PiS - konstytucja 2010.pdf

piątek, 12 lutego 2016

Polsza today, KOD PiSu i Jak zostać milionerem



Polsza today
Nie program, nie obietnice, nie charyzmatycz­ny lider i nie inspirujące przesłanie są najważ­niejszymi atutami PiS i Jarosława Kaczyńskiego. Jest nim propaganda tej partii. Toporna, bezceremonialna i bezczelna, ale wyjątkowo skuteczna.
   Bronisław Komorowski i Platforma Obywatelska ponieśli klęskę głównie na płaszczyźnie propagandowej. PiS-owska machina perswazyjno-obezwładniająca zepchnęła ich do defensywy, z której nigdy się nie wydostali. Właśnie to zde­cydowało o wyniku wyborów. Wybory bowiem - tu kłania się pierwsza reguła kampanii politycznych - wygrywa ten, kto zdefiniuje przeciwnika szybciej i lepiej niż rywal.
   PiS-owska propaganda oparta jest na dwóch klasycz­nych założeniach. Prostota i powtarzalność. Krótkie hasło, najlepiej jedno słowo, wbijane jest do głów non stop przez PiS-owskich polityków, PiS-owskich propagandystów i PiS-owskich hejterów. Żadnych wahań, żadnych subtelno­ści, żadnych półcieni. Propagandowe przesłanie jest zawsze proste jak konstrukcja cepa, a wstukiwane jest do głów za po­mocą młotka. Wydział propagandy na Nowogrodzkiej jest nie­zwykle sprawny i metodyczny. A przede wszystkim, jako się rzekło, skuteczny. Dowodów jest aż nadto. Wystarczy jeden. Poddana propagandowej obróbce Polska stała się – wbrew faktom i statystykom - „Polską w ruinie”. Że to bzdura? Proszę to powiedzieć 37,5 proc. wyborców głosujących na PiS.
   Bronisława Komorowskiego załatwiono jednym słowem - obciach. Obciach był odmieniany przez wszystkie przypad­ki. Ciach, ciach i za pomocą obciachu Komorowskiego rzuco­no na deski. Komunikat był prosty. Ilustracje wspomagające komunikat były równie proste i dosadne. Komorowski - cze­koladowy orzeł. Komorowski - szogun. Komorowski - bigos. Komorowski - nieznajomość języków. Komorowski - ży­randol. Nawet sprzeciw Bronisława Komorowskiego wobec rozwiązania WSI miał być dowodem obciachu. „WSI-owy prezydent” - pisano niezmiennie na internetowych forach. Na kontrze do obciachowego Komorowskiego był „świato­wy” Duda. Sztab prezydenta albo milczał, albo się bronił. Nie zadał sobie trudu, by stwierdzić, że rzekomo kompromitują­ca prezydenta książka niepokornego autora Sumlińskiego to tania fabułka plus technika copy and paste, sklejanka całych fragmentów zerżniętych z autorów znanych kryminałów. Nie zadano sobie nawet trudu, by stwierdzić, że np. angiel­ski kandydata Dudy to - jak mówią nauczyciele tego języka - co najwyżej „survival English”. Mecz poddano bez walki. Skutek znamy.
   Szczególnie ulubione przez PiS-owskich propagandystów są słowa na „p”. Gdy mowa jest o smoleńskim śledztwie, bez końca powtarzane jest słowo „prawda” - trzeba ujaw­nić prawdę, czas powiedzieć prawdę. Przekaz - wszystko, co wiemy o przyczynach katastrofy, to kłamstwo.
   Gdy mowa jest o protestach KOD, nieustannie pada słowo „przywileje”. Nie ma żadnej walki o państwo prawa i oby­watelskie wolności. Jest desperacka obrona przywilejów podejmowana przez panie w norkach i pożeraczy kawioru, którzy nie mogą się rozstać z korytem.
   Gdy trzeba uzasadnić całkowite podporządkowanie PiS mediów publicznych i usunięcie z nich znanych i zdolnych, by zrobić miejsce dla niezdolnych, ale swoich, pada słowo „pluralizm”. My tylko przywracamy pluralizm. Pluralizm jest wtedy, gdy na opozycję i przeciwników władzy możemy w publicznych mediach pluć bez ograniczeń.
Gdy sędzia Rzepliński broni Trybunału Konstytucyjne­go, mówi się o „polityku Rzeplińskim” i „platformerskim Rzeplińskim”. Rzepliński nie broni żadnych wartości. Co najwyżej swojego interesu.
   Gdy trzeba uzasadnić nowe egzotyczne sojusze Polski i ko­lejne uderzenia w dobre relacje polsko-niemieckie, mówi się o „powstawaniu z kolan”, które zastąpiło „poklepywanie Polski po ramieniu”.
   Gdy mówi się o wypowiedziach polityków i dziennikarzy dla zagranicznej prasy, w której pojawia się krytyka PiS, mówi się o „donosicielstwie” i „piątej kolumnie”. PiS-owscy propagandyści dodają do tego „targowicę”, a PiS-owscy hejterzy - „folksdojczów”.
   PiS-owska propaganda jest wydajna. Nie tylko miesza lu­dziom w głowach, lecz także potrafi wykreować alternatywną rzeczywistość, być może bardziej rzeczywistą niż rzeczy­wistość rzeczywista. Racjonalność niczym, powtarzalność wszystkim; wątpliwości niczym, jednoznaczność wszystkim; prawda niczym, nasza prawda wszystkim; „ciemny lud to kupi”. Skoro kupił „Polskę w ruinie”, to dlaczego nie miałby kupić innych wytworów Wydziału Propagandy.
   Można ubolewać, że tej prymitywnej propagandzie ulega­ją miliony. Zamiast ubolewać, lepiej jednak wyciągnąć wnio­ski. Opozycja nigdy nie zdobędzie władzy jeśli nie przyjmie do wiadomości, że subtelnościami przeciwnika nie pokona. To PiS wybrało w tej walce rodzaj broni. Nie ma co szukać innej. PiS można pokonać wyłącznie jego własną bronią.
Tomasz Lis

KOD PiSu
Przez lata pisaliśmy, jak widać z umiarkowanym sukce­sem, że partia nazywająca się Prawo i Sprawiedliwość to nie jest normalne ugrupowanie polityczne, nawet na tle najbardziej radykalnych i marginalnych partii europejskich. W dzisiejszych czasach trudno znaleźć forma­cję polityczną, której lider pełniłby zarazem rolę faktycznego właściciela partii, jedynego stratega, duchowego guru, kogoś w rodzaju naczelnego kapłana, czy też hipnotyzera, zarządzającego zbiorowymi emocjami. Trudno wskazać jakąś inną partię, której fundamentem byłyby mity, obsesje, bardzo szczególna - głęboko pesymistyczna i mroczna - wi­zja świata, historii, ludzkiej natury.
   To nie jest tak, że wszyscy działacze, a jeszcze bardziej wyborcy tej partii, są jakimiś mentalnymi klonami prezesa; oczywiste, że przyłą­czyli się do PiS z różnych powodów, bo w III RP czuli się skrzywdzeni, oszukani, rozczarowani sposobem działania instytucji państwa i rzą­dzących polityków, bo ignorowano ich oczekiwania, plany, pomysły, emocje, bo chętnie przyjęli obietnice zmiany i poprawy.
   Ale PiS otrzymuje się w pakiecie. Mówiąc symbolicznie: głosowałeś na Andrzeja Dudę i Beatę Szydło, dostajesz Ziobrę i Macierewicza, 500 zł na dziecko okazuje się spakietowane ze sprawą smoleńską; nie ma jednego bez drugiego, także trzeciego (Trybunał Konstytucyjny), czwartego (przejęcie mediów) itd. Ale katastrofa/zbrodnia smoleńska w tym pakiecie zajmuje miejsce centralne.

Dla lidera PiS to sprawa głęboko osobista, z której wszakże nie za­wahał się uczynić narzędzia politycznego. Mnóstwo ludzi pisało o tym, jak katastrofa smoleńska stała się„mitem założycielskim" PiS, jak miesięcznice pełniły rolę spoiwa i mobilizacji elektoratu, jak zespół An­toniego Macierewicza wytwarzał teorie spiskowe, zmieniane następ­nie w sugestie zbrodni popełnionej przez politycznych rywali. Ale ist­nieje jeszcze jedna ważna funkcja „smoleńskiego zamachu": otóż jest to swoisty test lojalności dla działaczy PiS. Uznanie - wbrew wszelkim danym, opiniom najlepszych polskich ekspertów, wbrew własnemu rozsądkowi, zmysłom i intuicji - ewidentnej lotniczej katastrofy za za­mach, wymaga przekroczenia pewnej granicy racjonalności i wstydu. Potwierdza gotowość do przyjęcia zgoła każdego absurdu i bredni, je­śli wymaga tego partia i prezes. Od tego momentu możesz się uważać za członka organizacji.
   Patrzę z przykrością i zażenowaniem na wielu, zapewne rozsąd­nych działaczy PiS, jakie wykonują logiczne wygibasy, aby pozostać w kręgu smoleńskiej wiary i nie wyjść na cynika lub szaleńca. Mamy tam wszystkie formy racjonalizacji: że przecież do końca nie wiadomo, że nie wszystkie okoliczności zostały wyjaśnione (jakby kiedykolwiek było to możliwe); że liczne dowody są niedo­stępne lub zaginęły; że nie osądzono winnych - słowem wszystko, byle nie przyznać, że przebieg katastrofy, jej tech­niczne, ludzkie, pogodowe przyczyny są, niestety, oczywiste i rozpoznane w najdrobniejszych możliwych do ustale­nia szczegółach.

Kłamstwo smoleńskie należy do podstawowego kodu PiS, organizującego i wyłączającego tę zbiorowość z 70-80-procentowej reszty niewierzących. Ale są także inne elementy tego kodu. Nie można być wpływowym, zwłaszcza ogólnopolskim działaczem PiS, jeśli nie jest się nieustannie obrażanym i obrażonym. Nie można wobec przeciwników okazywać litości, współczucia czy zrozumienia - wszyscy spoza naszej organizacji to ludzie podli, źli, kierujący się wyłącznie najniższymi mo­tywami (koryto, kasa, przywileje), w dodatku genetycznie uszkodzeni, po rodzicach czy dziadkach z Wehrmachtu, partii komunistycznej, z UB lub z PRL.
   Nawet pani premier, osoba sprawiająca wrażenie rzeczowej i łagod­nej, musiała złożyć deklaracje pogardy wobec opozycji i KOD. Kolejny kod rozpoznawczy, hasło przynależności do grupy, to w sytuacji jakie­gokolwiek sporu natychmiastowe - sprzeczne z„normalnymi" regu­łami wychowania czy tzw. współżycia społecznego - sięganie po naj­cięższe, ostateczne słowa, w erze przedpisowskiej niesłychanie rzadko obecne publicznie. Gestapo, stalinizm, hańba, zbrodnia, zdrada, agen­tura, targowica, zaprzaństwo, nikczemność - jeśli gdzieś padają takie słowa, można się założyć, że wypowiada je polityk PiS. Też zabawnie było patrzeć jak kulturalny „genetycznie" pan Gowin składał partii słowną lojalkę, uzasadniając stalinowskie pochodzenie lidera KOD.

Tych wierszy pisowskiego kodu, specyficznych i niepowtarzalnych cech tej partii jest więcej. Wyrosła w naszym kraju polityczna mu­tacja wzbudzająca dziś w Europie żywe zainteresowanie połączone ze zdumieniem. Namawiałbym każdego, kto może, aby poszukał gdzieś wśród znajomych czy w rodzinie działacza lub wyborcę PiS i próbował z nim rozmawiać, jakoś przekonać, że Smoleńsk to była lotnicza katastrofa, a my nie jesteśmy potomkami bezpieki i gestapo, złodziejami i zdrajcami. Każdy nawrócony lub choćby wątpiący pisowiec jest więcej wart niż trzech nienawróconych.To akurat taki żart, bez obrazy.

* Jeśli te zapiski sporządzane przy okazji rozmów redakcyjnych o „pisowskiej rewolucji" miałyby mieć jakąś wspólną nazwę, to Przy-pisy, i taką nazwę będzie miała ta rubryka.
Jerzy Baczyński

Jak zostać milionerem
Do moich rozrywek nale­ży czytanie prognoz eko­nomicznych, zwłaszcza porad dla inwestorów. Co bym zrobił, gdybym miał tak zwaną „płynność” albo „wolne środki”? W długie zimowe wie­czory, kiedy rachunki za opał są wysokie, pocieszam się, że moje „aktywa” (dawniej mówiono z francuskiego „awuary”, ale dziś tego słowa nie ma nawet w słowni­kach wyrazów obcych) są tak niewielkie. „Tak ciężkich czasów dla posiadaczy gotówki nie było już dawno, ban­ki proponują symboliczne oprocentowanie, a na gieł­dzie leje się krew” -mówię do Marty (żona autora- red.), odkładając „Wyborczą”. - Złoto też spada, dobrze, że go nie mamy - dodaję, żeby pocieszyć żonę, która nie wi­dzi jednak powodów do radości. - Jakaś sztabka by się przydała - mówi nieśmiało.
   - Czyżbyś wolała „mieć” niż „być”? - pytam prowoka­cyjnie, i dodaję: Z artykułu redaktora Matusiaka wynika, że lepiej mieć grypę azjatycką lub rotawirusa niż gotówkę. Lekarze alarmują: są ludzie, którym od dźwigania gotówki wysiada kręgosłup albo kolana. Przeciw grypie można się szczepić, a przeciwko gotówce - nie. Gotówka jest pod­stępna, gdy raz zaatakuje, to nie wiadomo, jak się od niej uwolnić. Są już pierwsze przypadki śmiertelne. Pewien ciułacz, uciekając przed gotówką, wpadł pod samochód, pogotowie odwiozło go do najbliższego oddziału SKOK, skąd wysłano go na operację do Luksemburga.
   Pojawiają się głosy, że do łask powróci złoto - pocie­sza gazeta. Co prawda od 2011 r. jego kurs spadł o poło­wę, ale... słychać też prognozy że „szlachetny kruszec wkrótce powróci w wielkim stylu na inwestycyjne salony”. To obecnie świetna okazja inwestycyjna - wieszczy prezes funduszu inwestycyjnego. Jednak i on „nie wyklucza”, że cena złota jeszcze... spadnie. No, i bądź tu mądry, człowieku! Żeby kupić złoto, trzeba mieć gotówkę, a mieć gotówkę to nieszczęście, więc co robić? Droga do złota prowadzi przez otchłań gotówki. Na szczęście redaktor ma sugestie: dzieła sztuki, a nawet whisky. - Jeżeli chodzi o whisky, to właśnie dlatego nie mamy gotówki, że przeinwestowaliśmy w tę formę oszczędności - mówię z wyrzu­tem do żony, która uważa, że płynność przede wszystkim.
   Pozostają dzieła sztuki. - Słyszałam, że lepiej zain­westować w obraz Sasnala niż w KGHM. Miedź spada, a Sasnal idzie w górę - mówi żona, studiując „Wall Street Journal”. - W spółki Skarbu Państwa PiS nie wchodzę, Jasiński nie zobaczy ode mnie ani grosza. A co do Sasna­la... - Człowieku, ciebie nawet na sztalugę po Sasnalu nie stać, całe życie musiałbyś odkładać na jeden jego pędzel... - skarciła mnie Marta. Dała do zrozumienia, że dla niej temat jest zamknięty, tak jak temat Trybu­nału dla prezydenta Dudy Koniec. Kropka.
   „Wy mnie jeszcze nie znacie!” - pomyślałem. Mia­łem wycięty i odłożony ku pamięci niedawny wywiad Wilhelma Sasnala dla „Newsweeka”, mądry, gorzki, niezależny, na jaki stać tylko artystę, który nie będzie malował na kolanach za państwowe subwencje. Tytuł: „To mógł być taki piękny kraj”. Fragmenty: „Co by pan zrobił, gdyby zadzwonił minister Piotr Gliński i poprosił o przygotowanie serii obrazów o żoł­nierzach wyklętych? - Odmówiłbym w krótkich słowach, bez przyjemno­ści rozmowy. Zresztą namalowałem 10 lat temu dwa portrety »Ognia«...
- A o Smoleńsku? - Tu już tylko bym się roześmiał.
- Artyści pójdą za nową władzą? - Malarstwo propa­gandowe? To już chyba nie te czasy, nie ta siła rażenia - odpowiada artysta. - Kiedyś z dumą mówił pan: ge­stem polskim malarzem«. - Dla mnie pojęcie »malarz polski« to coś zupełnie innego niż »malarz narodowy«. Nie znoszę słowa »narodowy«, bo od tego tylko krok do nacjonalizmu, a »kultura narodowa« brzmi trochę jak »kultura rasowa«. Nie mam problemu z tym, jeżeli ktoś chce zawłaszczyć pojęcie »narodowy«, »patriotyczny«. Proszę bardzo. Ja tego nie chcę. Czułbym się bardzo ubogi, gdybym musiał się odwoływać tylko do polsko­ści. (...) Nie znoszę swojej polskości, ale trudno mi bez niej żyć. Właśnie z powodu tej ambiwalencji czasami maluję obrazy o Polsce, portrety partyzantów, Wyszyń­skiego, »Ognia«, Narutowicza, albo polski las”.
   „Będę tutaj mieszkał, chociaż bolesna jest ta polska bezinteresowna złość i wrodzony antysemityzm. Wi­dzę te antysemickie gówna na murach od pierwszej chwili, kiedy wracam do Krakowa. Dzwonię do straży miejskiej, żeby to usunęli i odnotowuję z satysfakcją, że działa. Choć nie zawsze - czasem biegam ulicą Kaczą w Krakowie i na jednym z murów widać hasło »Jebać żydów«. (...) Wyjechać nie pozwoli mi też mój senty­mentalizm, czyli patriotyzm: zapach ziemi na wiosnę trzyma mnie tutaj mocno, za granicą nie udaje mi się tego poczuć. I jeszcze biały ser w każdym sklepie”.

To mi się podoba. Wyciąłem wywiad z gazety, da­łem do ramiarza, postawiłem na kominku i poka­załem żonie: „Widzisz, mamy Sasnala - jesteśmy bo­gaci!”. Postawimy go obok „Dziennika” Maxa Frischa, który w 1948 r. był w Polsce, oglądał ruiny, odbudowę ze zniszczeń wojennych i 2 września 1948 r. (!) zano­tował: „Pewna mieszkanka Genewy, tłumaczka ustna, opowiada właśnie, że wczoraj wieczorem też chciała zwiedzić getto, ale dwaj milicjanci jej zabronili. Dlacze­go? Bo zmrok. A co niby można stamtąd ukraść? Dopiero po długiej rozmowie dostaje odpowiedź: pomnik, który stoi na tym śmiertelnym bezludziu, nawet teraz trudno uchronić od antysemickich bazgrołów”.
   Tyle dobrego dzieje się wokół spraw polsko-żydowskich, przybywa medali dla Sprawiedliwych, powsta­ją nowe badania i książki, które odsłaniają nieznane, często bolesne karty historii, na ekrany trafiają dzieła mniej i bardziej doskonałe, jak „Pokłosie”, „Ida”, film o Korczaku, tętnią życiem festiwale w Warszawie, Kra­kowie i w innych miastach, na scenie można obejrzeć znakomitą „Naszą klasę” Tadeusza Słobodzianka, dumą stolicy jest Muzeum Historii Żydów Polskich, a ta zaraza ciągle żyje i boli. I nie chce zdechnąć!
Dlatego inwestuję w Sasnala. W długim okresie to jest najlepsza lokata.
Daniel Passent

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz