PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 28 stycznia 2016

JESTEM ARTYSTKĄ POLSKA, A NIE NARODOWA



Boję się, że obecnej władzy sztuka myli się z propagandą – mówi Krystyna Janda

Rozmawia Jacek Tomczuk

NEWSWEEK:Podobno zakazała pani w teatrze rozmów o polityce?
KRYSTYNA JANDA:Nie zakazałam, ale wolałabym, żeby ich nie było, bo niepotrzebne emocje przenoszą się na scenę. A konflik­tów w Polsce już jest tyle, że szkoda niszczyć przyjazną atmosferę, jaka u nas panuje. Choć czasem sama łamię ten zakaz. Gra u nas Le­szek Łotocki, z którym bardzo się lubimy, i przez kilka wieczorów starałam się w kulisach dowiedzieć, jaki będzie film o Smoleńsku gra w nim przecież prezydenta Lecha Kaczyńskiego - ale mi nie zdradził. Może dobrze.

A w domu?
- Kiedyś mówiliśmy o książkach, filmach, życiu, wakacjach, pla­nach, tym, nad czym pracujemy. Polityka moich synów nie intere­sowała. Od trzech miesięcy jednak wszyscy są ożywieni, a każdy ich przyjazd do domu zaczyna się od moich próśb, żebyśmy nie mówi­li o polityce. Ale i tak rozmawialiśmy o niej całe święta. Moja mama kiedyś oglądała tylko TVN24, teraz nie można jej odspawać od te­lewizora, zmienia kanały, porównuje wiadomości i powtarza: „Jaką ja mam ciekawą emeryturę”.

Chodzicie na demonstracje?
- Oni tak. Ale nie wszystkie ruchy PiS uważają za groźne. Jak się dowiedzieli, że pan Jacek Kurski został szefem TVP, tylko wzru­szyli ramionami, bo telewizji nie oglądają. Mój ostatni spektakl Teatru Telewizji „Damy i huzary” obejrzeli w internecie. Mło­dzież w ogóle ogląda wszystko w internecie.

Czyli to pokolenie zacznie się buntować, kiedy mu się odetmie internet albo zacznie go kontrolować?
- Tak, bo młodzi są od niego uzależnieni. Ale z drugiej strony, nie wiem, czy nie wymyślą szybko programów antyinwigilacyjnych, które będą zapewniały im poczucie bezpieczeństwa. Jestem nawet tego pewna.
Już tydzień temu słuchałam wiadomości w młodym internetowym radiu Opornik, nadawanych z Londynu. Młodzi świetnie mówią po angielsku, są inteligentni, wol­ni, szeroko myślący i nie wyobrażają sobie kraju bez paszportów, wolności, uginają­cych się półek. Nie wyobrażają sobie, że to może być w jakikolwiek sposób naruszone.

A jak pani reaguje na ten cały język o ludziach gorszego sortu, pomocnikach gestapo, in vitro, które jest dla krów?
- To podłość, staram się tego nie słuchać, bo tak się denerwuję, że mi serce skacze do gar­dła, a lekarz mówi, żebym uważała. Nie mogę słuchać tonu, dźwięku, barwy głosu, który to­warzyszy tym oświadczeniom. Nie życzę so­bie, żeby ktoś do mnie mówił takim tonem.
Mam uczucie, że ludzie kulturalni milkną i idą w swoją stronę. Niestety. To coś, co na­zywaliśmy kiedyś emigracją wewnętrzną, konieczność takiego reagowania na ewi­dentne chamstwo i pogardę władzy. Jestem z Ursusa. Pani Pawłowicz też, obie mamy na imię Krystyna, może nawet chodziłyśmy do jednej szkoły. Nie ośmieliłabym się jednak tak zachowywać. Przypuszczam, że ta kobieta ma klimakterium w ostrym stadium. I ja to znam: uderzenia gorąca, nieopanowane ruchy. Tylko ja na to biorę plastry. Jeżeli na Polskę ma wpływać kli­makterium Krystyny Pawłowicz, to ja przepraszam. Niepotrzeb­nie się śmieję, właściwie wcale mnie to wszystko nie śmieszy, ja się zwyczajnie zaczynam bać. Sądzę, że trzeba o tym wszystkim my­śleć i mówić w poważnym tonie. Nawet uważam, że to obowiązek.

Boi się pani o swoje teatry?
- Mamy około 260 tysięcy publiczności rocznie. Prowadzę te­atr dla lewicy i prawicy, dla nowoczesnych i konserwatywnych. Staram się tylko, żebyśmy dyskutowali na dobrym poziomie. I nie ukrywam, jakie są moje poglądy, bo one się nie zmieni­ły od czasu „Człowieka z marmuru”. Szłam za ludźmi, myślą i światopoglądem, nie za partią.

Polska na krawędzi, a pani ciągle gra farsy?
- Między innymi. Mamy ułożony repertuar na trzy lata na­przód, bardzo różnorodny, także klasykę, i zastanawiam się, czy zmieniać te plany Nie ze strachu, przeciwnie, żeby robić rzeczy bardziej przystające do sytuacji.
Autorzy przysyłają do mnie dziesiątki sztuk, mam ich całe szu­flady. Dwa lata temu autor z Katowic przekazał mi dramat o współlokatorach w wynajmowanym mieszkaniu. Najpierw ktoś proponuje, że będą się myć o wyznaczonych godzinach, później ustala hierarchię siedzenia przy stole... Taka analiza przejmowa­nia przywództwa drobnymi krokami. Wtedy odłożyłam ten tekst. Od dwóch dni go szukam.

Na blogu napisała pani: „Zastanawiam się coraz częściej, jak zareagowałabym za odebranie mi choćby odrobiny komfortu życia codziennego, bo spokój odebrany mam od dawna. Niepokój w komforcie, tak żyję”.
Co to właściwie znaczy?
- Od kiedy zmieniło się nasze życie w Pol­sce, uważałam, że tęsknoty ludzi, ich mą­drość i wybory doprowadzą nas przez zakręty, błędy do zasobnego, bogatego, szczęśliwego kraju. Wszyscy przyzwyczaili­śmy się do spokoju i komfortu. Byłam pew­na, że już nie zagłosujemy na ludzi, którzy będą nam chcieli odebrać wolność, opanu­ją media. A jednak... Czasami się zastana­wiam, czy może coś przegapiłam zamknięta w wieży z kości słoniowej?

Nie doceniliśmy biedy?
- Bieda, kiedy nie ma nic w sklepach, aż tak nie boli. Kiedy jednak wszędzie atakują cię atrakcyjne reklamy i pełne półki, ludzie czu­ją się bardzo pokrzywdzeni. Rośnie niena­wiść do tych, którzy mają więcej, i do władzy A ta dzisiejsza władza to populiści, zwraca­jący się tylko do tych z poczuciem krzywdy Choć wydaje mi się, że w gruncie rzeczy po­gardzają tymi ludźmi i traktują ich, a także ich uczucia, instrumentalnie. Ale ludzie chcą
zmiany, niewątpliwie. No i nacjonalizm w Polsce zawsze miał wzięcie.

Tylko dlaczego takiego wyboru nie dokonali cztery lata temu, po pierwszych latach rządów PO?
- Platforma zbyt się rozluźniła, rozleniwiła i straciła kontakt z rzeczywistością. Władza demoralizuje, człowiek przestaje mieć wątpliwości, bo żyje w kręgu ludzi, którzy myślą podobnie. Kiedyś poznałam chłopaka, który zarabiał, organizując wyjaz­dy dla menedżerów upadających firm, takie szkoły przetrwa­nia. Pakował na przykład takich szefów do kolejki wąskotorowej i w połowie drogi robił im napad na pociąg. Przywiązywał ich do drzew, głodził, a potem zostawiał, żeby sobie dali radę, obser­wując ze współpracownikami z daleka. Kto pierwszy się uwolni, ma pomóc kolegom. Raz zostawił ludzi na jakiejś wyspie i ka­zał im zbudować tratwę. Jeden z nich znalazł jakiś rower wodny
chciał całą akcję przyśpieszyć, czyli złamać zasady gry. Potem ci ludzie wracali do firm i stawiali je na nogi. Zresztą w wypad-ku tego oszusta z rowerem podobno w firmie długo trwała dys­kusja, czy on się nadaje na menedżera, czy można mieć do niego zaufanie. Chodziło o wstrząs. Gdyby PO cztery lata temu zrobi­ła sobie taką szkołę przetrwania, to może nastąpiłby powrót do rzeczywistości. Oczywiście zabawiam się metaforą.

Pani też ma władzę, jest pani dyrektorem dwóch teatrów. Odkleiła się pani?
- Większość czasu spędzam w teatrach: tu próba, tam premie­ra, spotkania z reżyserami, muzykami, scenografami. Dla mnie świat jest piękny, ciekawy i nie jestem biedną artystką. Nawet jeśli wiem, co się dzieje za rogiem, to nie doświadczam tego, choć umiem to zagrać. Czy odkleiłam się od rzeczywistości? Mam nadzieję, że nie, bo co wieczór staję na scenie i słyszę, jak publiczność reaguje. Parę dni temu mieliśmy premierę „Udając ofiarę" braci Presniakow. Brawa słychać za każdym razem, kie­dy mówi się o moralności, a śmiech, gdy bohaterowie mówią, jak powinno być, a zachowują się odwrotnie.

Tak wygląda pani kontakt z Polską?
- Wydaje mi się, że wiem, dla kogo pracuję. Wiem, co ich zainte­resowało, sprawiło, że zrobiło się cicho na widowni. Jakie mają poczucie humoru, jaki gust. I bardzo się staram to wiedzieć. Ilu widziałam wielkich aktorów, którzy nie zauważyli, że zmieniały się problemy ludzi, estetyka, sposób grania. Siedziałam i patrzy­łam na dawniej wielkich aktorów, którzy grali żenująco, bo stra­cili aktualność. Tego się bardzo boję. Zresztą aktorzy są w tym podobni do polityków. Tyle że tamci tracą kontakt z wyborcami.

Napisała pani na blogu, że pani monodram „Danuta W.” ma dzisiaj zupełnie inny odbiór. Co to znaczy?
- Ten spektakl powstawał jako osobista historia kobiety, która w tej całej zawierusze politycznej, jaką była opozycja i Solidar­ność, urodziła i wychowała ośmioro dzieci. To także spektakl o naszej historii z Lechem Wałęsą w tle. W pewnym momen­cie mówię, jako pani Danuta, o papieżu, o tym, że to on dał nam wolność. Mówię też: „Myślę, że jesteśmy narodem marnym, małostkowym, nie umiemy utrzymać i pielęgnować wielkich spraw”. Reakcje publiczności są dużo wyraźniejsze. Wspo­minam wrzesień 1980 r., kiedy pani Danuta nagle z dziećmi, miesiąc po kolejnym porodzie, znajduje się w mieszkaniu, któ­re jest jednocześnie biurem Solidarności. Mieszkaniu, przez które przewijały się wtedy setki związkowców, fotografów, dziennikarzy, doradców. Kiedy mówię, że nikt nie dostrzegał, iż oprócz Polski i Solidarności w tym mieszkaniu była też rodzina, dzieci, czuję na sali reakcję, której wcześniej nie było. Ludzie w dzisiejszej sytuacji politycznej myślą o sobie, najbliż­szych i o tym, co będzie dalej. Nagle wszystkie te zdania są 10 razy mocniejsze. Spektakl kończy się słowami: „Co bym chciała? Chciałabym, żeby Polska była szczęśliwa”. Ostatnio w ciszy ludzie wstali.

I co pani wtedy czuje?
- Przede wszystkim ciszę, która aż boli. Ludzie pewne rzeczy uświadamiają sobie na nowo. No ale, żeby nie było tak poważnie. Polacy mają według mnie oszałamiające poczucie humoru. Im gorzej, tym częściej się śmieją i wymyślają coraz lepsze żarty. Je­stem admiratorką poczucia humoru Polaków i ich łatwości koja­rzenia, chęci do życia, umiejętności oceniania i reakcji wziętych w cudzysłów. Nawet tych najsmutniejszych. Uwielbiam to.

Minister Gliński zapowiedział na 2018 rok powstanie narodowej dużej produkcji filmowej z okazji stulecia odzyskania niepodległości - gdyby zaproponował pani rolę, zgodziłaby się pani?
- Gdyby reżyserował Andrzej Wajda albo ktoś, do kogo mam zaufanie, tak.

Pani wie, że to nie będzie Wajda.
- I mówi się o wielkich pieniądzach. Jakby to był warunek sine qua non. Martwi mnie kult, jakim obecna władza darzy Holly­wood, bo to oznacza, że w ich głowach to, co dobre i znaczące, musi być stamtąd.
A polskie firmy, które weszły do historii kina, były niewielkimi, kameralnymi pro­dukcjami: „Człowiek z marmuru”, „Prze­słuchanie”, „Matka Joanna od Aniołów”, „Człowiek z żelaza” czy „Ida”.
Rozumiem, że chodzi o masowe oddzia­ływanie, coś jak „Gwiezdne wojny”, tyle że z naszymi bohaterami. Cały świat ma poznać jakąś polską prawdę i się nią za­chwycić. Wielkie pieniądze do tego nie wystarczą.

Im większy budżet, tym łatwiej będzie znaleźć chętnych.
- Nie bądźmy idealistami. Zawsze pienię­dzy na kulturę było mało i duża część środowiska artystycznego naprawdę zubożała. Mimo że powstawały jakieś nieprzytomne ilości seriali itp. Wiem, co się dzieje w teatrach, aktorzy są uwi­kłani w wiele różnych zobowiązań, bo zwyczajnie nie mają z cze­go żyć. Utalentowani i chętni do pracy ponad siły. Towarzystwo chodzi „głodne”, z niespłaconymi kredytami sięgającymi roku 2040 i dalej. Gdyby tym aktorom, reżyserom zaproponowano współpracę, na pewno by jej nie odrzucili. Warto pamiętać, że zamówiony przez państwo produkt patriotyczno-narodowy nie musi się skończyć katastrofą.

Będzie pani współpracować z TVP?
- Na pewno nie będę nawoływać do bojkotu. Nieobecni nie mają racji. Zależy tylko co, z kim, o czym i tym razem dopie­ro na końcu - jak. Pamiętam bojkot z lat 80. Wypadły dwa poko­lenia artystów, którzy nie mieli w ogóle szansy zadebiutować, pokazać swojego talentu, wyobraźni. Chcieli grać w Teatrze Telewizji, a nie - występować w programach informacyjnych. dwa pokolenia widzów także, nie zapominajmy.
Nie wiem, jak będzie dzisiaj wyglądał Teatr Telewizji. Czy bę­dzie. Czy telewizja będzie produkować filmy, dokumenty?
O czym? Boję się, że obecnej władzy sztuka myli się z propagan­dą. Tak naprawdę dziś zadanie szefa telewizji to bycie szefem propagandy. Tyle tylko, że to nie dyktatura, na razie mamy jesz­cze telewizje prywatne, internet, prasę niezależną od władzy, ale zobaczymy, co będziemy mieć za chwilę. Wolne media to dobre i ważne hasło. Warto o nie walczyć.

Jakie ma pani skojarzenia, kiedy słyszy pani, jak minister Gliński mówi, że teraz czas na kulturę narodową?
- Boję się tego. Jestem polską artystką, a nie narodową. Kiedy przyjeżdżałam grać w filmie w Bułgarii, to słyszałam, że pracuję z zasłużonym narodo­wym artystą Bułgarskiej Republiki Ludowej. Albo w Rosji w teatrze spotykałam tylko na­rodowych artystów. Zawsze uważałam, że to jest koloryt lokalny. Miałam zaszczyt dostać Medal Karola Wielkiego w dziedzinie sztu­ki, za udział w zjednoczeniu Europy. Jestem z tego bardzo dumna.
Czy tym, którzy będą dawać pieniądze na sztukę, będzie zależało na tym, żeby ro­bić naprawdę dobre rzeczy, opowiadające o naszej historii, czy chodzi o gloryfikowa­nie władzy? Na razie wszystkie działania zmierzają do tego, że słowa takie, jak „pa­triota”, „patriotyzm”, „narodowy”, stają się podejrzane.

Zaczyna się ręczne sterowanie kulturą?
- Jak słyszę, że recenzent Ministerstwa Kultury zażądał od dyrektora Teatru Stare­go, pana Jana Klaty, nagrań i będzie je oce­niał pod względem artystycznym, to jest to obraźliwe. Sztuki nie można oceniać w ten sposób. To tak, jakby jury festiwalu filmowego wydało werdykt, oglądając filmy w telefonie, a nie na ekranie. Tu oczywiście nie chodzi o ocenę artystyczną, lecz merytoryczną, według merytoryki nowej wła­dzy. Chodzi o cenzurę. Jak może funkcjonować cenzura dziś? Nie wyobrażam sobie.
Podczas poprzednich rządów PiS wezwano mnie i poproszo­no, żebym zdjęła spektakl „Darkroom” Przemysława Wojciesz­ka, o przyjaźni geja z dziadkiem, słuchaczem Radia Maryja. Aż mnie zatkało, powiedziałam, że nie zdejmę. Padł argument, że miasto dołożyło 30 tysięcy i ma prawo wyrazić opinię. No to oddaliśmy te pieniądze, spektaklu nie zdjęłam i graliśmy go jeszcze przez lata.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz