PiS - konstytucja 2010.pdf

sobota, 30 stycznia 2016

Ani kroku dalej,Figury komiczne i Bądźmy czujni



Ani kroku dalej
Mamy w Polsce władzę totalną. W tej sytuacji sen­sowna opozycja musi być, w kwestii fundamentów państwa prawa, totalna, twarda i nieustępliwa.
   PiS jest mistrzem emocjonalnego szantażu i brudnej pro­pagandy. Jego funkcjonariusze bezpardonowo zapędzają oponentów do narożnika. Jeśli jesteś prezesem Trybunału Konstytucyjnego i go bronisz, to jesteś politykiem PO. Je­śli jesteś dziennikarzem krytykującym PiS, to jesteś lokajem poprzedniej władzy. Jeśli, Jadwigo Staniszkis, krytykujesz Kaczyńskiego, to byłaś agentką SB. Jeśli, Ryszardzie Petru, masz czelność przewodzić partii, która ma dobre notowa­nia, to znaczy, że wychowywało cię GRU. Jeśli, Robercie Więckiewiczu, popierasz KOD, skopiemy cię w internecie. Każdy, kto podnosi rękę na partię i jej umiłowanego przy­wódcę, musi się liczyć z tym, że zostanie opluty od stóp do głów. Jego rodzina zostanie zlustrowana, jemu samemu przypisane zostaną najniższe motywacje, na pewno czyni tak, jak czyni, bo ma genetyczną skazę, wszystko robi dla pieniędzy albo ze strachu. PiS-owscy propagandyści pod ręką mają ściągi z goebbelsowskiej i moczarowskiej propagandy.
   Moralny szantaż wobec oponentów PiS jest standar­dem. Jeśli w sprawie łamania w Polsce konstytucji zapre­zentujecie twarde stanowisko w Parlamencie Europejskim, to oskarżymy was o zdradę i donosicielstwo. Jeśli będzie­cie nas krytykować w mediach, wywalimy was z mediów albo zbojkotujemy wasze programy. Jeśli, państwo sędzio­wie, będziecie bronić Trybunału, obetniemy jego budżet i nazwiemy was politykami. Możecie uniknąć kary, wystar­czy, że się cofniecie, wystarczy, że przestaniecie gadać, wy­starczy, że powstrzymacie się od krytyki. Zawsze możemy przecież wyprodukować spot, w którym pokażemy wasze twarze i w imieniu ludu zakrzykniemy: „Dajcie nam pra­cować!”. Skądinąd, jak zawsze w propagandzie PiS, mamy tu nawiązanie do propagandy PRL. Takie były „głosy ludu” w „Dzienniku Telewizyjnym” (właśnie został reaktywowa­ny) w Sierpniu 1980 r. - pozwólcie nam pracować, przecież tam stoją statki, toż tam gniją pomarańcze i mandarynki, których pragną nasze dzieci.
   Platforma Obywatelska jest najlepszą ilustracją tego, co się dzieje z tymi, którzy ulegają. W Parlamencie Europej­skim nie ugrali nic. W Polsce narazili się na kpiny. Dali się zaszantażować PiS i przegrali. Przegra bowiem każdy, kto da się zaszantażować albo kto wystraszy się ceny, którą trzeba płacić za przeciwstawianie się PiS.
   Opozycja musi być totalna, bo naczelnik Kaczyński liczy się tylko z silnymi i bezkompromisowymi. Słabymi gardzi - we własnej partii depcze ich godność, z oponentami po­litycznymi robi podobnie - szydzi z ich słabości, spychając ich krok po kroku w niebyt. Uczestniczenie w propagando­wych pogaduchach wizerunkowych z panią Szydło nie ma najmniejszego sensu. Legitymizuje wyłącznie władzę, któ­ra żadnego kompromisu i żadnego dialogu nie chce. Ustą­piła już w jakiejkolwiek sprawie? Prowadziła realny dialog w jakiejkolwiek kwestii? Jeśli więc liderzy opozycji idą na spotkanie z panią Szydło w sprawie tzw. kompromisu kon­stytucyjnego, to narażają się na śmieszność - proszę, my, władza, chcemy kompromisu, a opozycja odstawia dąsy. Opozycja słaba nie jest Polsce potrzebna. Będzie najpierw fasadą, potem pośmiewiskiem, a w końcu zniknie. W Par­lamencie Europejskim należy bronić polskiej demokracji, a nie ze strachu przed PiS zamykać usta i pucować kuluary. W Polsce też trzeba jasnych komunikatów. Nie idziemy na spotkanie z panią Szydło w sprawie „kompromisu konstytu­cyjnego”, bo nie ma ona żadnego mandatu do prowadzenia rozmów w tej sprawie, a rzeczony kompromis to wyłącznie oferta dopisania się do listy współodpowiedzialnych za nisz­czenie państwa prawa. I dlatego PO, po zimnym prysznicu ze strony mediów i publiki, słusznie się otrząsnęła, deklaru­jąc, że albo prezydent Duda przestanie łamać prawo i przyj­mie przysięgę od trzech legalnie wybranych sędziów, albo Platforma poprze krytyczną rezolucję PE w sprawie poczy­nań władz w Warszawie. Dla opozycji zaczęła się gra o życie. Przyszłość będą miały tylko te ugrupowania, które w godzi­nie próby nie opuszczą broniących demokracji Polaków. Kto nie sprawdzi się teraz, drugiej szansy nie dostanie.
   Ani twarda postawa opozycji, ani twardo wyrażany na uli­cach sprzeciw zwolenników demokracji, ani presja Brukse­li czy Waszyngtonu nie musi dać efektów, a w każdym razie nie musi dać ich szybko. Ale bez twardej opozycji, nieustę­pliwości na ulicach, nieustannej presji zagranicy Jarosław Kaczyński zniszczy to, co z liberalnej demokracji jeszcze u nas zostało. Z profesor Staniszkis w wielu kwestiach moż­na się nie zgadzać, ale w jednym ma rację: Kaczyński chce widzieć swoich oponentów na kolanach. Każdy, kto choć na moment na kolanach wyląduje, uczyni to na chwałę Kaczyń­skiego i na własną zgubę.
Tomasz Lis


Ruina w budowie
Czytam w prasie, zwanej uprzejmie prawi­cową, że w Parlamencie Europejskim„premier Szydło zwyciężyła w debacie o Polsce". Otóż, w takim zdaniu prawdziwe jest tylko jedno słowo: Szydło. Bo ani Beata Szydło nie jest samodzielnym premierem, ani debata nie była o Polsce, tylko o ekscesach rządu PiS, ani nie zwyciężyła, bo procedury kontrolne trwają. Reszta to wrażenia: zwolennicy PiS uważają, że Beata Szydło poradziła sobie świetnie, bo na stawiane zarzuty, że w Polsce dochodzi do naruszania europejskich stan­dardów demokratycznych, odpowiadała zde­cydowanie,,^ nie dochodzi". Pozostała część publiczności raczej wyrażała uczucia zaże­nowania, że w ogóle staliśmy się w Europie krajem specjalnej troski (dołączając do Grecji i Węgier) i że przedstawicielka Polski na na­szych oczach wykonywała jakiś przedziwny slalom, aby tylko wyminąć fakty (jak choćby ten, że w sprawie Trybunału Konstytucyjnego rządząca większość i prezydent zwyczajnie złamali konstytucję, na co jest stosowne orze­czenie). No i tak pozostaniemy rozdzieleni między dumą jednych i wstydem drugich.

Nowa władza i jej rzecznicy podkreślają, że oni, w odróżnieniu od zakompleksio­nych poprzedników, skończyli z„pedagogiką wstydu", przejmowania się tym, co po­wiedzą Niemcy czy Bruksela, wpisywania się w jakąś europejską polityczną poprawność. Tylko że odwrotnością wstydu na ogół nie jest duma, lecz bezwstyd. I na tym polega jeden z największych problemów, jakie mamy dziś z PiS. Życie społeczne składa się z mnóstwa niepisanych norm, standardów, obyczajów, reguł przyzwoitości, języka, za­chowania, za których naruszenie nie ma in­nych sankcji niż zawstydzenie. Ba, nawet tak łatwo wyśmiewana hipokryzja w relacjach między ludźmi, instytucjami czy krajami jest, jak mówi powiedzenie, hołdem złożonym cnocie przez występek.
   Otóż PiS zachowuje się bezwstydnie, czę­sto bezczelnie. Hasłem politycznym nowej formacji mogłoby być:„l co nam, k..., zrobi­cie!?". Napisane jest, że„prezydent zaprzysięga", to znaczy może nie zaprzysiąc. Że nie może ułaskawić? To wsadźcie prezydenta do więzienia. Że zapadł jakiś wyrok? Sorry, dla nas to tylko opinia sądu, której nie podzie­lamy. Że publiczne media i zatrudnieni tam dziennikarze mają być na usługach władzy? Ano tak, władza potrzebuje wsparcia i osłony. Nie podoba się, to sobie wybierzcie inną wła­dzę. ltd. Jest w tej retoryce nie tylko jakaś in­fantylna satysfakcja z psoty, naruszania norm
(myślicie, że czegoś nie zrobimy, a właśnie, że zobaczycie), przyjemność odwetu za praw­dziwe czy urojone krzywdy, ale pewnie i emocjonalna rekompensata za niedostatek szacunku i uwagi. Z formacją prezesa Kaczyń­skiego jest tak, że ilekroć próbujemy zrozu­mieć ich politykę, i tak wyłazi psychologia.

Myśmy w kraju trochę się już z tym oswoili, ale zagranica ma problem. Poważny dziennik niemiecki napisał o postawie PiS wobec Unii: przyszli do naszego stołu, najedli się, beknęli i wyszli. Stosunek nowej władzy do Unii, co było widać wokół debaty w PE, jest podobny jak do Trybunału Konstytucyjnego -„no i czego się wcina" Ileż to kpin i uciechy w prorządowej prasie i wśród polityków PiS, jaka beka z tej Unii: że szczeka, a nie gryzie, że to gender i homo, że mają dać pieniądze, bo się nam należy za drugą wojnę, że unijną szmatę mogą sobie sami wieszać, a uchodźcy niech gwałcą ich kobiety. Bardzo jesteśmy asertywni wobec rozlazłej, bezzębnej Unii.
   PiS ma szacunek tylko wobec Ameryki (jednak bez mięczaka Obamy), ale przede wszystkim wobec Putina. On imponuje, tak jak każdemu chuliganowi z podwórka największy żul w okolicy. Panu Waszczykowskiemu, który z lubością obsobacza unijnych polityków, przed pierwszymi rozmowami w Moskwie wymknęło się, że„na ile Rosjanie pozwolą", zadamy pytanie o wrakTu-154.
Po dojściu do władzy skończyły się pogróżki o skardze na Rosję do Hagi i do ONZ, o wy­muszeniu zwrotu polskiej własności, gadki - oczywistym udziale Putina (wraz ) w zabójstwie smoleńskim i wybuchach na skrzydle. PiS, opowiadając przez lata bred­nie o zamachu, znalazł się w pułapce: jak Pu­tin zabił, co zespół Macierewicza musi teraz udowodnić, to będzie ostry konflikt z Rosją, do czego potrzeba by wsparcia Unii i Ame­ryki, ale waga państwa polskiego jest teraz taka, że otrzymamy tylko kurtuazyjne kpiny.
A jeśli nikt nie zabił, to, cytując św. Pawła,„da­remna jest wasza wiara".

Pozostaje więc prosić Putina o pomoc: niech chociaż odda wrak; akurat temu rządowi, który nie cierpi Unii Europejskiej - będzie ją konsekwentnie osłabiał, jakieś za­dośćuczynienie się należy. Za wrak odpuści­my Ukrainę, co właściwie już się stało; podpi­szemy następne kontrakty gazowe i naftowe, a w sprawie przedłużenia unijnych sankcji wobec Moskwy i tak już nikt nas nie posłu­cha. Wrak tupolewa staje się osią i symbolem nowej polskiej polityki zagranicznej. Budu­jemy Polskę w ruinie: niszczymy nasze szcze­gólne stosunki z Niemcami i prestiż w Unii Europejskiej, nadwerężamy wiarygodność gospodarki, niestabilne prawo i histeryczna polityka zaraz wypłoszą stąd inwestorów. Zmiana polityczna w formie jakiejś dziwacz­nej, rozgorączkowanej rewolucji rujnuje powagę Polski. A jak już sobie wszystko sami pięknie zrujnujemy, to na koniec triumfalnie w centrum kraju postawimy wrak. Dar Putina.
Jerzy Baczyński


