PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 11 lutego 2016

Co powiem samotnej matce i Polityka rosnącego ryzyka



Co powiem samotnej matce?

Rząd odtrąbił sukces programu „Rodzina 500 plus”.
A samorządy trąbią, że flagowy projekt Prawa i Sprawiedliwości to gigantyczny problem dla gmin. A co do szczegółów - oszustwo.

ANNA SZULC

Czego najbardziej się boję? Że ludzie ze złości futrynę w urzędzie mi wyrwą. Tak to się skończy - Tomasz Brzo­skowski, wójt kaszubskiej gminy Stę­życa, snuje czarną wizję w sprawie wypłat z rządowego programu „Rodzina 500 plus”.
- Od miesięcy już dzwonią, pytają, nawet awantu­rują się, kiedy wreszcie będzie to 500 złotych na ich dziecko?
   Stara się ludziom tłumaczyć, że to jeszcze projekt rządowy, że ustawą dopiero zajmie się parlament. I że te pieniądze wcale nie na każde dziecko. Nie wie­rzą. Więc czasem wybucha: - Ludzie, mówię, jak jest: oszukali nas!
   Brzoskowski sam czuje się przez państwo zrobio­ny w konia. Nie tylko jako wójt, lecz także jako oj­ciec dwóch córek: 8- i 15-latki. Owszem, on również będzie dostawał od państwa 500 złotych na dziecko, ale tylko przez trzy lata. Bo gdy jego starsza córka stanie się pełnoletnia, świadczenie zniknie. Wtedy Brzoskowscy dla państwa będą mieć już tylko jed­no dziecko.
   - Jak to się ma do obietnic wyborczych? - zasta­nawia się wójt. Pamięta, że Prawo i Sprawiedliwość szło do wyborów z hasłem: 500 złotych na każde dziecko. Ale program, który ma ruszyć od 1 kwiet­nia, obejmie z automatu tylko rodziny z dwójką dzieci i więcej. Polacy z jednym dzieckiem dostaną świadczenie, jeśli dochód w rodzinie nie przekro­czy 800 zł na osobę, lub ponad 1200 zł w rodzinie z dzieckiem niepełnosprawnym.
FIGA Z MAKIEM
Najbardziej poszkodowani mają prawo się czuć samotni rodzice - zarabiający na przy­kład niecałe 2 tysiące złotych i utrzymujący z tego siebie i dziecko. Wójt Stężycy głośno się zastana­wia, co powie w kwietniu takiej matce. - Będę mu­siał powiedzieć prawdę: nie, proszę pani, nie należy się, dostanie pani figę z makiem. Gdyby pani miała dwójkę dzieci, a mąż przynosił do domu 10 tysięcy złotych, to byłaby inna historia. Przecież nie pora­dzę biednej matce, jak rzeczniczka rządu, znajdź sobie kobieto chłopa, zróbcie drugie dziecko. Gratu­luję pani rzecznik podejścia do problemu dzietności w kraju. I dobrego samopoczucia! - podsumowuje.
   W jego gminie rodzi się dużo dzieci. W ubiegłym roku w 10-tysięcznej Stężycy przybyło prawie 200 noworodków. - Duma nas rozpiera. Ale mamy de­mograficzny sukces nie dlatego, że ktoś mami ludzi pieniędzmi. Zadbaliśmy o to, co dla rodzin najważ­niejsze: darmowe przedszkola, niskie podatki i tanie grunty pod domy - tłumaczy Brzoskowski. Z tych samych powodów - twierdzi - w Stężycy jest dziś
zaledwie trzyprocentowe bezrobocie. To jednak może się zmienić, bo części uboższych mieszkań­ców, którzy załapią się na rządową dotację, może ona odebrać ochotę do pracy.
   - Komu nie będzie chciało się pracować? Tym, którzy już dziś mają problemy z zatrudnieniem: mniej wykształconym, życiowo niezaradnym - potwierdza Piotr Grudziński, dyrektor Miejskie­go Ośrodka Pomocy Rodzinie we Włocławku, gdzie bezrobocie sięga 20 proc. - Staramy się to zmienić, a rząd serwuje nam taki klops, produkcję kolejnych obywateli na garnuszku państwa - mówi. W sumie nie dziwiłby się matce trójki małych dzieci, która ma do wyboru 1500 złotych od państwa lub kiep­sko płatną pracę. - Ale czy rząd się zastanowił, jaką ta kobieta będzie miała kiedyś emeryturę? Czy bie­rze pod uwagę, że tysiące Polek, które na jakiś czas dostaną pieniądze na dzieci, starość spędzą na zasił­kach? - pyta.
   Dziś jego ośrodek wypłaca świadczenia socjalne 4,5 tys. rodzin. Po wejściu w życie ustawy ta liczba we Włocławku się podwoi. W niektórych miastach nawet potroi. W Lublinie rządowy program może objąć 38 tys. rodzin (56 tys. dzieci). W Warszawie szacuje się, że programem może być zaintereso­wanych 150 tys. obywateli, we Wrocławiu - 40 tys., w Toruniu -18 tys., w Gliwicach -17 tys., prawie tyle samo w Rzeszowie. Programem „Rodzina 500 plus” ma zostać objętych - to szacunki rządowe - 2,7 min rodzin z 3,8 min dzieci. Będzie on kosztować w tym roku 17 mld zł. W przyszłym już 23 mld zł.

LUDZKA FALA
- Rząd nawet nie zająknął się, że ten gigantycz­ny program obciąży samorządy, finansowo i logi­stycznie. Nie mamy wiedzy, czasu, ludzi, jasnych zasad - mówi Krzysztof Żuk, prezydent Lublina i wiceprezes Związku Miast Polskich. Już policzył, że musi przyjąć i przeszkolić 35 nowych pracowni­ków. Nie wie za bardzo, za co. Bo rząd nie przygoto­wał dla samorządów ani promesy na dotację, która pozwoliłaby pokryć koszty, ani przepisów wyko­nawczych. Nie bardzo też wie, jak miałby zdążyć za­trudnić nowych urzędników, skoro przepisy każą mu rozpisać konkurs na każde stanowisko. - O ile rząd zmienił prawo i może sobie zatrudniać pra­cowników bez postępowań konkursowych, o tyle my takich możliwości nie mamy. Konkurs i zatrud­nienie pracownika trwa około miesiąca, do tego trzeba doliczyć dwa miesiące na przygotowanie do nowych zadań. Jest luty, a rząd chce, byśmy wypła­cali pieniądze od kwietnia.
   - Jakim cudem? - zastanawia się Piotr Grudziń­ski z Włocławka, który do obsługi świadczeń ma dziś 16 pracowników socjalnych. - Z pro­stych wyliczeń wynika, że powinienem mieć dwa razy tyle ludzi - zauważa. Tłu­maczy: choć część wielodzietnych dosta­nie pieniądze z automatu, problemem są setki ludzi z jednym dzieckiem, których będzie dotyczyło kryterium dochodowe. Ktoś musi to wyliczyć. - Czy rząd ma po­jęcie, ile trwa ustalanie, czy rodzinie się należy, czy nie? Trzeba ściągnąć zaświad­czenia ze skarbówek, ZUS, urzędów pra­cy... To są dni, jeśli nie tygodnie.
   Do tego potrzebne jest odpowiednie oprogramowanie komputerowe, którego jeszcze nie ma. Nie działa też system in­formatyczny, obejmujący placówki po­mocy socjalnej w całym kraju. Jest za to obietnica, że samorządy dostaną 2 proc. dotacji na obsługę przedsięwzięcia.
   Polskie gminy, z niewielkimi wyjątka­mi, mówią jednym głosem: to za mało, wiele samorządów nie ma nawet loka­li, w których mogłyby przyjąć ludzi. Na przykład w Jasienicy powiecie bielskim brakuje pomieszczeń do przechowywa­nia teczek z danymi uprawnionych. Gmi­na musi założyć 2 tys. teczek - dwa razy więcej, niż ma dziś w archiwach. Wiele gmin musi zdobyć pieniądze na remon­ty, w niektórych przypadkach nawet na budowę nowych lokali. A budżety samo­rządów puchną, wiele z nich dopłaca do obsługi istniejących już świadczeń. Lub­lin, by wywiązać się z wypłat dodatków, musiał wysupłać w ubiegłym roku z włas­nej kasy 900 tys. złotych.
   - Szczerze? Nie wierzę, byśmy dosta­li od ministerstwa w terminie to, co nam się należy: pieniądze, oprogramowanie, wytyczne - twierdzi Piotr Grudziński. A już pusty śmiech go ogarnia, gdy słyszy, że pracownicy socjalni mieliby weryfiko­wać, czy 500 złotych na dziecko nie jest przez rodziców marnotrawione.
   - Styczeń. Siedzę jako samorządowiec na konsultacji z wiceministrem rodziny i uszy mi puchną - wspomina. - Nie wy­trzymuję i pytam: panie ministrze, proszę sobie wyobrazić, że mój pracownik za­uważa, że pan jeździ świetną furą, a pana dzieci chodzą do szkoły w starych butach. Przychodzi do pana, pokazuje legityma­cję i mówi, że chce panu zajrzeć do lodów­ki. Zgodziłby się pan?
   Irytuje go, że rząd ignoruje głosy sa­morządów. I idzie w zaparte. Na stro­nie Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej można przeczy­tać, że „w przypadku sygnałów o marno­trawieniu świadczenia u rodziny będzie mógł zostać przeprowadzony wywiad środowiskowy, aby ustalić, jak wygląda sytuacja w danej rodzinie”. I jeszcze, że  „urzędnicy pomocy społecznej z reguły wiedzą, gdzie mogą być problemy, sytu­acje patologiczne w rodzinie”.

POWTÓRKA Z BECIKOWEGO
- Owszem, wiemy. Czasem zaglądamy do szafek i lodówek, pilnujemy, by obiad pojawił się na stole, bo chodzi o dobro dzieci - potwierdza Katarzyna Kurbiel, pracownica socjalna z gminy Kocmyrzów-Luborzyca pod Krakowem. - Dziś mam pod opieką 50 rodzin w gminie, codzien­nie odwiedzam dziesięć z nich, robię wywiady, raporty, podpowiadam, jak za­łatwić dodatki na węgiel i leki. Już teraz ledwo starcza czasu.
   Jeśli chodzi o sam program, ma mie­szane uczucia. Jest matką trójki małych dzieci, dotacja od państwa jej się przyda, pieniądze przeznaczy na prywatny żło­bek, nie załapała się na publiczny. Do dziś jednak skóra jej cierpnie, gdy przypomni sobie kobietę, która odebrała ze szpitala nowo narodzone bliźniaki dopiero wte­dy, gdy zagrożono jej odebraniem beciko­wego. Wątpi, by 500 złotych wpłynęło na przyrost naturalny w Polsce.
   - W wielu przypadkach może dzie­ciom zaszkodzić - dopowiada Katarzyna Konewecka-Hołój, szefowa stowarzysze­nia Piękne Anioły, które remontuje po­koje dla najbiedniejszych dzieci w Polsce.
- Znam rodzinę, w której rodzice nie tylko przepijali wszystkie zasiłki, dzieci musia­ły przed nimi ukrywać w szafkach nawet konserwy - mówi, komentując propozy­cje rządu, by w skrajnych przypadkach zamieniać gotówkę na pomoc rzeczową.
- Te dzieci bały się komukolwiek poskar­żyć, ojciec groził, że im poderżnie gardła.
   Zna również 34-letnią matkę jedenaś­ciorga dzieci z Podkarpacia, po czterna­stu ciążach. - Dla niej kolejna ciąża może oznaczać śmierć, bo od ciągłych porodów dorobiła się zakrzepicy. - Akurat ona, po­dobnie jak wiele innych wiejskich kobiet z obszarów największej biedy, zajdzie w ciążę, niezależnie od tego, czy dostanie 500 złotych na dziecko, czy nie.
   Gdyby to od niej zależało, pieniądze, które państwo chce dać w formie zasił­ków, przeznaczyłaby na zmianę systemu wsparcia dla rodzin. Przede wszystkim na zatrudnienie w gminach asystentów spo­łecznych. - Bez nich nie ma pracy z ro­dziną, edukacji, uświadamiania, że swoją płodność można kontrolować - wylicza.
W skuteczność programu nie wierzy również Krzysztof Iwaniuk, wójt podla­skiego Terespola i wiceprzewodniczą­cy Związku Gmin Wiejskich RP. W jego gminie programem objęci zostaną przede wszystkim beneficjenci opieki społecz­nej, czyli trzy czwarte dzieci z okolicy.

NAGRODA DLA WIELODZIETNYCH
- Słowa danego dotrzymałam. To ważny dzień dla polskich rodzin - pod­kreśliła na początku lutego premier Be­ata Szydło, tuż po przyjęciu przez rząd projektu programu „Rodzina 500 plus”. Z dumną dodała: - Po raz pierwszy po 1989 r. będzie w Polsce kompleksowy pro­gram prorodzinny.
   - Czyżby? - zastanawia się profesor UEK Jolanta Kurkiewicz, kierownik Za­kładu Demografii w Katedrze Statystyki Uniwersytetu Ekonomicznego w Krako­wie, członek Komitetu Nauk Demogra­ficznych PAN. Jej zdaniem program rządu nie ma wiele wspólnego z rzeczywistą po­lityką prorodzinną, co najwyżej jest na­grodą dla części rodzin wielodzietnych.
   - Płodność w Polsce kształtuje się na poziomie określanym jako najniższy wśród niskich. O takim mówimy wów­czas, gdy w okresie rozrodczym jedna kobieta wydaje na świat średnio 1,3 dzie­cka. Według danych GUS w 2014 r. współ­czynnik ten dla Polski osiągnął wartość 1,29, a dla miast 1,22. Jesteśmy na szarym końcu Europy - przypomina demograf. Powód? - Brak wiary Polek, że są w sta­nie pogodzić obowiązki macierzyńskie z pracą.
   Co istotne, jak tłumaczy profesor Kurkiewicz, w najtrudniejszej sytua­cji są kobiety 20-29-letnie, ale można do nich dołączyć także te w wieku 30-34 lat. To one właśnie najczęściej odkłada­ją macierzyństwo, nie mogąc pogodzić powinności wobec rodziny z pracą za­wodową. Odroczenia te mogą skutkować bezdzietnością.
   - W obu grupach chodzi właśnie o oso­by, które jeszcze nie urodziły dziecka! Tego pierwszego, na które rząd nie znalazł pie­niędzy. Generalnie rzecz nie w tym, by płacić gotówkę na dzieci, ale by rodzi­nie zapewnić warunki do wychowywania, dzięki sieci tanich żłobków i przedszkoli, dzięki elastycznym warunkom pracy
   Jest przekonana, że dotacja rządu dla rodzin ma wydźwięk polityczny i ideo­logiczny. - 500 złotych na dziecko brzmi spektakularnie. Przykro jednak słuchać, że samotna matka ma sobie znaleźć part­nera na drugie dziecko albo że kobiety mają wrócić do domu i zająć się wyłącz­nie rodziną. Za kuriozalne uznaje też wy­liczenia rządu, z których ma wynikać, że dzięki programowi w ciągu kolejnych dziesięciu lat urodzi się w Polsce o 278 tys. dzieci więcej. - Skąd te liczby? - pyta. Nie dziwi się samorządom, że boją się konse­kwencji programu PiS. To gminy dostaną po głowie, bo są najbliżej ludzi. To w ich okienkach będą się kłębić tłumy.
   - Jakoś pewnie sobie w końcu poradzi­my, jak zwykle - kończy Krzysztof Żuk, prezydent Lublina. Już szuka urzędni­ków, którzy będą przyjmować wnioski o dotację. W Śremie w Wielkopolsce no­wych pracowników już nawet zatrud­niono, bo - choć na konkurs formalnie za wcześnie - burmistrz zatrudnił ludzi w ramach robót publicznych.
   - Zatrudnię dwóch nowych pracowni­ków i dobrze ich przeszkolę - odgraża się Tomasz Brzoskowski, wójt kaszubskiej Stężycy. Tak dobrze, że wyśle ich do War­szawy. - Zasypią rząd pytaniami, na które nie ma przyzwoitych odpowiedzi.



Polityka rosnącego ryzyka
                                                          
Rząd planuje rozdać pieniądze, których jeszcze nie ma. Prawdziwe problemy zaczną się w 2017 roku, bo liczenie na 40 mld zł z uszczelniania VAT to może być fantazja - mówi prof. Stanisław Gomułka.

ROZMAWIA RADOSŁAW OMACHEL

NEWSWEEK: Może agencja Standard & Poor’s niepotrzebnie dramatyzuje z obniżką ratingu polskiego długu? Bo w gospodarce mamy tylko dobre dane: pensje idą w górę, bezrobocie jest najniższe od lat.
STANISŁAW GOMUŁKA: Obniżenie ratingu to nie dramatyzowa­nie, tylko sygnał ostrzegawczy dla rządzących, wskazanie na ryzy­ko, jakie wiąże się z realizacją przedwyborczych zapowiedzi.

Według Ministerstwa Finansów realizacja tegorocznego budżetu nie jest zagrożona...
- To zasługa dwóch jednorazowych wydarzeń. 9 mld zł mają w tym roku wpłacić do budżetu operatorzy komórkowi za licen­cje na częstotliwości LTE, a kolejne 9 mld to wpłata z zysku Naro­dowego Banku Polskiego. W sumie 18 mld zł - równowartość aż 1 proc. PKB. Gdyby nie te wpłaty, to już w tym roku Polska zosta­łaby objęta unijną procedurą nadmiernego deficytu.
Problemy zaczną się w przyszłym roku. Dodatkowych pieniędzy w budżecie nie będzie, za to program 500+ będzie o kilka miliar­dów złotych droższy, bo obejmie cały rok, a nie niecałe trzy kwartały jak w tym [prawdopodobnie wejdzie od kwietnia - przyp. red.]. Pojawią się też kolejne wydatki i ubytki w dochodach budżetu, np. kwota wolna od podatku. I właśnie tego dotyczy raport S&P - że w przyszłym roku i w kolejnych latach pojawią się ryzyka, które in­westorzy muszą wkalkulować w planowane w Polsce inwestycje.

Co w praktyce oznacza obniżenie ratingu polskiego długu z poziomu A- do BBB+?
- Gdyby obniżkę ratingu przez S&P przełożyć na liczby, to ozna­cza ona, że prawdopodobieństwo ogłoszenia przez Polskę ban­kructwa rośnie z 2 proc. do 4 proc. Nadal jest więc bardzo niskie.
Ale dla inwestorów, którzy kupują papiery dłużne polskiego rządu i oczekują zwrotu z inwestycji na poziomie kilku procent rocznie, to jednak jest to wzrost zauważalny. Z pewnością nie zrezygnu­ją z inwestowania w polski dług, ale zainteresowanie naszym ryn­kiem może być mniejsze. To zresztą już się dzieje: złoty traci na wartości, kursy akcji spółek notowanych na warszawskiej giełdzie spadają. To nie jest efekt obniżenia ratingu, inwestorzy sami już wcześniej doszli do podobnych wniosków co analitycy S&P.

Nerwowo jest na wszystkich giełdach świata - to m.in. kwestia obaw o stan chińskiej gospodarki. Polska nie jest tu wyjątkiem.
- Panuje też przekonanie, że po okresie rekordowo niskich stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych tamtejszy bank centralny zacznie je podnosić. Pierwszą podwyżkę już wprowadził pod koniec zeszłego roku. A kiedy stopy procentowe w USA idą w górę, rośnie też rentowność amerykańskich obligacji rządowych. Inwestorom finansowym będzie się więc opłacało wycofać część kapitału uloko­wanego na takich rynkach jak Polska i przenieść go za ocean. Nie mamy dobrych instrumentów, żeby ten odpływ zatrzymać. Nawet gdyby rating nie został obniżony, Polska i tak byłaby pod presją rynków finansowych. Ale im wyższa byłaby wiarygodność Polski, tym odpływ kapitału byłby mniejszy. Teraz szczególnie powinniśmy zabiegać o dobrą opinię na rynkach finansowych, bo inwestorzy przyglądają się propozycjom programowym nowego rządu.





I jakie wnioski wyciągają? Główny punkt rządowego programu to na razie dodatek na dzieci...
- Dodatek na dzieci będzie sprzyjał konsumpcji i wzmocni popyt wewnętrzny, po części także import, ale najprawdopo­dobniej przyniesie znikome efekty demograficzne. I to pomimo gigantycznych kosztów! Z rządowych kalkulacji wynika, że zwięk­szenie liczby ludności o każdego obywatela będzie w programie 500+ kosztować prawie milion złotych; żeby urodziło się dodat­kowo milion dzieci, trzeba by w ciągu kilkunastu lat wydać pra­wie bilion złotych. To połowa rocznego PKB Polski! Czy nie lepiej i taniej byłoby budować żłobki i przedszkola? A przede wszystkim wprowadzić rozwiązania, które poprawią sytuację kobiet na ryn­ku pracy, np. ułatwią powrót do pracy po okresie macierzyństwa?

Rozumiem, że ustawa frankowa nie powinna mieć większego wpływu na dochody fiskusa?
- Jeśli dojdzie do zmiany umów kredytowych, to po stronie ban­ków natychmiast pojawią się zobowiązania finansowe. Automa­tycznie spadną zyski sektora bankowego, więc i wpływy z podatku CIT od banków będą niższe. Część banków może wymagać pomo­cy finansowej. Według prezesa NBP Marka Belki masowe przewalutowanie kredytów frankowych może zagrozić stabilności całego sektora. Z pewnością mielibyśmy do czynienia z ograniczeniem akcji kredytowej i podniesieniem opłat i prowizji, które przecież i tak już rosną z powodu podatku bankowego.

Jak wpłynie na finanse państwa realizacja kolejnych obietnic wyborczych PiS?
- W 2017 r. program 500+ obejmie cały rok, więc będzie kosztować ponad 20 mld zł. Obniżenie wieku emerytalnego kolejne - przyj­mijmy optymistycznie - 5 mld zł; w samym przyszłym roku, bo w kolejnych z roku na rok coraz więcej! Do tego dochodzi ubytek w dochodach państwa po podwyższeniu kwoty wolnej od podatku - minimum 20 mld zł. Jeśli wliczymy inne pomysły, takie jak dar­mowe leki dla seniorów czy pomoc dla frankowiczów, to w sumie obciążenia budżetu w 2017 r. będą aż o 50 mld zł wyższe niż w 2015.

To by oznaczało podwojenie deficytu!
- Rząd zakłada, że głównym źródłem finansowania tych pomy­słów będzie uszczelnienie systemu podatkowego. Bo dwa nowe podatki - od instytucji finansowych i od supermarketów - dadzą niewiele, jakieś 7-8 mld zł.

I takie uszczelnienie jest prawdopodobne?
- Nie sposób tego przewidzieć. Poprzednie rządy też zabiega­ły o zwiększenie wpływów i uszczelniały system podatkowy, ale z miernymi efektami.

Może nie wiedziały, jak się do tego zabrać?
- Możliwe, że obecny rząd wie i osiągnie zakładane rezultaty. Ale mocno wątpię, żeby udało się uzyskać 40-50 mld zł rocznie w sto­sunkowo krótkim czasie. To raczej fantazja. Będzie dobrze, jeśli rząd zwiększy skuteczność poboru podatków o kilka czy kilka­naście miliardów w ciągu kilku lat. Namawiam rządzących, żeby trochę poczekali z wydatkami - niech najpierw pojawią się efek­ty uszczelniania systemu podatkowego, a dopiero potem niech je dzielą zgodnie ze swoim programem.

Załóżmy, że kwota wolna i dodatek na dzieci wchodzą w życie, a oczekiwanych skutków uszczelniania podatkowego nie ma. Co wtedy?
- Zadłużamy się. Rośnie dług publiczny i koszty jego obsługi. A proszę pamiętać, że te koszty - i tak już niemałe - niezależnie wzrosną przez planowane podwyżki stóp procentowych w USA. Panuje przekonanie, że w 2016 i 2017 r. stopy procentowe w Stanach wzrosną o 1 punkt procentowy. To się przełoży na podobny wzrost rentowności papierów dłużnych nie tylko w Ameryce.

Co to oznacza dla Polski, poza tym, że trzeba się liczyć z odpływem kapitału za ocean?
- W sumie polski rząd, państwowe i prywatne firmy oraz gospo­darstwa domowe są zadłużone w walutach obcych na sumę ok. 350 mld doi. To 75-80 proc. polskiego PKB i znacznie powyżej bezpiecznego poziomu, za który dla kraj ów takich jak Polska zwy­kle przyjmuje się 60 proc. PKB. Łatwo policzyć, że jeśli wzrost stóp o 1 punkt proc. dotyczyłby całej tej puli, to roczne koszty ob­sługi długu - dla rządu, firm i statystycznych Kowalskich - wzros­ną o 3,5 mld doi. Innymi słowy, w 2017 r. Polska będzie musiała wydać na obsługę zadłużenia zagranicznego o 14 mld zł więcej niż w 2015. A przecież stopy procentowe w USA mogą potem na­dal rosnąć. W perspektywie kilku lat koszty ob­sługi to więc istotny czynnik ryzyka. Zwłaszcza że Rada Polityki Pieniężnej też z czasem będzie musiała podnieść nasze stopy procentowe.

Na razie mamy deflację, niskie ceny ropy, więc podwyżki nastąpią nieprędko...
- Ale złoty się osłabił, co przekłada się na wzrost cen towarów z importu. W latach 2017-2018 presja inflacyjna w gospodarce zacznie wracać.
Zmienia się przecież sytuacja na rynku pracy, płace już wzrosły realnie w 2015 r. o 4 proc. i ten trend będzie trwał. Kiedy RPP zacznie podno­sić stopy, to także koszty obsługi długu denominowanego w złotych pójdą w górę. Niemniej dla inwestorów zagranicznych i agencji ratingowych liczy się przede wszystkim ocena wiarygodności Polski w obsłudze naszego długu zagranicznego.

Włochy czy Hiszpania mają dużo wyższy dług publiczny w relacji do PKB, ratingi podobne lub niższe jak Polska i nikt tam z tego powodu nie rozpacza.
- Ale Włochy i Hiszpania są w strefie euro i dzięki temu ich obliga­cje rządowe mają niższą rentowność niż papiery polskiego rządu. Mają więc niższe koszty obsługi długu. Lepiej porównywać Pol­skę z Czechami. Czesi płacą za dług niewiele więcej niż Niemcy, czyli bardzo mało. To efekt rozsądnej i ostrożnej polityki fiskalnej.

Ile oszczędzilibyśmy na kosztach obsługi długu, gdybyśmy mieli na rynkach taką opinię jak Czesi?
- Różnica w oprocentowaniu polskich i czeskich obligacji wynosi te­raz ok. 2 pkt proc. Dług publiczny Polski wynosi ok. 900 mld zł, więc na jego obsłudze moglibyśmy zaoszczędzić ok. 18 mld zł rocznie, połowę tego, co rząd rok w rok wydaje na spłatę odsetek. Szkopuł w tym, że w ostatnich wyborach prezydenckich i parlamentarnych politycy nie zauważali, iż Polska już teraz ma wysoki deficyt finan­sów publicznych, dochodzący do 3 proc. PKB. I zamiast proponować rozwiązania, które pozwalałyby zaoszczędzić 40-50 mld zł rocznie, by zlikwidować deficyt, zaproponowali coś dokładnie przeciwnego.

Według PiS zwiększenie wydatków na konsumpcję rozkręci gospodarkę, wzrost przyspieszy...
- Wicepremier Morawiecki słusznie zauważył, że Polska powin­na się rozwijać szybciej. Że tempo wzrostu powinno wynosić nie 3 proc. jak teraz i w ostatnich 8 latach, tylko 4-5 proc. Przedstawił nawet receptę: zwiększenie udziału inwestycji w PKB z obecnych 19 do 25 proc. Rzeczywiście, Polska ma jeden z najniższych w UE wskaźników udziału nakładów inwestycyjnych w dochodzie naro­dowym. I to ogranicza nasze tempo wzrostu. Morawiecki ma rację, tyle że rząd nie robi nic w kierunku zwiększenia inwestycji. Chce natomiast rozdać pieniądze, których jeszcze nie ma. Mało tego - wiemy, że krajowe inwestycje są niskie, bo mamy stosunkowo mało krajowych oszczędności. To, co mamy, będziemy teraz w czę­ści przeznaczać na konsumpcję. W takiej sytuacji rząd powinien usilnie zabiegać o zwiększenie inwestycji zagranicznych, ale tego też nie robi. Atmosfera podejrzeń w stosunku do inwestorów zagra­nicznych na pewno nie zachęca do inwestowania w naszym kraju.

Czy obniżka ratingu przez S&P może być sygnałem ostrzegawczym dla inwestorów?
- W biznesie ważna jest kwestia ryzyka poli­tycznego. Czyli przewidywalności i stabilno­ści systemu podatkowego, stóp procentowych, niezależności banku centralnego. Zapowiedzi zmian w konstytucji, upolitycznienia systemu prawnego czy sygnalizowane możliwe ogranicze­nie samodzielności NBP to nie są dobre sygnały dla inwestorów. Zwiększają ryzyko.

Rząd ma jeszcze zaskórniaki, czyli resztę aktywów pozostałych w OFE. Będzie mógł po nie sięgnąć, gdy budżet zacznie świecić pustkami?
- W OFE nie ma już gotówki. Fundusze dyspo­nują papierami wartościowymi, głównie akcjami. Teoretycznie rząd mógłby je znacjonalizować tak jak poprzednia ekipa. Łatwo sobie jednak wyob­razić, co by się stało, gdyby chciał je szybko upłyn­nić na giełdzie. Doszłoby do lawiny wyprzedaży.
Być może niektórzy inwestorzy już antycypują to ryzyko, bo indek­sy warszawskiej giełdy na tle innych parkietów regionu zachowu­ją się mizernie. Ale głównym powodem spadków jest uderzenie nowym podatkiem w system bankowy i ubezpieczeniowy.

Standard & Poor’s, obniżając rating polskiego długu, zmienił też jego perspektywę na negatywną. To może sugerować możliwość kolejnej obniżki. Czy agencje Fitch i Moody’s pójdą w ślady S&P?
- To sygnał ostrzegawczy, a rządzący wciąż mają czas na reflek­sję. Agencje Fitch i Moody’s wstrzymują się z decyzjami. Dużo zależy od tego, jak będzie wyglądał projekt budżetu na 2017 rok, którego wstępne założenia powinny być gotowe latem. Jeśli ry­nek finansowy uzna projekcje rządu za zbyt optymistyczne, to będziemy mieli kolejny etap spadku wiarygodności. Wtedy być może Moody’s i Fitch pójdą w ślady S&P. Ale jest też opcja pozy­tywna: że rząd zrezygnuje z realizacji zapowiedzi wyborczych. Przynajmniej do czasu, aż uszczelnianie systemu podatkowego przyniesie dość pieniędzy, by sfinansować te wydatki. 
prof. Stanisław Gomułka jest głównym ekonomistą BCC, byłym wiceministrem finansów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz