PiS - konstytucja 2010.pdf

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Dziurawy wór z prezentami



Hasła wyborcze muszą być krótkie i siłą rzeczy uproszczone – przyznał niedawno minister zdrowia Konstanty Radziwiłł. Opadł kurz kampanii i już widać, że część „krótkich” obietnic PiS na długo zostanie na papierze.

Radosław Omachel

Kiedy trzeba, sejmowy walec PiS pędzi jak bolid Formu­ły 1. Najlepiej widać to było przy ustawach dotyczą­cych Trybunału Konstytu­cyjnego, ale równie szybko zmieniono ustawę o PIT, by wprowadzić 70-proc. stawkę podatku od po­nadnormatywnych odpraw dla zwalnianych pre­zesów spółek skarbu państwa. Gotowa jest też ustawa o podatku od banków, firm ubezpiecze­niowych i pożyczkowych. I jeden, i drugi projekt
przebrnęły przez parlament ekspresowo, bez konsultacji z najbardziej zainteresowanymi. Po­słanka Barbara Bubula z PiS tłumaczyła nawet, że konsultacjami były... wybory.
   Zgoła inaczej będzie ze sztandarowym pro­jektem PiS z czasu wyborów, czyli dodatkiem na dzieci, tak zwanym 500+. Ustawa trafi do Sej­mu jako projekt rządowy. Firmująca go mini­ster rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbieta Rafalska skierowała go właśnie do konsultacji społecznych, co znaczy, że z pomysłem mają się zapoznać bliżej m.in. centrale związków zawodowych, przedsiębiorcy i Rada Dialogu Społecznego. Konsulta­cje mają potrwać miesiąc, potem rząd będzie projekt doskonalił przez kolejne kilka tygodni.
   Rzecz w tym, że nawet w samym rządzie nie ma na razie zgo­dy co do tego, jak program 500+ ma wyglądać w szczegółach. Na pewno wiadomo tylko to, że wsparcie finansowe dostaną rodzi­ce i opiekunowie prawni na drugie i następne dziecko (chyba że dochód na głowę jest niższy niż 800 zł, a w rodzinach wycho­wujących dzieci niepełnosprawne 1200 zł miesięcznie, wtedy wsparcie przysługuje też na pierwsze dziecko).
 Z dokumentów resortu pracy wynika, że po uruchomieniu programu 500+ część najuboższych rodzin zacznie przekra­czać ustawowe kryteria dochodowe uprawniające do pobiera­nia pomocy socjalnej. Elżbieta Rafalska w jednym z wywiadów zapewniała, że zmniejszenie sfery ubóstwa jest jednym z celów programu 500+. Z kalkulacji resortu pracy wynika, że choć pro­gram ten będzie niezwykle kosztowny (rocznie ponad 23 mld zł), to budżet zaoszczędzi na wydatkach na pomoc socjalną przynaj­mniej pół miliarda złotych.
   Gdyby trzymać się przepisów, to część najuboższych rodzin, klientów systemu po­mocy socjalnej, po otrzymaniu dodatku na dzieci przekroczy ustawowe limity dochodów uprawniających do zasiłków. Dlatego premier Beata Szydło zapowiedziała kilka dni temu, że być może pieniądze z dodatku na dzieci nie będą wliczane do dochodów gospodarstw domowych.
   Nadal nie ma też jasności, czy pieniądze do­staną Polacy mieszkający za granicą. - Nie chcemy płacić na dzieci, które mieszkają w bogatych krajach Zachodu - mówił pod koniec grudnia wicepremier Mateusz Morawiecki.
Ale w tym samym czasie premier Szydło za­powiedziała, że dzieci mieszkające za grani­cą również zostaną objęte programem 500+.
Morawiecki szybko przyznał jej rację, ale kryteria przyznawania dodatku emigrantom z Polski nadal nie są znane. Dla porównania - w Wielkiej Brytanii dopłata na dzieci przy­sługuje tylko tym rodzicom, którzy na stałe mieszkają i pracują na Wyspach.
   Ponadto tuż przed końcem roku okazało się, że resort finan­sów chce wprowadzenia limitu dochodów, tak by zapomogi na dzieci nie dostali co zamożniejsi rodzice. A wicepremier Jaro- sław Gowin uważa, że pomysł z dodatkiem na dzieci jest chybio­ny, bo nie tylko nie gwarantuje poprawy sytuacji demograficznej ale co gorsza, może zniechęcać do podejmowania pracy.
   - W kampanii wyborczej Beata Szydło pokazywała teczkę z gotowymi projektami ustaw. Wygląda na to, że w rzeczywisto­ści nie są one ani gotowe, ani skonsultowane, ani nawet przemy­ślane - komentuje Maria Bieć, szefowa Biura Inwestycji i Cykli Ekonomicznych, instytucji zajmującej się badaniem nastrojów wśród przedsiębiorców.

IM PÓŹNIEJ, TYM LEPIEJ
Konsultacje programu 500+ mają dla rządu tę zaletę, że opóźniają początek wypłat. W kampanii PiS obiecywało, że rodziny dostaną pieniądze od początku 2016 r. Teraz realny ter­min to w najlepszym razie kwiecień albo maj. A każdy miesiąc poślizgu to 1,7 mld zł mniej wydatków z budżetu. Tak czy owak do końca roku rachunek za program 500+ wyniesie minimum 15 mld zł. Czy pieniędzy w budżecie na to wystarczy?
   Przyszłoroczny budżet państwa został opracowany jeszcze przez poprzedni rząd. Przyjęto dość optymistyczne założenia: 3,8 proc. wzrostu gospodarczego i 1,7 proc. inflacji. Na razie jed­nak wszystko wskazuje, że wzrost gospodarczy będzie niższy, podobnie jak inflacja - i to mocno. A im mniejszy wzrost PKB i inflacja, tym niższe dochody budżetu. Według Marka Rozkruta, głównego ekonomisty firmy doradczej EY, mogą być mniejsze od planowanych nawet o 8 mld zł. Przyszłoroczny budżet będzie więc nieźle napięty, mimo wszelkich sztuczek księgowych, do ja­kich ucieka się resort finansów.

PODATEK ZOSTAJE
Jeszcze na początku października na wiecu wyborczym w Lublinie Beata Szydło zapowiadała zniesienie podatku od kopalin.
Ten podatek płaci przede wszystkim KGHM (w ub.r. ok. 1,5 mld zł). Podatek miał zniknąć1 stycznia 2016 r., tyle że... dochody z niego są zapisane w przyszłorocznym budżecie.
   Powyborcze zaniechanie dotyczy też VAT. PiS w kampanii zapowiadało obniżenie pod­stawowej stawki z 23 do 22 proc. Dzięki temu w kieszeniach podatników zostałoby 5-6 mld zł rocznie. Podatek w 2011 r. podwyższyła PO, obiecując, że to tylko na jakiś czas. Ale potem resort finansów długo bronił się przed powro­tem do stawki 22 proc. Ostatecznie w ustawie o VAT zapisano, że stanie się to automatycz­nie od 1 stycznia 2017 r. Ale teraz i to nie jest pewne.
   PiS przygotowało projekt nowej ustawy o VAT, w której obniżka stawki podatku jest tylko jedną z opcji. Głównym celem nowej ustawy jest bowiem ukrócenie przestępstw polegających na wyłudzaniu na wielką skalę zwrotów VAT i uszczelnienie systemu jego ściągania. - Do­piero kiedy nowa ustawa zacznie działać i pojawią się jej obliczo­ne na wiele miliardów złotych efekty w postaci zwiększonych wpływów do fiskusa, będzie można rozważyć obniżenie stawki VAT do 22 proc. Na pewno nie stanie się to w pierwszych miesią­cach od jej uchwalenia - mówi Witold Modzelewski, ekspert po­datkowy, jeden z autorów projektu.
   Ustawa ma zostać uchwalona w kwietniu albo w maju, co ozna­czałoby, że 22-proc. stawka podstawowa VAT raczej w 2017 r. nie wróci. Zresztą Modzelewski jest przeciwnikiem takiej obniżki. Jego zdaniem podatnicy takiej zmiany raczej by nie odczuli, na­tomiast dla fiskusa ubytek kilku miliardów złotych rocznie byłby
bolesny. - Program partii i ustawa to dwa odrębne dokumenty - tłumaczy nieco pokrętnie Modzelewski.

TO BYŁO TYLKO HASŁO
Na papierze pozostaje też przedwyborcza zapowiedź wprowadzona darmowych leków dla seniorów w wieku powyżej 75 lat. Z kampanijnych deklaracji wynikało, że ra­chunki za osoby w podeszłym wieku w aptekach będzie płacić państwo. Zaraz po wyborach okazało się jednak, że państwa na to nie stać.
   Na refundację leków dla osób starszych Narodowy Fundusz Zdrowia wydaje co miesiąc średnio ok. 600 zł na osobę. Ale już refundacja leków dla inwalidów wojennych i wojskowych w wie­ku powyżej 75 lat kosztuje cztery razy więcej. To budzi podej­rzenia, że część „darmowych” leków wypisywanych inwalidom trafia do innych chorych. Koszty rozciągnięcia przywileju bez­płatnych leków na wszystkich seniorów bez ograniczeń wydre­nowałyby budżet NFZ. Dlatego osoby powyżej 75. roku życia rzeczywiście zyskają prawo do darmowych leków, ale tylko tych, które resort zdrowia wciągnie na specjalną listę. W większo­ści będą to leki wykorzystywane w leczeniu chorób charak­terystycznych dla podeszłego wieku, które już teraz seniorzy mogą wykupić w aptekach za kilka złotych. A że ma się to nijak do przedwyborczych zapowiedzi? - Hasła wyborcze muszą być krótkie i siłą rzeczy uproszczone - stwierdził w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” minister zdrowia Konstanty Radziwiłł.
   Szara budżetowa rzeczywistość zweryfikowała też zapowie­dzi rychłego podniesienia kwoty wolnej od podatku. Trybunał Konstytucyjny w październiku zakwestionował dotychczasowe przepisy, zgodnie z którymi wynosiła ona tylko 3 tys. zł rocznie. Na finiszu kampanii wszystkie liczące się partie zapowiedziały podwyżkę - PO do wskazanego przez TK minimum ok. 6,5 tys. zł, a PiS aż do 8 tys. złotych, co dla przeciętnie zarabiającego podat­nika oznacza wzrost zarobków netto o 74 zł miesięcznie.
   Z wyliczeń szczecińskiego ośrodka analitycznego CenEA wy­nika, że ta nowa, wysoka kwota wolna od podatku to 21 mld zł mniej w budżecie. Według zapowiedzi Henryka Kowalczyka, szefa komitetu stałego rady ministrów, miałaby ona wejść w ży­cie od początku 2017 r., ale wciąż nie wiadomo, czy znajdą się na to pieniądze.
Warto pamiętać, że część kosztów operacji spadnie na jed­nostki samorządu terytorialnego, które zgarniają część wpły­wów z PIT zebranego na ich obszarze (np. Warszawa straciłaby prawie miliard złotych rocznie).
Tuż przed świętami minister finansów Paweł Szałamacha zapewnił, że kwota wolna, owszem, będzie podnoszona, ale stopniowo.

NIŻSZY WIEK, NIŻSZE EMERYTURY
Nie do końca usatysfakcjonowane będą też zapewne zwolennicy przywrócenia wcześniejszego wieku. Wcześniejsze emerytury (w wieku 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn, zamiast wspólnego dla obydwu płci progu 67 lat) będą oznaczały bowiem zdecydowanie niższe świadczenia. Ko­bieta zarabiająca w okolicach średniej krajowej zamiast 2,1 tys, zł emerytury miałaby dostać niecałe 1,4 tys. zł.
   Z zapowiedzi posłów PiS wynika, że wcześniejszy wiek eme­rytalny będzie tylko opcją, nie wiadomo zatem, ile osób z niej skorzysta. Z badań opinii publicznej prowadzonych przed wy­borami wynikało, że około 60 proc. zwolenników PiS zaakcep­towałoby niższe świadczenie na wcześniejszej emeryturze. Z wyliczeń resortu pracy jeszcze sprzed wyborów wynika, że ob­niżenie wieku emerytalnego będzie kosztować finanse państwa początkowo ok. 5 mld zł. Za kilkanaście lat roczny koszt tej zmia­ny będzie wynosił nawet 20 mld zł.
   Prezydencki projekt ustawy obniżającej wiek emerytalny jest już po pierwszym czytaniu.
   Inny projekt prezydenta - dotyczący kredytów frankowych - trafił od razu do kosza. Kancelaria Prezydenta uznała, że prze­rzucanie na banki wszystkich kosztów przewalutowania kredy­tów denominowanych we frankach (w przybliżeniu 50 mld zł rozłożone na kilka dekad) mogłoby zostać uznane za niekonsty­tucyjne. Oficjalnie trwają prace nad kolejnym projektem, w któ­rym ok. 30 proc. kosztów przewalutowania mieliby ponieść sami frankowicze. Nieoficjalnie wiadomo, że - po wprowadzeniu ma­jącego wesprzeć budżet podatku bankowego - resort finansów nie będzie się spieszył z nakładaniem na banki kolejnych ob­ciążeń finansowych. To bowiem mogłoby nawet grozić koniecz­nością ratowania upadających instytucji przez budżet państwa, a już z całą pewnością przyhamowaniem akcji kredytowej.

MOŻE TO I LEPIEJ?
Realizacji przedwyborczych zapowiedzi PiS przygląda­ją się m.in. analitycy finansowi. W analizie opublikowanej przed świętami przez agencję ratingową Fitch można wyczytać, że zapowiadane przez rząd PiS znaczące poluzowanie polity­ki fiskalnej (obniżenie i tak już rekordowo niskich stóp procen­towych przez bank centralny) może zagrozić ratingowi Polski (na razie mamy niezłą ocenę A-). Zwłaszcza jeśli zwiększaniu wydatków będzie towarzyszyć spowolnienie gospodarcze. Na razie gospodarka rośnie w tempie 3,5 proc. rocznie i to powin­no się utrzymać w kolejnych kwartałach. „Prowadzenie nieortodoksyjnej i nieprzewidywalnej polityki gospodarczej może zaszkodzić klimatowi biznesowemu i wzrostowi gospodarcze­mu” - ostrzegają jednak analitycy Fitcha.
   Obniżenie oceny wiarygodności kredytowej miałoby kon­kretny wymiar finansowy. Polska musi co roku pożyczać ponad 150 mld złotych (w większości to nowe zobowiązania zaciągane na spłacenie starych długów) - nawet niewielki wzrost oprocen­towania nowo emitowanych papierów skarbowych oznacza, że koszty obsługi długu rosną w miliardach.
   - Jeśli pieniędzy na realizację przedwyborczych obietnic za­braknie, to będziemy musieli się jeszcze mocniej zadłużać. Dla­tego ze zdroworozsądkowego punktu widzenia byłoby najlepiej, gdyby rząd zrezygnował z wypełniania zapowiedzi z kampanii wyborczej - mówi Maria Bieć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz