PiS - konstytucja 2010.pdf

środa, 24 lutego 2016

Sternik w dryfie



Budżetowi państwa na razie nic nie grozi, czego nie można powiedzieć o jego strażniku. Paweł Szałamacha ma już na koncie kilka wpadek i kolejna może go kosztować posadę.

TEKST MIŁOSZ WĘGLEWSKI

Podobno wicepremier i minister finansów przestali do siebie dzwonić. W ważnych spra­wach gospodarczych komunikują się drogą oficjalną albo przez media. Wygląda na to, że między dwoma 47-latkami - Mateuszem Morawieckim i Pawłem Szałamachą - toczy się cicha wojenka. Szef resortu finansów nie ma w niej dużych szans na zwycięstwo.

GŁUCHY TELEFON
Niedawno Morawiecki ostro skrytykował projekt podat­ku od handlu, przygotowany w resorcie Szałamachy. W ze­szłym tygodniu wicepremier przedstawił z kolei swój pomysł na państwowy Bank Gospodarstwa Krajowego. Chciałby go uczy­nić finansowym i inwestycyjnym centrum swojego programu, który ma dać nowy impet rozwojowy polskiej gospodarce. Tyle że BGK podlega resortowi finansów, który wykorzystuje go jako swoisty skarbiec na bieżące płatności budżetowe. Za pośredni­ctwem BGK ministerstwo dokonuje też operacji finansowych - na przykład na rynku walutowym.
   Pomysł „zabrania” Ministerstwu Finansów BGK nie poprawi relacji Morawieckiego z Szałamachą. Wiadomo, że resort finan­sów jest bardzo sceptyczny wobec tego pomysłu, ale sam mini­ster dyplomatycznie milczy.
   Szałamacha nie komentuje także kolejnej wypowiedzi Mora­wieckiego. Wicepremier - niekryjący krytycyzmu wobec pre­zydenckiego projektu ustawy o pomocy dla zadłużonych we frankach, który mógłby kosztować banki ponad 40 mld zł i zagro­zić stabilności finansowej sektora - powiedział agencji Bloom­berg, że Ministerstwo Finansów zaproponuje nową wersję ustawy.
   Tyle że sam minister Paweł Szałamacha nic o nowej wersji nie wie. A ponieważ kwestia kredytów frankowych to gorący karto­fel, który rząd woli podrzucać prezydentowi, biuro prasowe jego resortu zdementowało medialne doniesienia na ten temat.
   - Czy obaj panowie jeszcze coś konsultują między sobą, czy już tylko zaskakują się projektami i pomysłami? - pyta retorycz­nie wiceprezes jednego z największych banków.
KOLEKCJA WPADEK
Pół biedy, gdyby komplikowały się tylko relacje dwóch chyba przesadnie ambitnych i drażliwych, ale ministrowi finansów ubywa popleczników także w rządzie i wśród ważnych posłów PiS.
   Najbardziej zirytował kolegów z rządu i partii na przełomie roku, gdy jego resort zgłosił całą listę zastrzeżeń do rządowego projektu programu „500+”. Jak na ironię, współautorem pro­gramu wsparcia dla wielodzietnych rodzin był sam Szałama­cha, który promował go na długo przed dojściem PiS do władzy.
I nagle jego resort nie zostawia na projekcie suchej nitki, wpisu­jąc uwagi typu „wzrost transferów pieniężnych do rodzin spo­woduje rezygnację z pracy lub zaprzestanie jej poszukiwania wśród rodziców, co grozi wzrostem bezrobocia”. Największą jednak irytację polityków PiS, w tym premier Beaty Szydło, wy­wołały opinie Ministerstwa Finansów o przeszacowaniu wydatków związanych z programem. Przy czym poszło o wcale nie tak wiele, bo 200 min zł różnicy, przy planowanych na ten rok wy­datkach na ten cel rzędu 17 mld zł.
   Za finansową pryncypialnością resortu stała wiceminister Hanna Majszczyk, która od 2010 r., a więc jeszcze od czasów po­przedniej ekipy, pilnuje wykonania budżetu państwa. Jest fa­chowcem, a nie politykiem. Dlatego polityczne cięgi musiał wziąć na siebie Szałamacha. Szybko się zresztą wycofał z za­strzeżeń i na oficjalnej prezentacji programu „500+” stał karnie ramię w ramię z premier Szydło, zapewniając, że na ten cel „na pewno nie zabraknie pienię­dzy”. Co nie zmienia faktu, że zarówno w PiS, jak i w rządzie pamiętają mu tę wpadkę.
  Tym bardziej że zaraz potem zaliczył kolejną, jeszcze głośniejszą, dotyczącą wprowadzenia podatku od sprzedaży detalicznej. Ten po­mysł Szałamacha promuje od trzech lat. Podatek miał z jednej strony wesprzeć polski handel w walce z zagranicznymi sieciami dyskontów i hipermarketów, a z drugiej zwiększyć podat­kowe wpływy do budżetu.
   Ale firmowany przez Szałamachę projekt okazał się zupełnie chybiony. Zakładał mię­dzy innymi trzy progresywne stawki podatku (w tym drakońską w wysokości 1,9 proc. obro­tów od handlu w weekendy), opodatkowanie handlu w internecie, a przede wszystkim takie samo obciążenie małych sklepów działających na zasadach franczyzy i wielkich sieci han­dlowych. W ten przemyślny sposób ministrowi finansów uda­ło się zjednoczyć w krytyce polityków PiS i opozycji, ekspertów, związki zawodowe i środowisko handlowców, którzy zorganizo­wali protesty pod hasłami „pogrzebu polskiego handlu, zamor­dowanego przez ministra finansów”.
Wszystko przez to, że urzędnicy i doradcy ministra zlekce­ważyli większość uwag środowiska handlowego, wyrażonych w trakcie kadłubowych konsultacji. Teraz - pod presją rządu i partii - ministerstwo ma ekspresowo poprawić projekt, a tak naprawdę stworzyć go od nowa. Planowane na ten rok 2 mld zł wpływów z podatku od sieci handlowych są już mrzonką.

POLOWANIE NA PODATKI
Wpadek w bród, za to sukcesów resortu można szukać ze świecą. Trudno za taki uważać obowiązujący od lutego poda­tek od banków i firm ubezpieczeniowych - rzeczywiście nie­skomplikowany i łatwy do poboru, mający dać budżetowi około 5 mld zł rocznie. Tyle że już wiadomo, iż część tego haraczu zo­stanie przerzucona na klientów. Większość banków podnosi opłaty, prowizje i marże kredytowe.
   To kolejna rzecz, którą Szałamacha zirytował rząd i posłów PiS pamiętających jego szumne zapowiedzi. - Jestem pewny siły kontroli rynku i tego, że konkurencja w sektorze będzie barierą dla wzrostu cen usług - mówił, dodając, że w razie czego apetyty prywatnych banków na podniesienie opłat powstrzyma kontro­lowany przez państwo PKO BP. W rzeczywistości bank - rządzo­ny przez zaprzyjaźnionego z Morawieckim prezesa Zbigniewa Jagiełłę - podniósł część stawek jako jeden z pierwszych.
   Słabo też wygląda mocno nagłośniana akcja uszczelniania VAT. Przed wyborami i zaraz po nich PiS obiecywało, że już w tym roku dodatkowe wpływy z tego tytułu wyniosą prawie 20 mld zł. Ale początki ofensywy przeciw „wyłudzaczom” i „karu­zelom podatkowym” nie zapowiadają takich żniw. Może dlatego, że zamiast na obiecaną gruntowną reformę systemu VAT Szała­macha postawił na wzrost skuteczności orga­nów skarbowych. Na razie efektów nie widać.
   Wygląda więc na to, że na razie po stronie „ma” minister może sobie zapisać tylko gład­kie przepchnięcie przez Sejm budżetu na ten rok. To niewiele, bo sam Szałamacha nie jest nawet częścią PiS-owskiej maszynki do gło­sowania - ledwie 7 tys. otrzymanych w Pozna­niu głosów nie dało mu poselskiego mandatu. A zresztą tegoroczny budżet to de facto pro­jekt poprzedniego rządu, z niewielkim liftin­giem i powiększeniem deficytu o ok. 1,5 mld zł. Gros kosztów obietnic wyborczych PiS przesu­nięto na przyszły rok, a że gospodarka żwawo się kręci, więc w tym roku nie powinno zabrak­nąć wpływów z podatków. Tym bardziej że re­sort dostanie dodatkowo 9 mld zł z aukcji pasm internetowych LTE i 8 mld zł z zysku NBP. Mi­nister nie zaryzykował więc wiele, zakładając się o 10 tys. zł z posłem Sławomirem Neuman- nem (PO), że budżet zostanie zrealizowany i to bez „duszenia” wydatków. Dzień przed sylwestrem z entuzjazmem poinformo­wał o tym na Facebooku.

OD KORWINA DO KACZYŃSKIEGO
Dziś tego entuzjazmu zaczyna mu brakować. Najlepiej widać to chyba właśnie na fejsie, gdzie wcześniej regularnie tryskał po­mysłami, komentarzami i przemyśleniami na temat współtwo­rzonego przez siebie programu gospodarczego PiS. Już dwa lata temu prognozował, że partia Jarosława Kaczyńskiego przejmie rządy w kraju, i przekonywał o konieczności dodatkowego opo­datkowania banków, hipermarketów i dyskontów oraz wprowa­dzenia programu wsparcia dla rodzin.
   Jeszcze po wyborach, gdy wymieniano go wśród kandydatów na ministra gospodarki, ze swadą pisał o konieczności dalszej konsolidacji energetyki, o potrzebie pomocy dla zadłużonych we frankach i obciążeniu banków kosztami tej operacji. Ale i o bezradności resortu finansów, który zamiast uszczelniać system podatkowy, „goni króliczka”, kontrolując wystawianie paragonów przez nadmorskie smażalnie ryb, bądź organizuje loterie paragonowe. Gdyby wiedział, co go wkrótce czeka...
   Dziś na facebookowym profilu ani śladu dawnego Szałamachy. Pisze o weekendowych wyjazdach z żoną (Beatą Chomątowską, pisarką i publicystką, m.in. „Gazety Stołecznej”), poleca książ­ki, wspomina nawet o swym ulubionym kocie Gacku. O gorących
tematach gospodarczych ani słowa. Nie odpowiada nawet na py­tania internautów. Zderzenie z twardą i skomplikowaną materią finansów wyraźnie stłumiło jego zapał i entuzjazm.
   Faktem jest, że finanse nigdy nie były jego żywiołem. Szałamacha to zresztą pierwszy po 1989 r. minister finansów bez wy­kształcenia ekonomicznego. Skończył prawo na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, potem przez lata praco­wał w międzynarodowej kancelarii prawniczej Clifford Chance. Jeszcze w czasie studiów, na początku lat 90., związał się z Unią Polityki Realnej. Odszedł po kilku latach, krytykując jej lidera Janusza Korwin-Mikkego. Dziś niechętnie to wspomina, jeśli już, to bardzo krytycznie: „To nierozwojowa inicjatywa na gra­nicy paranoi”. Bez entuzjazmu wspomina też kilkuletni związek z Centrum im. Adama Smitha: - CAS za bardzo koncentrował się na problematyce podatków i składek. Na większość problemów gospodarczych miał jedną receptę: niższe podatki.
   W 2003 r. był inicjatorem powołania Instytutu Sobieskiego, przez kilka lat niezależnego, potem ewoluującego w stronę eko­nomicznego think tanku PiS. W orbitę tej partii miał go wciągnąć Kazimierz Marcinkiewicz, jego krajan z Gorzowa Wielkopol­skiego. W 2004 r. Marcinkiewicz zaprosił ekspertów Instytu­tu Sobieskiego na konwencję PiS do Gdańska, aby przedstawili tam swój program gospodarczy. Liberał Szałamacha nie za bar­dzo pasował do PiS-owskiej koncepcji solidarnego państwa, ale po wygranych rok później wyborach premier Marcinkiewicz za­oferował mu stanowisko wiceministra skarbu. Dzięki poparciu PiS został też wtedy posłem, choć do samej partii nie wstąpił.
- Jestem bezpartyjnym PiS-owcem - powtarza.

GORĄCY FOTEL
Jako jeden z mózgów gospodarczych pierwszego rządu PiS budził kontrowersje. Mówiono, że jest tytanem pracy, napę­dzanym dziką ambicją i że łatwo zdobywa nowe kompetencje. Ówczesny minister skarbu Wojciech Jasiński wciąż poszerzał mu zakres obowiązków. Szałamacha nadzorował sferę prywaty­zacji (tu akurat roboty wiele nie było, bo prywatyzacje stanęły w miejscu) i pilnował interesów państwa w strategicznych spół­kach, takich jak PKO BP, PZU, Orlen, a także w kopalniach, kon­cernach chemicznych czy zbrojeniówce.
    Z tamtych czasów wspomina się też jego konfliktowość, upór w obstawaniu przy swoim, niechęć do budowania kompromi­sów. Gdy włoski bank UniCredit, kontrolujący Pekao SA, chciał przejąć BPH, Szałamacha stanowczo się temu sprzeciwił. Poszło na noże i sprawa oparła się o Brukselę - w efekcie Włosi i tak wzięli BPH, tyle że musieli sprzedać część oddziałów.
   Mocno też wiceminister zaognił konflikt z holenderskim Eu­reko, które chciało dokupić obiecane mu w umowie prywaty­zacyjnej udziały w PZU i przejąć kontrolę nad największym polskim ubezpieczycielem. Szałamacha do końca urzędowania nie dopuścił do tego, używając publicznie argumentów typu „nie będziemy holenderską kolonią”. Ale miał też sukcesy, choćby wywalczenie od hinduskiego miliardera Lakshmi Mittala pra­wie pół miliarda dodatkowej zapłaty za zakup Polskich Hut Stali.
   W rządzie PiS Szałamacha na dobre zapomniał o swych libe­ralnych korzeniach. - Jestem przeciwnikiem prymatu ekonomii nad polityką - zapewniał. W wywiadach mówił, że państwo nie musi być mniej skuteczne w zarządzaniu biznesem niż prywatny właściciel i że liberalne podejście do polityki gospodarczej nie gwarantuje harmonijnego rozwoju, bo ten nie może się powieść bez strategicznej wizji państwa.
   Akcentował przy tym potrzebę wzmocnienia krajowej przed­siębiorczości i nie krył niechęci wobec dominującej roli kapitału zagranicznego - zwłaszcza w bankach. Kilka miesięcy temu mó­wił twardo, że rząd PiS zmusi banki, by obsługiwały gospodarkę, a nie nią rządziły. Nic dziwnego, że środowisko finansowe kręci­ło nosem na jego nominację w rządzie Beaty Szydło.
   Od początku było widać, że stanowisko ministra finansów nie jest szczytem jego marzeń. Z pewnością lepiej czułby się na miejscu Mateusza Morawieckiego, snując strategiczne wizje i nie ponosząc wielkiej odpowiedzialności za jakieś konkretne dzia­łania. A zamiast tego urzęduje w gabinecie przy Świętokrzyskiej i musi się zmagać ze skomplikowaną materią budżetu i podat­ków, wiedząc, że kolejna poważniejsza wpadka może zakończyć jego polityczną karierę w PiS.
Minister Paweł Szałamacha nie znalazł czasu na rozmowę z „Newsweekiem”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz