PiS - konstytucja 2010.pdf

sobota, 30 stycznia 2016

Hipisi dwaj



 
Kliknij w obrazek żeby powiększyć

Niewielu polskich hipisów w uczesanym dorosłym życiu wybrało politykę. Ci, którzy zaszli najdalej - dzisiejszy marszałek i wicemarszałek Sejmu - zostali zatwardziałymi konserwatystami.

Ryszard Terlecki, szef Klubu Parlamentarnego PiS, wicemar­szałek, jako Pies był jedną z najbardziej charyzmatycznych postaci krakowskiego ruchu. Marszałek Sejmu Marek Kuch­ciński, jeden z najbardziej zaufanych ludzi Jarosława Ka­czyńskiego, obwieszony koralikami, pomieszkiwał w namiotach nad Sanem - bo w rodzinnym Przemyślu nie było hip-chatek. Miał dwa pseudonimy: Penelopa i Członek.
   Pierwsi hipisi pojawili się w Warszawie w 1967 r. Młodzi ludzie z długimi włosami, ubrani zdumiewająco kolorowo, jak na sier­miężny PRL. Za dnia przesiadywali na Marszałkowskiej, pod domem towarowym, nocowali w suterenie willi na Mokotowie. Niebawem podobni kolorowi długowłosi zaczęli pojawiać się w różnych miastach Polski. Około tysiąca osób polskiej hipiserki jeździło na „zloty” do Mielna czy Dusznik-Zdroju, dezorientując milicjantów. Którzy na jednym z takich zlotów w Opolu pierwszy raz przećwiczyli „ścieżkę zdrowia” - młodzi ludzie musieli przejść przez szpaler pałujących milicjantów. Później, w 1976 r., tę me­todę MO stosowało wobec strajkujących robotników z Radomia i Ursusa.
    Koledzy z tamtych czasów - hipisi krakowscy, warszawscy, wrocławscy i łódzcy - w większości zostali artystami. Zajmują się muzyką - jak Olga „Kora” Jackowska (której hipisowska ksywka wymyślona przez koleżankę Galię stała się potem scenicznym pseudonimem); Zbigniew „Serduszko” Hołdys; Nina Hagen (dziś punkrockowa artystka w lateksowej bieliźnie śpiewająca po nie­miecku, która zrobiła karierę najbardziej międzynarodową). Jak Dimitrios „Milo” Kourtis; Jacek „Krokodyl” Malicki; Tadeusz „Or­ganista” Konador czy Jacek „Bielas” Bieleński.
   O paru dziś mówi się - poeci: Tomasz „Ossjan” Hołuj; Kamil Sipowicz; Jacek Gulla. Są rzeźbiarze-jak Józef „Prorok” Pyrz, i fotograficy - jak Marek „Baluba” Liberski. Są i malarze - jak Andrzej „Amok” Turczynowicz; Andrzej „Dziekan” Szewczyk. A także ludzie kultury-jak Krzysztof Lewandowski, wydawca, performer, dzien­nikarz, tłumacz, muzyk. Z większymi lub mniejszymi sukcesami - ale to wciąż wolne duchy.
    Czterech poszło do polityki - i wszyscy są konserwatystami. Wieńczysław Nowacki „Wieniek”, twórca rolniczych komun w Bieszczadach i sanatorium dla narkomanów w Caryńskim, za­łożył Stronnictwo Ludowe Ojcowizna. I sam o sobie mówi, że oj­ciec Rydzyk jest przy nim lewakiem. Jarosław Sellin (wiceminister kultury), który bardzo dba o to, by mu hipisowania w młodości nie wypominać i nie zgadza się na żadne wywiady na ten temat, jest w Prawie i Sprawiedliwości. Tak jak Ryszard Terlecki i Ma­rek Kuchciński.
    To podobno Kuchciński polecił braciom Kaczyńskim Terleckie­go. Dziś obaj są milczący i skryci; profesor mówić umie, ale wy­raźnie, poza wykładami, nie lubi. Obaj mają drugie żony (Terlecki rozwiódł się i wrócił do szkolnej miłości) i po trójce dzieci. I jak się wydaje, obaj cieszą się olbrzymim zaufaniem prezesa Jarosła­wa Kaczyńskiego.
   Włosy i klej
   Dzisiejszy marszałek Sejmu Penelopą został po szkolnym przed­stawieniu teatralnym, jeszcze w Przemyślu, gdzie przez pomyłkę podrzucono mu kwestię Penelopy zamiast zdania Odysa. Przy­najmniej taką wersję kolportują dawni znajomi. On sam twierdzi raczej, że chodziło o wierność zasadom. W ruchu bardziej znany był jako Członek, bo kiedy pierwszy raz spotkał „Mundka” i „Wska­zówkę” zagadnął ich, jak się można do hipisów zapisać na członka.
    Ryszardowi Terleckiemu pseudonim wymyślił jakiś milicjant spod Radomia. W tamtych czasach gorliwie spisywano „cudaków”. W tej sprawie pan władza zatrzymał Terleckiego i kolegów, którzy łapali stopa przy radomskiej szosie. Gdy śliniąc kopiowy ołówek, głowił się, jak napisać: „hip, hip...’’, przyszły szef klubu PiS pod­powiedział mu: „hip-pies”. Przylgnęło.
   Ruch hipisów z założenia przywódców nie miał, ale dla krakow­skich dzieci kwiatów Pies był prawdziwym autorytetem i wzorem. Co odpowiadało jego usposobieniu, bo jako bardzo młody czło­wiek lubił rządzić. Organizował zloty, miał jakieś kontakty z hipi­sami z zagranicy. To on - wysoki, chudy, przystojny, czarnowłosy, wtedy student pierwszego roku polonistyki na UJ - w potocznej pamięci zapisał się jako pierwszy.
   Terlecki podobał się dziewczynom. Dla Kory, wtedy jeszcze licealistki Olgi Ostrowskiej, najładniejszej dziewczyny w kra­kowskim ruchu, był pierwszym chłopakiem. On miał już 19 lat i trochę doświadczeń za sobą. Miał uczyć licealistkę palić trawkę, trochę wąchali klej (a konkretnie trójchloroetylen - Tri), którego narkotyczne właściwości odkrył podobno ich kolega z Krakowa, Forsycja, pracując w fabryce przy odtłuszczaniu rozpuszczal­nikiem samolotów. O tym, że Pies od Tri nie stronił, prócz Kory mówi też Marek „Psycholog” Zwoliński w książce Kamila Sipowi­cza „Hipisi w PRL”: „Wyglądało na to, że on za dużo kleju bierze i to jakby mnie trochę do niego zniechęciło... Ale Terlecki temu zaprzecza. Mimo że w 1970 r. trafił do aresztu (za podpalenie ko­sza na śmieci), a po miesiącu prokurator zarządził trzy miesiące obserwacji w szpitalu psychiatrycznym w związku z podejrzeniem o narkomanię.
   Z czasem wśród polskich hipisów pojawiły się poważniejsze rze­czy. Morfinę zdobywało się nielegalnie, np. z rezerw wojskowych. W aptekach wiele leków odurzających było dostępnych bez recep­ty. Po inne, bywało, że się włamywano. Np. po psychedrynę i fermetrazynę zwaną fermą (zawierające amfetaminę) czy Parkopan (lek na chorobę Parkinsona), określany jako „pasta” lub „parkan”. Bez recepty były np. papierosy na astmę, astmosan, zawierające belladonnę i bieluń, w slangu hipisów zwane „szalonymi ziółka­mi”. Trzeba było je rozpuścić w wodzie i wypić, wtedy był odlot.
   Testowanie odlotów, koraliki, włosy i muzyka to jedyne, co pol­skich hipisów łączyło z tymi z Zachodu. Tam hipisi buntowali się przeciwko konsumpcyjnemu stylowi życia. W PRL do konsump­cji za wiele nie było. Polscy hipisi raczej polowali na oryginalne
dżinsy, farbowali białe podkoszulki (żeby zrobiły się fantazyjne wzory wystarczyło w kilku miejscach przed farbowaniem złapać materiał gumką recepturką). Błagali matki, żeby im szyły spodnie dzwony z kolorowych zasłon. Sami robili koraliki z muszelek albo z wypalanej gliny.
   Nie po drodze było im też z lewicowymi ideami. - Myśmy wszyscy wtedy byli antykomunistyczni - opowiada Milo Kourtis.
- To nas w pewnym sensie odróżniało od zachodnich hipisów. W Polsce nie przepadali nawet za słowem „komuna” oznacza­jącym wspólne życie hipisów w jednym domu lub mieszkaniu. Stąd często w Polsce mieszkali w hip-chatkach - a „komuna”, to był najgorszy wróg. Dla Psa może bardziej niż dla innych. Później już, gdy był starszy i miał własne dzieci, nie pozwa­lał siedmioletniemu synowi oglądać „Czterech pancernych”.
- Tu wszystko było inaczej - dodaje Andrzej „Amok” Turczynowicz. - Nasz ’68 rok to nie była paryska wiosna, tylko czołgi jadące do Czechosłowacji i niebo ciemne od samolotów. Akurat byli w dro­dze na zlot do Dusznik, kiedy zaczęła się inwazja i te samoloty, które ujrzał rankiem na niebie, pamięta do dziś. A potem „Daria” i „Makarenko” na krakowskim rynku zorganizowali manifestację: wszyscy hipisi na znak żałoby ubrani byli na czarno. Manifestację sfilmowała ekipa telewizyjna z RFN, do kamery wypowiadał się Ryszard Terlecki - jako lider środowiska.

    Przeciw komunie
    Jak wszyscy hipisi świata, kontestowali w tamtym czasie Kościół - ale też tylko trochę oraz po swojemu. - Hipisi kontestowali całość systemu, wszystkich polityków, wszystkie partie i instytucje tworzące ten system, także Kościół jako instytucję skostniałą, nie miłującą bliźniego - mówi Kamil Sipowicz. A jednak wielu hipisów (w tym Terlecki i Kuchciński) studiowało na katolickich uczelniach, KUL czy .ATK - bo nie były państwowe. Jak ktoś chciał studiować filo­zofię prawdziwą, a nie tylko marksizm-leninizm, to właściwie nie miał wyboru. Przy tym wielu hipisom zainteresowanym religiami Wschodu bliżej było do        Kościoła katolickiego niż do ateistyczne­go państwa. - Był taki nurt parachrześcijański w ruchu, głównym przedstawicielem był Prorok - mówi Kamil Sipowicz.
   Kościół próbował zaś te niepokorne hipisowskie dusze jakoś poskromić i ewangelizować. Były nawet pielgrzymki na Jasną Górę. Amok i Pies (Terlecki) przyjaźnili się w tamtych latach z księ­dzem Bonieckim.
   Jednak główny nurt hipisowskiej kontestacji dotyczył oczywiście totalitarnego państwa. Naturalną konsekwencją prześladowań hi­pisów przez MO i bezpiekę, rozpędzania zlotów, pałowania, zamy­kania (Amok za odmowę pójścia do wojska przesiedział w więzie­niu dwa lata), była działalność opozycyjna. Hipisi byli w ROPCIO, w KOR, potem w Solidarności. Większość na kontestacji przygodę z polityką zakończyła. - Terlecki i Kuchciński byli w tym swoim antysystemowym podejściu naprawdę nieprzejednani - mówi jeden z dawnych bliskich przyjaciół obu polityków. Może to zdecydowa­ło, że dawni królowie hipisów znaleźli się akurat w PiS.
   W1971 r., po trzech latach hipisowania, zlotów, pomieszkiwania w hip-chatkach, jeżdżenia po całej Polsce i po pobycie w więzieniu Ryszard Terlecki, za namową księdza Bonieckiego, przeniósł się do Lublina. Zaczął studiować na KUL, uczelni, która przyjmowała niepoprawnych politycznie studentów. Sprowadził się jeszcze jako hipis. Mieszkali w komunie przy Norwida, razem m.in. z Antkiem, Profesorem, Balubą. Ściągało tam wielu hipisów z całej Polski, wy­wołując sensację w prowincjonalnym mieście. Na tę samą uczelnię zgłosił się Marek Kuchciński. On studiował historię sztuki, Terlec­ki historię.
   Kuchciński, jak wszyscy hipisi w tamtych czasach, próbował być artystą. W Przemyślu grał na perkusji w amatorskim zespole Ptah, ale raczej nie miał talentów - ani muzycznych, ani malar­skich. Ożenił się ze studentką ASP malarką, która chciała zrobić z niego artystę. Jeden z jego dawnych długowłosych kumpli mówi, że przez to wyraźnie czuł się gorszy, niedoceniony. I że właśnie dlatego w Lublinie z hipisowaniem skończył. Podobnie jak Terlecki - z niego też Lublin wytrzebił hipisizm. Na KUL spo­tkał „komandosów”, organizatorów protestów w Marcu ’68, którzy po odsiedzeniu wyroków zostali przyjęci na studia, m.in. Sewery­na Blumsztajna, Barbarę Toruńczyk. Obciął włosy, wciągnęła go opozycyjna polityka.

   Zwykłe życie
   Kuchciński nie dokończył studiów. Wrócił do Przemyśla. Jego ojciec był w PRL tzw. prywatną inicjatywą, hodowali nutrie. Poszedł w jego ślady, ale po swojemu. Skończył policealne studium ogrod­nicze i zaczął hodować pomidory. Tak zleciały mu całe lata 80. Ale jednocześnie działał w podziemiu rolniczym.
   Twórczość mu nie wyszła, ale aspiracje kulturalne zostały. W swo­im domu w Ostrowie pod Przemyślem, na strychu, zaczął organizo­wać tematyczne spotkania.-Raz, jak pamiętam, sprowadził mło­dego filozofa, wówczas wschodzącą gwiazdę Rogera Scrutona. Nie mam pojęcia, jak tego dokonał. To nie było takie proste w latach 80. doti'zec z Francji do Przemyśla - opo­wiada jeden z ówczesnych bywalców.
Dyskusje toczone na strychu Kuch­ciński spisywał i wydawał w drugim obiegu w piśmie literacko-artystycznym „Strych kulturalny”. Ukazały się 4 numery. Dwa pierwsze w nakładzie powyżej 100 egzemplarzy. - To był dla niego taki wyraźny awans środowisko­wy - wspomina jeden z przemyskich bliskich znajomych. Większość znajo­mych z tamtych czasów mówi, że to był najlepszy okres Kuchcińskiego.
   Terlecki do Krakowa wrócił już jako opozycjonista. Ustatkował się: ślub, dziecko. Zaczął działać w duszpaster­stwie akademickim na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pomagał członkom Stu­denckiego Komitetu Solidarności. Bogusław Sonik, dziś poseł PO, wówczas członek krakowskiego duszpasterstwa akademickiego, opowiada, że to właśnie Terlecki zaproponował, że może spotkać ich z kimś z KOR, zorganizować spotkanie z Blumsztajnem. I zro­bił to w 1976 r. - To było nasze pierwsze spotkanie z warszawską opozycją - wspomina Sonik.
   Terlecki, który w tych czasach nosił się na biało, zrobił duże wrażenie na Soniku, który jako 14-latek widywał go na Plantach: długowłosego, w barwnych hipisowskich ciuchach. - Do tego miał mieszkanie z telefonem, co w tamtych czasach w Krakowie nie było normą - opowiada Sonik. - To od niego dzwoniliśmy do Londynu i Paryża.
Po śmierci Staszka Pyjasa - zamordowanego przez SB licealisty, poety - Terlecki wycofał się jednak z polityki. Skupił się na karie­rze naukowej. Doktorat, habilitacja, profesura, Instytut Historii Nauki Polskiej Akademii Nauk. Ale był „w zasięgu”, jak wspomi­nają koledzy z opozycji. W 1980 r. wstąpił do NSZZ Solidarność - szefem regionu był wówczas Bogusław Sonik. Współorganizował Wszechnicę, miał historyczne wykłady w krakowskich kościołach. Publikował w podziemnych pismach, m.in. „Solidarności Naro­du”, „Polityce Polskiej” i „Przeglądzie Wiadomości Agencyjnych”. Po 1989 r. przewinął się przez trzy ugrupowania: Koalicję Repu­blikańską, Partię Chrześcijańskich Demokratów i Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe.
   Od 2000 r. Ryszard Terlecki pracował w krakowskim IPN z Janu­szem Kurtyką. Tam natknął się na teczkę własnego, nieżyjącego już ojca, Olgierda Terleckiego, znanego pisarza i historyka, redaktora „Życia Literackiego”. I dowiedział się, że jego ojciec przez 30 lat był współpracownikiem SB. Donosił m.in. na krąg paryskiej „Kultury”.
   Zdecydował się sam ujawnić przeszłość ojca i opublikował w „Rzeczpospolitej ” artykuł. Twierdzi, że zrobił to z miłości do ojca, że wolał sam ujawnić prawdę, niż żeby zrobił to ktoś inny, nieznający tak dobrze ojca. Ale i tak część znajomych i przyjaciół rodziny,
a także matka Ryszarda byli oburzeni tym, co zrobił. Maria de Hernandez-Paluch porównała go nawet publicznie do Pawki Morozowa. A sam Terlecki zaczął się zastanawiać, czy ojciec go chronił. Czy to była jego zasługa, że nie był internowany w stanie wojennym, mógł wyjeżdżać za granicę, a kilka zatrzymań nie skończyło się np. brutalnym pobiciem. „Czy dla mojego Ojca chęć chronienia mnie nie stała się jednym z motywów podtrzymywania współpracy z bezpieką? Czyjego zdrada nie stawała się ceną za moją edukację, bezpieczeństwo, wolność?” -pytał w wywiadzie dla „Dziennika”.
   Chwilę później wystartował jednak- z powodzeniem- po man­dat radnego. A w 2006 r. kandydował w wyborach na prezydenta miasta jako kandydat Prawa i Sprawiedliwości, tym razem bez powodzenia. Rok później wszedł z list PiS do Sejmu. W 2008 r. wstąpił do partii.
W wydanej w tym samym czasie książce Kamila Sipowicza o kra­kowskich hipisach opowiada już, że „ten lewacki epizod” służył właściwie tylko dojściu do polityki. Z hipisami połączyła go tylko idea, aby spotkać się po obu stronach żelaznej kurtyny, a następnie sforsować granicę dwóch światów i w ten sposób przyczynić się do zakończenia zim­nej wojny.

   Hip-pis
   Tymczasem Kuchciński piął się bar­dziej tradycyjnymi metodami. W PiS mówią dziś o nim „mierny, ale wierny”. Przez lata życzliwa partii prof. Jadwiga Staniszkis w wywiadzie dla „Wprost” wyznała, że „czuje się upokorzona tym, że drugim człowiekiem w pań­stwie, marszałkiem Sejmu jest Marek Kuchciński, ewidentnie człowiek dys­pozycyjny i pionek tej infantylnej dyk­tatury”. Jeżeli prawdą jest, że w mło­dzieńczych hipisowskich czasach miał kompleks artystycznej niemocy i czuł się niedoceniony - prezes go z tego wyleczył. Do­cenił i nagrodził. Pozwolił robić karierę.
    W1999 r. (jeszcze z rekomendacji PC) Kuchciński został miano­wany wicewojewodą podkarpackim. W 2006 r. dostał fotel szefa Klubu Parlamentarnego PiS w miejsce Przemysława Gosiew­skiego, który poszedł do rządu. Był chyba najgorszym przewod­niczącym klubu w historii polskiego parlamentu: dziennikarze nie mogli się nadziwić, że można tak nie odpowiadać na pytania i utrzymać się na stanowisku - ale w PiS doceniono jego praco­witość. I wyjątkową wręcz obowiązkowość.
   Zdaniem dawnych kolegów hipisów Kuchciński pasuje do PiS osobowościowo. Zawsze najpierw szuka przeciwnika i ewentu­alnych błędów. A nie sojuszników i wartości. Ten sam człowiek, który pomieszkiwał w „komunie” w namiotach nad Sanem, gdzie kwitło życie romantyczne, jak chciał zmienić żonę, załatwił so­bie unieważnienie małżeństwa przez sąd biskupi. Była w nim jakaś dwoistość. Ale Terleckiemu się dziwią. Czy można aż tak zmienić swoje podejście do świata i ludzi? Widać można, sko­ro dojrzały Terlecki zabronił córce nosić dredy i słuchać punk- rockowej muzyki.
   W PiS obaj mają teraz mocną pozycję. Prezes, jak każdy wytraw­ny polityk, promuje tylko tych, którzy nie zagrożą jego pozycji. W przypadku prof. Terleckiego nie ma chyba obaw. On nie jest człowiekiem, który montowałby frakcje, zawiązywał sojusze, dążył do władzy w partii. Według niektórych po prostu nie jest polity­kiem. Co było dość widoczne już w niemrawej kampanii na pre­zydenta Krakowa. Inaczej niż Kuchciński, żelazny członek partii, który od dawna w regionie podkarpackim rozdaje karty. Rządzi niepodzielnie. Rozgrywa. I jest wierny prezesowi jak Penelopa.
Agnieszka Sowa
Pisząc artykuł, korzystałam m.in. z książki Kamila Sipowicza„Hipisi w PRL-u", Cyklady 2015 r.

1 komentarz:

  1. No ten drugi nieżle jest zryty.Widać po facjacie

    OdpowiedzUsuń