Figury komiczne
Każda władza się ośmiesza - wła­dza absolutna ośmiesza się ab­solutnie. Poprzednia władza ośmieszyła się na przykład tym, że pozwalała się systematycznie na­grywać w restauracjach, a także nie potrafiła w podległych jej służbach wytropić sprawców podsłuchów. Polowanie w ogóle nie było jej specjalnością. Czołowy myśliwy Plat­formy nie umiał nawet trafić do swojej drugiej kadencji, pomimo że wystarczyło tylko ruszyć palcem. O ile po­przednia władza, zwłaszcza w okresie schyłkowym, ośmie­szała się nieudolnością i wręcz rozkładem, obecna dwoi się i troi, stając się śmieszna z powodu nadgorliwości.
    Wicepremier i minister kultury etc. nie dopuścił, żeby dyrektorem Zamku Królewskiego w Warszawie została wy­łoniona w drodze konkursu i posiadająca wymagane kwa­lifikacje prof. Omilanowska, historyk sztuki, ponieważ - jak powiedział - kandydowała w wyborach, które przegrała. Według „prawa Glińskiego” ten, kto przegrał wybory, nie może pełnić innej ważnej funkcji. To wyjaśnia, dlaczego Ja­rosław Kaczyński nie może pełnić żadnego z najwyższych stanowisk państwowych: ponieważ wielokrotnie przegry­wał wybory. Dlatego na najwyższych urzędach mamy du­blerów, bo pierwsza obsada nie mogła kandydować.
   Tak zwane prawo Glińskiego wyjaśnia także przyszłość jego odkrywcy. Gdy po najdłuższych rządach prof. Gliński przegra kiedyś wybory, mimo kwalifikacji nie będzie mógł ubiegać się o stanowisko dyrektora Instytutu Socjologii Narodowej, chociaż jego obecność dawałaby gwarancję, że w instytucie nie będzie miejsca na pornografię. Profe­sor będzie musiał zadowolić się etatem na drugorzędnej uczelni, ponieważ uczelnie pierwszorzędne (jeżeli takie jeszcze będą) zostaną zarezerwowane dla tych, którzy wybory wygrali. To jest tak jak z kopalnią Wieliczka, gdzie przegrany nie może nawet soli polizać - uniwersytety będą następne. Na razie wicepremier może zadowolić się pełnią władzy i zaprosić na słoną herbatkę każdą dziennikarkę, która nie jest zachwycona i dała temu wyraz.
   W ramach tych rozmów władza zapewnia, że mamy w Polsce demokrację, ponieważ ludzie demonstrują bez przeszkód (czytaj: nikt nie zabrania ani nie pałuje). To prawda i nawet ja, człowiek niechętny IV RP, gotów jestem napisać do „Herr Schulza”, że w Polsce mamy wolność zgromadzeń, a poza tym niech odbudują kraj w ruinie. Czekamy już 70 lat! Niech Herr Schulz zadba o bezpieczeństwo kobiet u siebie, zwłaszcza Polek, o inne polski MSZ nie pyta, bo to nie nasza sprawa. A od naszego Trybunału wara! Cieszy się taką niezależnością, o jakiej sędziowie w Karlsruhe mogą tylko marzyć.
   Jak wspomniałem, naszą specjalnością jest rozmowa, dialog, zwłaszcza dialog przez poniżenie i dyskredytację. Nasi adwersarze to najgorszy sort, komuniści, cykliści, wegetarianie, złodzieje i osoby niekompletne umysło­wo. Schulz? - Mało wykształcony lewak (według ministra dyplomacji Waszczykowskiego). Oettinger? - Niemiec, urzędniczyna. Timmermanns? - Holender w depresji. Organizatorzy marszu KOD, według Rafała Ziemkiewicza („Do Rzeczy”): Bilik - prominentna kreatura propagandy PRL, Kim - czołowa publicystka ze stajni Tomasza Lisa, zgorszona rzekomą cenzurą w pań­stwie PiS, Hadacz - nieszczęsna ofia­ra choroby psychicznej, Wanat (Ewa) - pomysłodawczyni strajku dzienni­karzy, Jastrun - specjalista od poli­tycznej psychiatrii, Sierakowski - lewicowy nieudacznik, Młynarska (Paulina) - celebrytka, zwolenniczka bojkotu mediów narodowych PiS, Żakowski - wiadomo. W całym wielotysięcznym pochodzie nie udało się wypatrzeć ni­kogo normalnego. Za to nasza strona dialogu jest palusz­ki lizać. Dziadek Tuska w Wehrmachcie, dziadek Ziobry - w AK. Beata Szydło? - Nowy przywódca formatu europej­skiego (według ministra Waszczykowskiego). Jacek Kurski - gwarant obiektywizmu TVP (we własnych oczach).
   Niektórzy dialoganci potykają się o własne nogi.
Min. Ziobro i inni powtarzali bez końca, że członkowie Trybunału byli służbowo na wycieczce w Chinach. Bie­dactwo, nie zajarzył, że dosłownie kilka tygodni wcześniej „bawił” w Chinach z oficjalną wizytą prezydent Duda z małżonką (!) w otoczeniu gromady przedsiębiorców. Me­dia prorządowe były wizytą zachwycone (foto pierwszej pary na Wielkim Murze itp.) i miały za złe innym, że nie dość trąbiły o tym sukcesie dyplomatycznym. A czy min. Ziobro nie był na wycieczce w USA, skąd miał przywieźć niejakiego Mazura?

A oto kolejny bohater naszych czasów, nowy komen­dant główny policji inspektor Maj. Jednym z pierw­szych odkryć komendanta był... jego gabinet, urządzony podobno z „bizantyjskim przepychem” przez poprzed­nika. W telewizji pokazano gabinet na poziomie komen­dy w Swierdłowsku, regały ze sklejki, trochę elektroniki antypodsłuchowej, pokój konferencyjny dla kilkunastu funkcjonariuszy, nie mówiąc o delegacji zagranicznej, wersalkę na nocne czuwanie i inne luksusy. Jako najwięk­sze kuriozum i absurd pokazano łazienkę, a w niej (o zgro­zo!).. .bidet! Funkcjonariusze, którzy przygotowywali ten demaskatorski dokument, a zwłaszcza odkrywcy bidetu, chyba nie mogą sobie wyobrazić, że komendantem może kiedyś być kobieta lub osobnik, który myje sobie tyłek, bo ma biegunkę, a musi być na służbie.
   O tym, jak kontrowersyjnym (sic!) urządzeniem w krę­gach mundurowych jest bidet, przekonałem się w 1966 r., a więc pół wieku temu. Przyleciałem do Hanoi, gdzie trwały bombardowania, które bardzo pragnąłem przeżyć i opisać. Polski oficer z Międzynarodowej Komisji Nadzoru i Kontroli zaprowadził mnie do starego, eleganckiego ho­telu francuskiego, wówczas w stanie pożałowania godnym z powodu wojny. Wskazał mi pokój i łazienkę z czasów dawnej świetności. - Co do wanny, to nie korzystamy - mówił - z obawy przed chorobami skórnymi. Wstawia­my do niej miskę, stajemy w misce, nalewamy wodę i tak się myjemy. A do tego - powiedział, wskazując na bidet - to w ogóle się nie zbliżajcie, bo wietnamscy towarzysze skarżą się, że niektórzy z naszych używają tego niezgodnie z przeznaczeniem.
Gratulacje dla Komendanta z powodu nominacji, ga­binetu i bidetu.
Daniel Passent


Bądźmy czujni
Szkoda państwowych pieniędzy na in vitro, zdecydował mini­ster zdrowia Radziwiłł. Wystar­czą prywatne luźne gatki, dorzucił wiceminister Pinkas. W ten sposób Narodowy Program Prokreacyjny został zamknię­ty na amen. Kilka dni później PiS zdetonował kolejną garderobianą bombę. Oto Krzysztof Szczerski, dorad­ca prezydenta (?) Dudy, przyjrzał się - przypuszczam, że z obrzydzeniem - sobotnim demonstracjom KOD w Krakowie przeciwko ustawie inwigilacyjnej. To nie są żadni „upośledzeni społecznie”, tylko „absolutny establishment krakówka”, ludzie wietrzący swoje stare futra z norek. Ja ich znam! - przekonywał w TVP. - To jest ruch, który ma do dyspozycji co najmniej jedną dużą gazetę, kilka tygodników, stację telewizyjną, grupy biz­nesowe i poparcie z zagranicy. Godzinę później, z wyżyn swojego autorytetu wicemarszałka, na te same futra pluł Joachim Brudziński. Łatwo też obli­czył, że 99 proc. demonstrujących r w całej Polsce w ogóle nie wie, co robi

Krótko mówiąc, zidentyfikowano kolejnego wroga narodu. Po we­getarianach, rowerzystach, komu­nistach, złodziejach, gorszym sorcie i tych, którzy nie rozumieją różnicy pomiędzy AK i gestapo, ujawnili się „odzieżowcy” - wstrętna siła śmier­dząca naftaliną. Tropieni są na­stępni. Czujne oczy ministrów ochrony środowiska przyłapały na gorącym uczynku sortowania śmieci zbereźników „miękko lokujących gender”. Przenikliwa, niezależna dziennikarka PiS Dorota Kania z triumfem doniosła, że 12-letni Ryszard Petru, obecny lider No­woczesnej, nasiąkał atmosferą sowieckich służb spe­cjalnych, mieszkając wZSRR. Ja byłem jeszcze młodszy, gdy nasiąkałem. Miałem niespełna 8 lat, kiedy sowiecki politruk z żoną i synem w styczniu 1945 r. zajął nasze mieszkanie, wyrzucając całą moją rodzinę do kuchni. Codziennie przychodzili sobie gotować, opowiadając przy okazji o „swobodnym” życiu w stalinowskim ZSRR.
   Ale to jeszcze nic. W1949 r., gdy cały komunistyczny świat miał obowiązek zrobić prezent na 70. urodziny Stalina, wykonałem dla niego piórnik z dyk­ty. Od kolegów i koleżanek z mojej klasy generalissimus dostał cztery piórniki, sześć haftowanych chusteczek do nosa, dwie czapki furażerki, kilka ręcznie struganych obsadek ze stalówkami oraz osiem tekturowych pude­łek z namalowaną twarzą jubilata. Z Polski wyjechały wtedy do Moskwy 32 pociągi prezentów. Mam więc, jak widać, agenturalną przeszłość, która - gdy PiS już ze­rwie wszelkie więzi z Europą - może się nawet przydać.

Czytam dziś Wacława Radziwinowicza w „GW”, który pisze, że on już zna polityczny podział na tych ubra­nych w szuby (futra) i proletariackie watniki (kufajki).
Putin to wymyślił, gdy moskwianie demonstrowali przeciwko jego władzy w 2011 i 2012 r. Przeciwników Kremla piętnowano wtedy jako syte i leniwe „szuby”, gdy tymczasem prawdziwe rosyjskie serca biją pod kufajkami. Szczerski i Brudziński powinni płacić Putinowi tantiemy za pomysł. A jeszcze większe jego przyjacielowi, premierowi Węgier Orbanowi. Ma on zamiar kontrolować korespondencję pocztową, internet i rozmowy telefoniczne, a na­wet wyłączać sieć telekomunikacyjną. Będzie mógł za­kazać oglądania telewizji i słuchania radia, przymusowo wysiedlać ludzi z ich domów, wprowadzić kartki na ben­zynę i chleb oraz dowolnie ograniczać zużycie energii.
   Wszystko to w związku z planowaną ustawą o walce z terroryzmem. Nasza pani premier (?) pochwaliła się ostatnio, że właśnie studiuje biografię Viktora Orbana. Ja, niżej podpisany, zapewniam Was, że Polska będzie się świetnie nadawała do takiej samej walki z terrory­zmem. Koledzy w szubach, bądźmy czujni.
Sianisław Tym

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz