PiS - konstytucja 2010.pdf

piątek, 1 stycznia 2016

Rok prawdy



Rok 2016 będzie przełomowy. Albo zwycięży wiara w potęgę PiS i pojawi się rezygnacja, oportunizm, uległość pod białą flagą. Albo rosnący opór społeczny zatrzyma ten rozpędzony walec i sprawi, że większość jednak postawi się mniejszości.

Mnóstwo ludzi zastanawia się dzisiaj, jak daleko po­sunie się w słowach i czynach Jarosław Kaczyński i w jaki sposób można mu się przeciwstawić. Odpo­wiedź jest prosta: posunie się tak daleko, jak tylko będzie mógł i żadne względy prawne czy estetyczne mu w tym nie przeszkodzą. Przynajmniej dopóki nie napotka siły, która pozostaje poza jego wpływem. Ale musi to być konkret, a nie najsurowsza choćby opinia (np. Unia zagrozi wstrzymaniem wypłat z funduszu spójności).
   Opozycja zaś może zatrzymać Kaczyńskiego jedynie przez odebranie PiS większości w Sejmie. Klub rządzących liczy tylko 234 posłów (Jan Klawiter, startujący z listy PiS działacz Prawicy Rzeczypospolitej, został posłem niezrzeszonym). Wystarczy za­tem, że kilku posłów PiS zmieni status i wielka maszyna „dobrej zmiany” zacznie trzeszczeć. Oczywiście jest jeszcze sprzyjające PiS ugrupowanie Pawła Kukiza, ale konieczność dogadywania się z Kukizem, czy jakąś rozłamową grupą „kukizowców”, w kwestii finezyjnych, wypieszczonych przez lata koncepcji ustrojowych, to z pewnością koszmarny sen Kaczyńskiego, pa­miętającego użeranie się z Andrzejem Lepperem i Romanem Giertychem. A niezwykle ostra gra, jaką Kaczyński rozpoczął, nie sprzyja naturalnemu znajdowaniu sojuszników. Jakby na­gle pojawiło się ostrzeżenie, że świat nie skończy się w 2019 r., że potem przyzwoita twarz też się przyda.
   Pisowski obóz, tak dotąd wydawałoby się pożądany zaczął znów odstraszać. Może się okazać, że tak jak PiS było samot­ne w opozycji, także przy władzy może pozostać jako odrębny, niekompatybilny gatunek. „Dokupienie” posłów, na podobnej zasadzie jak wcześniej dokupiono elektorat za pomocą obietnicy 500 zł na dzieci, wciąż jest możliwe, ale mniej prawdopodobne niż jeszcze kilka tygodni temu.
   „Wielka rewolucja” PiS wisi zatem na kilku głosach. Taki stan może być długo stabilny, ale bez gwarancji. Zaś partia Kaczyń­skiego bez samodzielnej większości dramatycznie straciłaby
na znaczeniu i pewności siebie, zaczęłaby się zupełnie nowa rozgrywka (już teraz niemożność zebrania przez PiS większości powoduje czasami przesuwanie głosowań i odwoływanie posie­dzeń komisji). Opozycja po cichu liczy na inteligenckie sumie­nie Jarosława Gowina i jego konserwatystów, że przy tym poli­tycznym hardkorze, z jakim mamy do czynienia, wicepremier w końcu pęknie i skuszony sukcesem Petru, zacznie budować własną prawicę (choć na razie nic na to specjalnie nie wskazu­je). Jarosław Kaczyński musi zdawać sobie sprawę, że wszystko, wbrew świetlanym pozorom, jest wciąż dość niepewne, dlatego tak się spieszy z zajmowaniem kolejnych obszarów państwa. A do klubu PiS przyjął po cichu nawet Łukasza Zbonikowskiego, którego w czasie kampanii wyborczej PiS przestał popierać, z sugestiami, aby na niego nie głosować, bo nie można było go już usunąć z listy wyborczej partii. Fakt, że prezes w przypadku Zbonikowskiego odpuścił, jest znamienny. Teraz każda ręka w górze okazuje się bardzo ważna.
 Prezes rządzącej partii wciąż dąży do stanu pełnowładzy. Chce ostatecznie zwalczyć tak zwany imposybilizm, który zatruwał mu życie podczas poprzedniej odsłony IV RP. Wszelkie instytucje, które mogłyby zakwestionować jakąkol­wiek jego decyzję, mają być opanowane albo uciszone. Już w pierwszym wystąpieniu w Sejmie, po expose Beaty Szydło, prezes Kaczyński powiedział, że trzeba przywrócić wagę fak­tom. Wtedy brzmiało to trochę tajemniczo, ale co miał na myśli, okazało się bardzo szybko przy okazji awantury wokół Try­bunału Konstytucyjnego. Fakty dokonane mają wygrywać z zapisami prawa. (To specyficzna realizacja teorii cenionego w środowisku prawicy niemieckiego politologa Carla Schmitta).
   Ta omnipotencja- poza tym, że sama w sobie jest dla Kaczyń­skiego wyraźnie źródłem satysfakcji - ma służyć zbudowaniu autorytarnego, kontrolowanego, scentralizowanego państwa z jedną, tradycyjną, narodowo-katolicką doktryną. Władza ma być mentorem i strażnikiem społeczeństwa, pokazywać kierunek, a najbardziej opornych po ojcowsku upominać, dla ich dobra. Jeden z publicystów z kręgu „niepokornych” napisał ostatnio: „Jarosław Kaczyński nie po to czekał, aż trafi na rulet­ce zero, by zmiana w Polsce była pozorna lub niezauważalna. Historia III RP właśnie się kończy - histeria systemu tego nie zmieni”. Można odnieść wrażenie, że wszelki opór jeszcze po­większa determinację lidera PiS i jego przekonanie, że „zaostrza się walka klas”, a on sam jest kimś wyjątkowym, połączeniem Piłsudskiego z Dmowskim. Na razie wróciło „mroczne widmo” pamiętne z lat 2005-07.

Dlatego Kaczyński nigdy się otwarcie nie cofnie i za nic nie przeprosi. Jeśli wydaje się, że idzie już na jakiś kompromis, za chwilę okazuje się, że to był czas zastanowienia się nad kolejnym ruchem, a następne uderzenie jest jeszcze mocniejsze. Tam gdzie politycy innych ugrupowań (a nawet jego własnego) jeszcze mogliby się zawahać, poczuć coś w rodzaju zażenowania, niepewności, Kaczyński robi krok nad zwłokami (np. Trybunału czy służby cywilnej) i idzie dalej. Wszelkie hamletyzowanie, kompromisowość, a także reguły zwyczaj owej przyzwoitości uznaje za niewybaczalne błędy, krańcową naiwność, wręcz zdradę ideałów. Liczy się tylko etyka misji - coś jest wystarczająco moralne, jeśli służy jej powodzeniu, reszta to histeria.
   Kaczyński, jak daje do zrozumienia, zna prawdziwy, ukry­ty świat wpływów i interesów, wobec których jego działania są oczywiste i usprawiedliwione, tylko nie wszyscy to pojmują. Dlatego zawsze będzie niemiło zadziwiał publiczność, która mówi: no nie, tego przecież nie może zrobić, to wykluczone. Po czym Kaczyński to robi. Oto radykalizm w czystej postaci.
A jednak wielotysięczne, tydzień po tygodniu, demonstra­cje KOD wyraźnie poruszyły formację rządzącą i jej medialną drużynę, były dla nich przykrym zaskoczeniem. Dlatego PiS nagle znowu wysunął na front zapomnianą już Beatę Szydło, niejako wracając do kampanii wyborczej. Niemniej, nastąpił chyba nieoczekiwany koniec triumfalnego początku nowej wła­dzy, co pokazują także sondaże, w których opozycyjne partie (Nowoczesna, PO, PSL i lewica) mają łącznie już znaczną i ro­snącą przewagę nad ugrupowaniem rządzącym. Ledwie kilka tygodni po wyborach.
   Od początku było jasne, że w październiku ponownie, jak dziesięć lat temu, mniejszość zdobyła parlamentarną więk­szość, ale teraz widać to jak na dłoni w badaniach opinii. Stwierdzenia polityków PiS, że manifestanci KOD sprzeciwiają się „woli narodu”, brzmią o tyle niewiarygodnie, że jak poka­zał niedawny sondaż, aż 40 proc. zapytanych solidaryzuje się z tymi manifestacjami, a tylko 25 proc. z hasłami PiS. Kaczyński wie, że po wielu rzutach trafił w swoje zero i że taki rzut mu się już nie powtórzy.

Do zwycięstwa wystarczyła chwila nieuwagi wybor­ców, na którą lider PiS tak długo czekał. Gdyby wszyscy ci, którzy już rozczarowali się PiS i prezydentem Dudą, nie za­głosowali na tę partię w październiku - to kluczowe 6-8 proc. luźnego elektoratu, które od lat decydu­je o wynikach wyborów, dokładane raz do PO, raz do PiS - Kaczyński nie byłby przy władzy. Dzisiaj wszystkie tłuma­czenia, że PiS udawał normalną partię, że Kaczyński się chował, że schował Macierewicza, Ziobrę i innych, że An­drzej Duda wydawał się miły, a Platfor­ma była już nie do zniesienia, brzmią dramatycznie słabo. A jeszcze zewsząd było słychać, aby „już nie straszyć PiS”, bo „to już nie działa”.
   Zjawisko zauroczenia, traktowanie tak specyficznej partii jak prawdziwego kontrahenta demokratycznej gry, warto stale analizować. Właśnie w taki sposób, na takiej fali, przy obniżonej czujności, autorytarne ugrupowania dochodzą do władzy. Potem nikt nie wie, jak to się mogło stać. Ale i dzisiaj, już po odkryciu kart przez Kaczyńskiego, nadal pewne środo­wiska polityczne, zwłaszcza nowa lewica, najbardziej rozczaro­wane są tym, że PiS nie rozdaje obiecanych pieniędzy, a nie jego ustrojowymi ekscesami. Można odnieść wrażenie, że młodzi socjaliści za obietnice 500 zł i tanich mieszkań byliby skłonni „opchnąć” choćby Trybunał Konstytucyjny.
   Kiedy wcześniej padały wielokrotne ostrzeżenia (także na na­szych łamach), że w ostatnich latach nic się w PiS nie zmieni­ło, a jeśli już to na gorsze, że Duda będzie tylko posłusznym wykonawcą poleceń prezesa Kaczyńskiego, że premier Szydło będzie mało istotną dekoracją, a władza spocznie w „central­nym ośrodku decyzyjnym” przy ul. Nowogrodzkiej w Warsza­wie, część publiczności postanowiła w to demonstracyjnie nie uwierzyć.
   Trudno znaleźć jakiekolwiek racjonalne przesłanki mogące przyświecać tym wyborcom centrum, którzy postanowili dać szansę PiS. Prezes Kaczyński ani jednym słowem nie zanego­wał i nie wycofał się ze swoich koncepcji IV RP sprzed deka­dy. Program PiS wisiał na stronie internetowej PiS, a tam było wszystko to, co się teraz dzieje i znacznie więcej. Przez wiele miesięcy był też tam dostępny projekt konstytucji PiS, scho­wany dopiero w ostatnim okresie kampanii wyborczej, co też powinno było dać do myślenia. Także niżej podpisani ostrzegali wielokrotnie i do znudzenia, że PiS chce podporządkować sobie Trybunał Konstytucyjny, media, prokuraturę, służbę cywilną, sądownictwo, służby specjalne, edukację, życie kulturalne, po­litykę historyczną, że chce naruszyć regułę rozdziału Kościoła od państwa, zlikwidować in vitro, zaostrzyć przepisy aborcyj­ne, zakwestionować pozycję Polski w Unii Europejskiej, zacząć od nowa sprawę smoleńską. Do tego dojdzie tzw. ustawa anty­terrorystyczna, zapewne ograniczająca część swobód obywatel­skich, być może oznaczająca też dogłębną inwigilację internetu.
   Pisaliśmy, że zasadniczym celem Kaczyńskiego jest nie naprawa gospodarki czy racjonalne reformy, których poniechała Platforma - te obietnice zawsze były środkiem, nie celem - ale agresywne przejęcie władzy, przeprowadzenie rewolucji kulturowej, spowo­dowanie głębokiej zmiany w mentalności ludzi w kierunku ste­rowanego z góry tradycjonalizmu i kolektywizmu, wzmocnienie dominacji Kościoła (posłusznego partii), znanej z czasów PRL jedności moralno-politycznej wokół Partii i jej Pierwszego Sekre­tarza. I że wszystko, co stanie na drodze do realizacji tej koncepcji, będzie likwidowane, naruszane, ośmieszane i zastraszane, bo taka jest logika tej cywilizacyjnej cofki.
   Od dawna były znane zasadnicze tropy myślenia Kaczyń­skiego, które ujawniły się zaraz po wyborach - od procedur ważniejsze są kadry (własne), a od prawa ważniejszy jest na­ród (przez prezesa zdefiniowany i reprezentowany). Poza tym Kaczyński i inni politycy jego partii mówią o zbliżającym się (tuż, tuż) „ostatecznym zwycięstwie”. W demokracjach nie ma takich ostatecznych zwycięstw, bo niby co one miałyby oznaczać. Pewnie tyle, że - jak to prezes mówił 10 lat temu - ma­rzy mu się PiS jako partia rządząca przy­najmniej 50 lat, na wzór CSU w Bawarii, gdzie zebrania partyjne odbywają się w kościołach.

Można odnieść wrażenie, że wielu wyborców, patrząc teraz na dzia­łania PiS, przeżywa podobne zdu­mienie jak 10 lat temu. A przecież to nie było tak dawno. To jest ten sam Kaczyński, identyczny Zbigniew Ziobro, niezmieniony Antoni Macierewicz i wciąż energiczny Mariusz Kamiński. Nie straci­li nic z formy Beata Kempa, Jacek Kurski czy Joachim Brudziński, a doszli nowi, jak choćby prof. Krystyna Pawłowicz. Wiara, że ci sami ludzie, dojrzali i ukształtowani politycy, nagle zachowają się inaczej, zmienią swoje nastawienie do państwa, władzy, demokracji, była wielką naiwnością. Jeśli ktoś teraz przywołuje zapewnienia Kaczyńskiego, że nie będzie odwetu, to też grzeszy prostodusznością. W jednym z takich zapewnień przed wyborami prezes PiS powiedział, że nie czas na mówienie o zemście, ale użył sfor­mułowania, że nie czas mówić o tym „teraz”. To wszystko były czytelne sygnały dla tych, którzy chcieli słuchać.
   Dużym problemem wielu wyborców przed październikową elekcją do parlamentu była niejasność różnicy pomiędzy Plat­formą a PiS. Nie dostrzegali tego, że Platforma, mimo wielu wad, błędów, wpadek, lenistwa i swojej ogólnej marności, przynależy jednak do innego świata niż PiS. Platforma może była najgorszą partią, ale jednak liberalnej demokracji, a PiS jest może i pry­musem, ale wśród formacji, łagodnie rzecz ujmując, nieliberalnych (karierę robi słowo „demokratura”). To są dwie zupełnie różne dyscypliny, oddzielne ligi, tak jakby z piłkarzami grali rugbiści. Jeśli ktoś dziwi się, co takiego jest w tym PiS, że wraz z jego rządami automatycznie pojawiają się potężne awantury i ustrojowe kryzysy, ma odpowiedź: ponieważ PiS jako nieliberalna (w sensie ustrojowym) formacja nagle po zdobyciu władzy zanurza się w otoczeniu liberalno-demokratycznym, polskim i europejskim, a to są dwa obce żywioły, które z zasady nie mogą bezkonfliktowo współistnieć.
   Tu nie chodzi i nigdy nie chodziło o „jałowy spór PiS z Platfor­mą”, na który już rzekomo nie można było patrzeć. Platforma jest w tym wszystkim w sumie nieistotna, można na jej miejsce wstawić Nowoczesną, KOD, gdyby się przekształcił w partię, czy cokolwiek, co powstanie po niepisowskiej stronie. Zasad­niczy spór, który udało się PiS w kampanii skutecznie zamazać, jest na linii PiS-liberalna demokracja. I teraz PiS do tej metody wraca, próbując przedstawić obecny społeczny sprzeciw wobec naruszania konstytucji i trójpodziału władzy jako stary konflikt z Platformą, która „nie może się pogodzić z wynikiem wyborów, utratą wpływów i stanowisk". To typowe dla PiS strywializowanie antypisowskiej akcji obywatelskiej, pokazywanie jej jako ekspozytury banków przestraszonych wizją nowego podatku, ma jej odebrać moc i wiarygodność.

PiS wie jednak dobrze, że maski wyborcze już spa­dły, że opinia publiczna, także ta kiedyś przez nich „podkupiona", zaczyna zdawać sobie sprawę, w ja­kiej transakcji wzięła udział. Akcja - mistyfikacja się za­kończyła. Zaczyna się utwardzanie. Kaczyński ma swój stały elektorat w granicach 25-30 proc. - jeśli go czymś nieoczekiwa­nym nie zrazi. Wbrew stanowi faktycznemu PiS będzie dawał do zrozumienia, że występuje w żywotnym interesie całego narodu, a brak większości w społeczeństwie sztukował auto­rytetem władzy i jej formalnymi możliwościami. Rzeczywista większość będzie przedstawiana nato­miast tak jak podczas wielu ostatnich wy­stąpień Kaczyńskiego - jako „resortowe dzieci”, „garstka ludzi zaprzedanych ob­cym”, „Polacy gorszego sortu”, uwikłani w nieczyste interesy lub w najlepszym ra­zie zmanipulowani. PiS będzie stwarzał wrażenie wszechwładzy, decydowania - wszystkim, panowania nad ludźmi, instytucjami, procedurami, przepisami.
Omnipotencja władzy będzie dotyczyć nie tylko sfery państwowej, ale też pry­watnego biznesu, swobód artystycznych, modeli życia, obyczajów. Zasadą jest, że nikt nie powinien czuć się bezpieczny - wyłączony spod kurateli władzy.
   Teraz już widać, że jeśli komuś się wy­dawało, że coś go „nie dotyczy”, bo on sam się polityką nie interesuje, to się mylił. Polityka w takim wydaniu zainteresuje się także nim. Rzecz w tym, że nieliberalna władza sięga wszędzie, dokąd może. Na Orbanowskich Węgrzech jeden z polityków rządzącego tam Fideszu sformu­łował to kiedyś wstrząsająco klarownie, że obywatele mają wybór - albo włączą się w budowanie narodowej wspólnoty i wspólnego dobra, albo zdecydują się na pozostawanie poza nią i szkodzenie interesom kraju, w domyśle - nie pozostanie to bez­karne. Trudno o bardziej dobitną definicję tzw. suwerennej de­mokracji, w której zwycięzca wyborów uważa, że może zrobić wszystko. Przykład Węgier, a teraz także Polski, pokazuje jasno, jak bardzo demokracja nie polega tylko na wolnych wyborach.
   W najbliższych miesiącach zatem kluczowe dla obozu libe­ralnego (gdzie „liberalizm” jest rozumiany jako szacunek dla wolności obywatelskich) będzie niepoddawanie się wrażeniu wszechwładzy nowych rządów, poczuciu, że mają one miaż­dżącą większość, także moralną, w społeczeństwie, bo to jest iluzja, na podtrzymywaniu której teraz PiS najbardziej zależy. Nieracjonalny jest też eskapizm, wycofywanie się z życia pu­blicznego, „wychodzenie z sali” z niesmakiem, stwierdzanie, że polityka nie ma sensu, jest szkodliwa, brudna i nieistotna. Bo Kaczyńskiemu nie chodzi specjalnie o to, aby jego prze­ciwnicy przechodzili na stronę PiS i zasilali jego stałą, wierną drużynę. Wie, że w przypadku wielu środowisk, choćby tylko z przyczyn kulturowych i estetycznych, to niemożliwe. On tylko chce, aby się na razie nie odzywać, nie protestować, ale zająć się własnymi sprawami i resztę pozostawić władzy. PiS od zawsze na różne sposoby próbował zniechęcać do aktywności, grał na marną frekwencję wyborczą, namawiał, żeby nie głosować, nie przychodzić i nie uczestniczyć.
   PiS liczy na działanie silnego mechanizmu, jakim jest konfor­mizm, oportunizm, chęć dostosowania się, unikania konfronta­cji w imię świętego spokoju, zachowania życiowej pozycji, także ekonomicznej. Miliony ludzi żyją w imperium państwa, w sferze pośrednio i bezpośrednio zależnej od władzy. Urzędnicy chcą przetrwać i awansować, doktorzy pragną zostać profesorami, aplikanci sędziami i prokuratorami, biznesmeni chcą mieć kontrakty, telewizje i radia - koncesje i reklamy itd. Złamanie konformizmu wymaga odwagi, ale też jest testem na jakość pol­skiej demokracji: czy w demokratycznym, europejskim systemie społeczna większość, nawet niemająca akurat przewagi w parla­mencie, może zostać pokonana, upokorzona i stłamszona? Jed­nak Orban na Węgrzech ma większość także w opinii publicznej, którą Kaczyński w Polsce nie dysponuje. Stanowiska kilku rad wydziałów prawa największych, państwowych przecież, uni­wersytetów w sprawie Trybunału Konstytucyjnego, bardzo kry­tyczne wobec władzy, są znakiem, że można ten strach pokonać.
Bo w cieniu typowej walki politycznej, parlamentarnych zma­gań o projekty ustaw, o porządek dzienny obrad Sejmu, toczy się batalia dla przyszłości znacznie istotniejsza: o stan umysłów, o to, kto kogo zdominuje. Także men­talnie, psychologicznie i emocjonalnie.
To się będzie teraz rozstrzygać.

Dlatego 2016 r. może okazać się przełomowy. I to w obie strony.
Część społeczeństwa może uwierzyć w absolutną potęgę PiS, zwłaszcza że ta partia będzie robić wszystko w tym kierunku. Po okresie burzy i naporu zacznie pewnie w końcu rozdawać - po urealnieniu - obiecane prezenty.
Po załatwieniu najpilniejszych spraw ustrojowych stanie się „lepsza”, bardziej ludzka i spokojniejsza, na co wielu za­pewne zareaguje z ulgą i euforią, na zasa­dzie wyrażonej w starej anegdocie: mogli zabić, a dają cukierka. Ale też kolejne po­sunięcia władzy, małe i większe opresje wobec ludzi i instytucji, zmiany regulacji w życiowych sferach, stworzona atmosfera totalnej kontroli i inwigilacji, co głupsze wypowiedzi upojonych władzą działaczy różnych szczebli, mogą stworzyć potencjał niezgody, oburzenia i buntu.
   PiS będzie nadrabiał krzykiem, propagandą, moralnym szan­tażem, pomówieniami, a już niedługo telewizją publiczną i od­zyskaną prokuraturą. Ale im PiS będzie głośniejszy i bardziej poirytowany, tym większe szanse drugiej strony. Na nowo rodzi się spontaniczne społeczeństwo obywatelskie, które ma swoje instrumenty i metody oporu. Pisał o nich niedawno w POLITYCE Jacek Żakowski. Wbrew pozorom tych instrumentów jest nie­mało, mogą się okazać wystarczająco silne, aby zdestabilizować „pisowski monolit”. Jest pytanie, czy obrońcom swobód i wol­ności, wzdragającym się przed perspektywą życia w państwie ciągłego stanu wyjątkowego, ideologicznej wojny zarządzanej przez Naczelnika, wystarczy wytrwałości i konsekwencji, bez których tej walki wygrać się nie da.
   Tę naukę obywatelskości w przyspieszonym tempie zacznie pobierać pokolenie najmłodsze, które nie ma za sobą doświad­czenia lat 2005-07 i jeszcze nie poczuło opresji władzy; to ono w dużej liczbie wsparło zarówno Andrzeja Dudę, PiS i Kukiza, ale teraz zacznie się weryfikacja. Jarosław Kaczyński jako lider „dobrej zmiany”, jako przewodnik po współczesnym świecie, jest nieustannie narażony na okrutną nieprzydatność wobec wyzwań, które niesie współczesność. A polityczne sympatie w dobie mediów społecznościowych zmieniają się coraz szyb­ciej. Kiedy koncepcje polityczne przestają pasować większości społeczeństwa, klęska staje się nieuchronna i druzgocąca.

Mariusz Janicki, Wiesław Władyka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz