskazująca na to, że był ko­munistycznym, ale patriotą” (Jarosław Kaczyński, 2010).
ZMIANA NA OPAK
Szaleńcze tempo uchwalania ustaw - nocą, bez konsultacji, z pominięciem ekspertów - to dowód na pracowitość no­wego Sejmu. Oburzenie opozycji tylko dowodzi jej lenistwa. „Sejm dziś pracuje tak, jak Polacy tego oczekują” - twierdzi wicemarszałek Joachim Brudziński.
   Trybunał Konstytucyjny rozmontowała„ustawa naprawcza”. Chodziło przecież o położenie tamy „upartyjnianiu” Trybu­nału. I jeszcze o to, aby zagonić sędziów do pracy, bo - jak stwierdził prezes - do tej pory pracowali w „niebywale wolnym tempie”.
   Zawłaszczanie mediów publicznych ma w III RP bogatą tradycję, ale nawet na tym tle brutalna lapidarność ustawy PiS czyszczącej prezesów radia i telewi­zji - eufemistycznie zwanej „małą nowe­lizacją” - nie ma precedensu. Choć jak zauważa wicepremier Piotr Gliński - to żadna czystka, lecz „opcja zerowa”. Na szczyty dialektyki wzniósł się jednak po­seł i partyjny dziennikarz Krzysztof Czabański: „My robimy krok tymczasowy po to, by przekształcić media tak, by nie dochodziło do sytuacji, w której to rząd ma powoływać [szefów mediów - przyp. red.]”. Inaczej mówiąc - upartyjniamy, aby odpartyjnić.
   Nie inaczej ze służbą cywilną, która miała chronić korpus urzędniczy przed upartyjnieniem, ale właśnie wyłamano jej resztki uzębienia. Co szefowej Kance­larii Premiera Beacie Kempie nie prze­szkadza opowiadać, że „ta ustawa otwiera szeroko drzwi dla młodych, bardzo do­brze wykształconych, energicznych Po­laków”.
   Język polityki ze swej natury musi być elastyczny. Język tej władzy bije jednak rekordy giętkości. Hula pomiędzy biegu­nami znaczeniowymi, za nic mając sens słów, logikę i elementarną przyzwoitość. Jest językiem znaczeń odwróconych. To właśnie język „dobrej zmiany”.

ABY BYŁO NORMALNIE
Propagandowe slogany o ustawach naprawczych, korektach i opcjach zerowych bez wzięcia w cudzysłów byłyby niezrozumiałe. Czasem zresztą któremuś harcownikowi PiS wymsknie się zdanie wskazujące na prawdziwą intencję ko­lonizowania państwa. A jak nie, to kropkę nad i postawi niezastąpiona Krystyna Pawłowicz. Lecz radosnej aktywności „pani profesor” zwierzchnicy partyjni na­wet nie starają się przyhamować. W koń­cu zwycięzcy należy się wszystko. Po co przesadzać z hipokryzją?
   „Normalność” to zresztą słowo klucz. Powiada premier Szydło: „Dzisiaj sy­tuacja jest inna [niż przed wyborami i przyp. red.]. Ta inność polega właśnie na normalności. To jest to, o czym mó­wili do nas w kampanii wyborczej wy­borcy, kiedy spotykaliśmy się z ludźmi. Wtedy słyszeliśmy o tym, że ludzie chcą normalności. Żeby było tak po prostu spokojnie, bezpiecznie, bez chaosu, któ­ry wprowadzał poprzedni rząd”. I dalej: „Może być w Polsce normalnie. Na tym polega dobra zmiana, którą wprowadza w tej chwili polski rząd”.
   Ta „normalność”, czyli „dobra zmiana”, to jak wiadomo: 500 złotych na dziecko i niższy wiek emerytalny. Projekty flago­we, które władza pokazowo „konsultuje” ze społeczeństwem, rozciągając w cza­sie ich uchwalanie (przy okazji odwlecze się problemy budżetowe). A cała resz­ta - tak oburzające opozycję „naprawy”, „korekty” i „opcje zerowe” - to sprawy w istocie niewarte bliższego zaintereso­wania. Konsultacji na tym obszarze nie potrzeba, skoro to tylko polityczna tech­nologia dla wtajemniczonych. Zwykłym Polakom powinno wystarczyć wyjaś­nienie przykrej konieczności „czyszcze­nia przedpola” przed zakusami wrogów „normalności”. Jasno przecież prezes wskazał, że Trybunał Konstytucyjny jest „redutą resortowych dzieci”.

KTO MĄCI JEDNOŚĆ?
To schemat przeniesiony wprost z propagandy PRL, która konsekwen­tnie stawiała granicę pomiędzy tym, co polityczne (czyli zarezerwowane dla elity władzy), a tym, co niepolityczne (a więc należne „ludziom pracy”). Warunkiem społecznej harmonii było rozgraniczenie obu sfer. Stawką zaś „jedność narodu”, w istocie sprowadzająca się do pokornego wykonywania dyrektyw władzy.
   Pisała „Trybuna Ludu” o Komitecie Obrony Robotników w 1977 roku: „Tym­czasem głównym celem inicjatorów, or­ganizatorów i orędowników całej tej akcji jest w gruncie rzeczy sianie społecznego niepokoju, zamącanie konstruktywnego klimatu obywatelskiej dyskusji, prowa­dzenie do dezintegracji społeczeństwa, stymulowanie wewnętrznych konflik­tów w sytuacji, w której właśnie jedność narodu, jego skupienie się wokół pod­stawowych spraw kraju ma tak wielkie znaczenie”.
   Ten, kto starał się zmącić „jedność narodu”, siłą rzeczy lokował się poza narodem. Akcentowano więc, że mącą odosobnione grupki reprezentują­ce „określone interesy” i inspirowa­ne przez „wiadome ośrodki”. „Trybuna Ludu” o głodówce KOR-owców w koś­ciele św. Marcina: „Aktorzy kolejnej demonstracji obliczonej na poklask za­chodnich ośrodków propagandowych zakończyli kiepskie widowisko i opuści­li wczoraj bocznym wyjściem mury war­szawskiego kościoła. Wiadomo jednak, że ta demonstracja nikogo w naszym
kraju ani nie zaziębiła, ani nie zagrza­ła. Uciechę miały natomiast zachodnie radiostacje i warszawscy koresponden­ci prasy burżuazyjnej. Tymczasem rze­czywistość psuje mozolnie wyrysowany obraz. Ludzie w Polsce pracują i żyją normalnie, książki się ukazują i samo­chody jeżdżą, a ruch jest tak wielki, że niemal nikt nie znalazł czasu, by pójść choć popatrzeć na kiepską farsę z rze­komą głodówką”.
   Podobnie brzmią enuncjacje dzisiej­szych propagandystów PiS. Tylko sceneria inna - o ile za Gierka „Polska rosła w siłę i żyło się dostatnio”, to za wczesne­go Kaczyńskiego ciągle jeszcze „Polska w ruinie”. Krystyna Grzybowska (wPolityce.pl): „Na pikiety pójdą obrońcy Kraski i Lisa, beneficjenci III RP, którzy mają do stracenia przywileje, granty i ciepłe po­sadki. Nie pójdą tysiące, ba, setki tysięcy bezrobotnych i bezdomnych, którzy wten mróz wystają pod kościołami w oczekiwa­niu na miskę zupy i ciepłą odzież. (...) Ja­kieś reformy, jakieś pieniądze na dzieci, uporządkowanie administracji, sądowni­ctwa, kto to widział? Przecież było tak do­brze, panował bałagan i anarchia, wręcz nierząd, ale to się przecież podobało i po­doba w Brukseli. (...) Pomogą w tym dzie­le zdrajcy narodu polskiego, ci, co bronią »demokracji« i »europejskich wartości«. W ich demonstracjach nie wezmą udziału Polacy świadomi nieszczęść, jakie ze sobą te »wartości« niosą. A jest to zdecydowa­na większość narodu, to jest młode poko­lenie - sól tej ziemi”.

V KOLUMNA NA UMSCHLAGPLATZ
Ta propaganda wyklucza prawomoc­ność politycznego sporu. Bo mono­pol na rację może mieć tylko obóz władzy. W latach 70. komuniści uzasadniali to obroną państwowości. Dziś PiS ma kom­fort odwołania się do woli „suwerena”, wyrażonej w demokratycznych wybo­rach. Jednak tam, gdzie rządząca więk­szość odmawia przeciwnikom prawa do artykułowania swych poglądów, demo­kracja zaczyna się kończyć.
   Taka odmowa, przynajmniej na płaszczyźnie moralnej, jest dziś wy­raźna. PiS-owska propaganda kon­sekwentnie opisuje antyrządowe manifestacje (i w ogóle wszelką opozycyjność) w targowickim schemacie -jako akcję garstki zdrajców opłacanych przez wrogie rządy. Do czego wezwał sam pre­zes słowami o „gorszym sorcie Polaków” i „gestapowcach”.
   Propaganda PRL tak samo specjalizo­wała się w moralnym piętnowaniu opo­zycji. „Jest w postępowaniu tych ludzi coś podłego. To wywnętrznianie się na Zachód, tworzenie mitu antypaństowego” - pisał jej klasyk Bohdan Roliński. „Trybuna Ludu” chętnie drukowała li­sty „normalnych Polaków”, z oburze­niem pytających, „skąd ci z KOR mają pieniądze na podróże zagraniczne, na telefoniczne rozmowy z całym świa­tem? Przecież to drogo kosztuje. Gdzie ci panowie pracują? Zastanawiamy się, kto ich finansuje (...). W Polsce, gdzie wszyscy żyjemy za pieniądze zarobione uczciwą pracą, tacy ludzie, którzy utrzy­mują się za cudze pieniądze, zasługują na pogardę”.
   Judaszowymi srebrnikami w twar­dej walucie przeważnie płacili za szka­lowanie ojczyzny zachodnioniemieccy „odwetowcy”, kupując paliwo do swych kampanii prasowych przeciw PRL. „Ni­gdy jeszcze prasa RFN nie »broniła« tak gwałtownie i z takim zacietrzewieniem rzekomo naruszanych praw człowieka w Polsce, jak właśnie obecnie. Nie moż­na tu mówić o przypadku. To jest akcja tak widoczna, że musi być organizowana, że musi być kierowana, że musi być koor­dynowana. Łatwo domyślić się, w czyim interesie” - pisał w 1977 r. kolejny klasyk propagandy PRL Zygmunt Broniarek.
   Na tle obecnej propagandy insynu­acje Broniarka wyglądają całkiem ele­gancko. Dziś zamiast niedopowiedzeń dominuje oszczercza dosadność. „O do­nosach obrzydliwie fałszywych, bo prze­cież demokracji przybywa, a nie ubywa” i pisze Jacek Karnowski, komentując publikowane w zachodnich mediach gło­sy Polaków zaniepokojonych kierunkiem rządów PiS. Dodaje: „To modły o między­narodową izolację naszego kraju”. Portal Karnowskiego ma zresztą wprawę w propagandowym szczuciu: „Podpowiada­my GW, koniuszkom, PO, alimenciarzom z KOD i innym donosicielom na Pol­skę skomlącym o obcą interwencję - nie męczcie się już, sięgnijcie do targowickie- go oryginału”.
   Do propagandowego oryginału z cza­sów Gomułki sięga za to kolega Karnow­skiego, Ryszard Makowski, tropiący „V kolumnę, która ramię w ramię z obcy­mi państwami ma za zadanie obalenie rządu”. Aleksander Nalaskowski, ponoć profesor pedagogiki i członek Narodo­wej Rady Rozwoju przy prezydencie Du­dzie, jeszcze dalej puszcza wodze fantazji: „Proponuję, aby niemiecki sąd nad Polską odbył się na dawnym umschlagplatz, to idealne miejsce dla oracji Schulza i Mer­kel. Kibice z KOD winni stanowić szpaler ubrany w pasiaki - dla Zachodu widomy znak łamania demokracji w Polsce”.
   Wyobraźnia polityków PiS na razie jest skromniejsza. Poseł Janusz Wojciechow­ski dostrzega w protestach obronę nie de­mokracji, ale korupcji. Zaś jego kolega Zbigniew Kuźmiuk stawia tezę, że mani­festacje KOD opłacane są przez zachodni kapitał, który chce zablokować uszczel­nianie systemu podatkowego. Sam prezes Kaczyński jak zawsze ujmuje rzecz ogól­nie, acz dosadnie: „Dziś nie o demokrację chodzi, ale o to, by demokracja mogła rze­czywiście decydować, a nie garstka ludzi zaprzedanych obcym”.
   W zorkiestrowanym jazgocie umy­ka, że ci „obcy” z Zachodu to przecież sojusznicy. Co prawda prawica zawsze miała swobodny stosunek do Unii jako wspólnoty wartości i definiowała korzy­ści z naszego członkostwa w kategoriach ekonomicznych, niemniej granic geopo­litycznych na Odrze starała się otwarcie nie stawiać. Te zaległości nadrabia teraz Jerzy Targalski, który twierdzi: „Niem­cy wypowiedziały Polsce wojnę, broniąc się przed utratą protektoratu. (...) Jeśli Niemcy uderzają w Polskę, to my musi­my uderzyć w nich”. Z kolei Stanisław Janecki ostrzega przed penetracją Polski przez niemieckie służby specjalne i ape­luje do polskiego rządu o przeciwdziała­nie. Eurodeputowany Ryszard Legutko jest nieco ostrożniejszy: „Unia Europej­ska jest silnie zideologizowaną instytu­cją, która potrzebuje wroga”.
   O tym, że wprowadzana przez PiS „do­bra władza” obca jest politycznej kul­turze Zachodu i że w przeszłości kraje unijne z Niemcami na czele ingerowały nawet w wewnętrzne sprawy bliższej im kulturowo Austrii (gdy do rządzącej ko­alicji weszła ksenofobiczna partia Jórga Haidera) - oczywiście ani słowa. Podob­nie jak o tym, że hołubiony na polskiej prawicy Orban wprost powoływał się na ustrojowe powinowactwo modelu wę­gierskiego z rosyjskim. U nas na razie dominuje propagandowe zawołanie: „Po­lacy, nic się stało!”, co ma oznaczać, że na­dal poruszamy się w obrębie europejskiej „normalności”. Krytyka za granicą musi więc mieć zgoła inne źródła - w przypad­ku Berlina rzecz jasna historyczne. W antyzachodniej kampanii prawica tak się jednak zapędziła, że z listy wrogów ostat­nimi czasy wyparowała nawet Rosja.
   Może jednak odkryto powinowactwo z Putinem, również oskarżanym o nisz­czenie demokracji? „Mamy absolutnie standardowe demokratyczne państwo­we instytucje, które rzecz jasna mają swoją własną specyfikę. Do czego ona się sprowadza? Do tego, że zdecydowa­na większość naszych obywateli skłonna jest opierać się na swoich historycznych tradycjach, na swojej historii, na trady­cyjnych wartościach. To jest pewnym fundamentem, elementem trwałości ro­syjskiej państwowości” - mówił przed rokiem Putin. Gdyby podobnych uzasad­nień dostarczył dziś Kaczyński, nikogo by to nie zdziwiło.

ILE DYWIZJI MA SPOŁECZEŃSTWO OBYWATELSKIE?
Porównując obecny język PiS do ję­zyka IV RP sprzed dziesięciu lat, trudno nie zauważyć, jak dalece zdążył się on odideologizować. Tamte rządy po­przedzone zostały dosyć klarownym za­rysowaniem projektu ustrojowego, do którego realizacji pozbawionej parla­mentarnej większości partii Kaczyńskie­go zabrakło sił. Deficyt możliwości prezes nadrabiał aktywnością retoryczną, wal­cząc z dominującym językiem liberalno- -demokratycznym. I - trzeba przyznać i swymi oracjami hipnotyzował opinię publiczną.
   Dziś prezes PiS występuje znacznie rzadziej. Już nie musi nikogo uwodzić, może po prostu działać. Zresztą jego kon­strukcje retoryczne zdążyły się zbanalizować. Ukryty za partyjną kotarą, woli więc dyrygować prymitywnym propagan­dowym chórem - teraz rozszerzając go na publiczne media. Traktuje tę propagan­dę czysto użytkowo, zamiast dostarczać argumentów dla decyzji politycznych, pełni ona funkcję hałaśliwej zagłuszarki. W nadziei, że Polacy zmęczą się politycz­nym jazgotem i przyjmą oferowaną im „normalność”.
    Ignorowanie wrażliwości nawet co bar­dziej umiarkowanych wyborców PiS wró­ży fatalnie. Jeszcze gorzej - obojętność na obawy sojuszników, od których zale­ży bezpieczeństwo Polski. Pokazuje to, że Kaczyński nie ma żadnych hamulców w swym pędzie do pełni władzy. Zadufa­ny w swą siłę przypomina Józefa Stalina, który z pogardą pytał, ile papież ma dywi­zji. Równie pogardliwy jest stosunek pre­zesa do Polaków. Na szczęście w polskich genach istnieje piękna tradycja radzenia sobie z pogardą władzy.
Korzystałem z książki „Peereliada” Michała Głowińskiego

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz