PiS - konstytucja 2010.pdf

sobota, 11 kwietnia 2015

Dokręcanie „Smoleńska"


Dobiegają końca zdjęcia do filmu o katastrofie smoleńskiej. Obraz, który ma wejść do kin przed jesiennymi wyborami, będzie nawracać na wiarę w zamach.

Grzegorz Rzeczkowski

Dorota, atrakcyjna brunetka po czterdziestce, pracuje w jednej z prywatnych telewizji (TVN24?). Na polece­nie szefów prowadzi dziennikarskie śledztwo, które ma wyjaśnić, kto naciskał na pilotów, by mimo mgły wylądowali w Smoleńsku („kto ich do tego zmusił?”, „po jakiego chuja tam w ogóle lecieli?”). Ci, którzy tępo wierzą w pancerną brzozę, podpowiadają Dorocie tropy: w kokpicie był generał (w domyśle Andrzej Błasik, dowódca sił powietrznych, choć jego nazwisko nie pada), podsuwają informatorów, którzy twierdzą, że przed wylotem krzykiem zmusił pilota do lotu.
Główna bohaterka filmu początkowo myśli jak szefowie - że do tragedii doprowadził błąd pilotów. Ale jej wiara stop­niowo, scena za sceną, zaczyna się chwiać. Pomaga w tym wiele osób, które spotyka - większość z nich wątpi w to, co mówi mainstream - dzięki czemu manipulacje szefów Doroty szybko wychodzą na jaw. A to kolega, amerykański dziennikarz David, rzuci uwagę typu: „Wierzycie w te ruskie stenogramy?”, to znów informator - były współpracownik prezydenta - stwierdzi, że już po wizycie prezydenta w Gruzji w 2008 r. było wiadomo, że Ruscy prezydentowi tego nie darują. Nawet od przypadkowo spotkanych w pociągu osób dziennikarka słyszy: „Może to i był zamach”. Tak, powoli wszystko zaczyna składać się w całość.


Patriotyczne gwiazdy
W scenariuszu, do którego dotarliśmy, wszystko przemawia przeciwko oficjalnej wersji o przyczynach katastrofy. Pewnego dnia podczas joggingu Dorota trafia w Lesie Kabackim na miej­sce, gdzie w 1987 r. rozbił się I1-62M ze 183 osobami na pokła­dzie. Dziennikarka nie zna tej historii, ale słyszy od przypadko­wego przechodnia: „Widać, jak tu wyciął trzysta metrów lasu, zanim uderzył w ziemię. Zrobił wielki krater, kawałek stąd!”. Już dzień później występujący w scenariuszu jako Spec „postawny mężczyzna koło czterdziestki” dopowiada: „Tu-154 to maszy­na na bazie konstrukcji bombowca. Ma jeszcze mocniejsze skrzydła niż Ił, który wykosił zagon lasu na Kabatach”. Te i inne bardziej przypadkowe spotkania i rozmowy, w których pada również słowo „zamach”, tajemnicze samobójstwa jej informa­torów, nie pozostawiają innej możliwości, jak odrzucić wiarę w mgłę i błąd pilotów.
Twórcom „Smoleńska” to jednak nie wystarcza. Żeby widz sam nie zgubił tropów, twórcy podsuwają też inne, wymowne obrazy: scenę z miejsca katastrofy z udziałem tajemniczego dyplomaty (gra go sam Jerzy Zelnik), który każe towarzyszącym mu żołnierzom zarekwirować zdjęcia zrobione przez polskiego operatora telewizyjnego. Gdy tamten protestuje, rzuca: „Mnie tu nie ma”. Są też takie, jak z Pałacu Prezydenckiego, gdzie funkcjonariusze ABW z tajemniczą kobietą z kluczami wkra­czają do gabinetów ofiar katastrofy i konfiskują dokumenty. Podobna scena powtarza się w hotelu sejmowym. Pojawia się też postać profesora, o którym ojciec głównej bohaterki mówi: „Całe szczęście, że są tacy, którzy się nie boją. Znoszą drwiny, nagonkę, wiedzą, że Nobla za Smoleńsk nie dostaną”.
W rolę Doroty wcieliła się mało znana aktorka Beata Fido, do niedawna zatrudniona w Polskim Instytucie Sztuki Filmo­wej, w którym odpowiadała za kontakty z zagranicą. Lata 90. spędziła w USA, grając w tamtejszych teatrach, po powrocie występowała m.in. w „Klanie”. (Fido, podobnie jak i wielu in­nych aktorowi twórców „Smoleńska" z reżyserem na czele, nie chciała rozmawiać z POLITYKĄ).
Jednak obsada filmu jest - nie tylko z punktu widzenia pra­wicowego widza-niemal gwiazdorska. Zagrają w nim aktorzy bardzo zasłużeni dla „środowisk patriotycznych”, ale i tacy, którzy mają na koncie dobre role i zagrali w ważnych dla pol­skiego kina filmach. Zobaczymy Ewę Dałkowską (w roli Marii Kaczyńskiej), Lecha Lotockiego (Lech Kaczyński), Jerzego Zel­nika, Marię Gładkowską, Annę Samusionek, Marka Bukowskie­go, Andrzeja Mastalerza (ostatnio widziany w miażdżonym przez prawicę „Pokłosiu”), Redbada Klynstrę oraz gwiazdę spotkań pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu Katarzy­nę Łaniewską (znaną m.in. z serialu „Plebania”, tu zagra Annę Walentynowicz). Jak można było przeczytać w prawicowym serwisie Niezależna.pl, wielu z nich podziwianych jest od lat „za odwagę cywilną i publiczne wypowiedzi krytykujące rzą­dową wersję wydarzeń z 10 kwietnia”.
Nie najgorsza jest ekipa twórców. Oprócz reżysera Antonie­go Krauzego znaleźli się w niej autor muzyki Michał Lorenc. Za kamerą stanie Michał Pakulski, siostrzeniec Jana Jakuba Kolskiego - w jego filmie „Zabić bobra" był autorem zdjęć, za które dostał Złotą Żabę na festiwalu Camerimage w 2012 r.
Ale frontmenem „Smoleńska”, jego twarzą i głosem oraz udziałowcem, jest producent Maciej Pawlicki, były redaktor naczelny „Filmu”, w latach 90., za rządów „pampersów” w TVP, szef Jedynki. Główną trybuną zaś media należące do powią­zanych ze SKOK spółek, głównie prawicowy tygodnik „wSieci”, który cyklicznie publikuje informacje na temat filmu oraz roz­mowy z aktorami.
Na jego łamach, pod koniec lutego, Pawlicki ogłosił powrót ekipy „Smoleńska” na plan filmowy po dwuletniej przerwie. Przy tej okazji nie pozostawił wątpliwości, z jak wielkim dzie­łem będziemy mieli do czynienia: „Czy kiedykolwiek w hi­storii polskiego kina było aż takie oczekiwanie na film fabu­larny? Moim zdaniem nie było. Adaptacje Sienkiewicza? (...) »Człowiek z żelaza« w 1981 r.? (...) Żaden z nich nie tkwił tak głęboko w codzienności widzów, do których przemawiał, jak »Smoleńsk«. Żaden z nich nie mógł zmienić biegu wydarzeń, o których opowiadał”.
Inny cel, dla którego film ma powstać, jest bardziej przy­ziemny, choć nie mniej ważny. Zdaniem Pawlickiego nie jakaś tam „maskarada”, ale prawdziwe śledztwo na temat przyczyn katastrofy będzie przeprowadzone dopiero po zmianie władzy, więc film musi niejako je zastąpić, wyprzedzić, „opierając się nie na zaklęciach moskiewskich czarnoksiężników w rodzaju Laska czy Hypkiego, ale na ogromnej liczbie badań wykona­nych przez naukowców z wielu krajów”.

Na film co łaska
Do Wielkanocy ekipa nakręciła trzy czwarte materiału, czy­li ok. 30 z 40 zaplanowanych dni zdjęciowych (realizowanych w Polsce i USA). Jedną z pierwszych scen filmu jest odtworzenie katastrofy oczami świadków, m.in. załogi Jaka-40 (jej dowódca por. Artur Wosztyl jest jednym z konsultantów filmu). W scena­riuszu można przeczytać, że gdy tupolew próbował wylądować, najpierw słychać było ryk silników zwiększających obroty, a na­stępnie trzaski i dwa wybuchy. Zdjęcia do tej sceny kręcono dwa lata temu, w kwietniu, na dawnym lotnisku wojskowym w Białej Podlaskiej. Do Rosji ekipa się nie wybrała.
Lotnisko było jednym z pierwszych planów „Smoleńska". Wtedy nie było jeszcze jasne, czy film w ogóle uda się nakrę­cić. Brakowało chętnych do sfinansowania projektu, a zbiórka pieniężna ogłoszona przez wspierającą przedsięwzięcie Fun­dację Smoleńsk 2010 zakończyła się połowicznym sukcesem. Do niemal 11-milionowego budżetu darczyńcy dołożyli jedy­nie 860 tys. zł. Dlatego twórcy „Smoleńska” pod koniec 2013 r. złożyli wniosek do PISF o dofinansowanie produkcji. Chcieli niemal 5,5 min zł, choć wcześniej twierdzili, że nie poproszą tej instytucji nawet o grosz, bo i tak nic nie dostaną ze względu na wiadomy „stosunek kręgów państwowych do kwestii kata­strofy smoleńskiej i jej wyjaśnienia”. Gdy PISF odmówił, prace nad filmem trzeba było zawiesić, a koszty ściąć. Do nakręcenia filmu potrzeba dziś 9,5 min zł, z czego prawie 7,5 min zł jest już na koncie „Smoleńska”.
O tych, którzy dołożyli się do produkcji, niewiele wiadomo. Początkowo jednym z koproducentów miała być Apella, czyli powiązana ze SKOK agencja marketingowa, która przez spółkę zależną wydaje „wSieci". Jednak Apella wycofała się z projektu z przyczyn, o których ani firma, ani producent Maciej Pawlicki nie chcą rozmawiać. - Rozmowy biznesowe mają to do siebie, że raz się udają, raz nie - ucina Pawlicki, zaprzeczając jednocześnie, by firmy związane ze SKOK finansowały film.
W środowisku filmowym huczy jednak od pogłosek, że jest inaczej, o czym miałby świadczyć fakt, że główny ciężar medial­nej promocji filmu wzięty na siebie związane z nimi media, czyli oprócz w „wSieci" portale wPolityce.pl oraz stefczyk.info.
Pewne jest, że drugim (oprócz firmy Picaresque Macieja Paw­lickiego) producentem i jednym z głównych inwestorów jest fir­ma Transcolor, która specjalizuje się profesjonalnych systemach oświetleniowych instalowanych podczas koncertów i eventow. Co ciekawe, firma współpracuje m.in. z TVN przy takich progra­mach, jak „Mam talent”, „Taniec z gwiazdami” czy show Kuby Wojewódzkiego. Właściciel Transcoloru Lucjan Siwczyk jakiś czas temu byl bohaterem prawicowej blogosfery, która ekscytowała się jego inwestycjami w „Gazetę Polską Codziennie” (udziały w ga­zecie sprzedał w ubiegłym roku) oraz wspieraniem TV Republika - współwłaścicielką stacji jest formalnie żona Siwczyka.
Pozostali inwestorzy „Smoleńska”, a jest ich ponad setka, po­zostają anonimowi. Wiadomo o nich tyle, że to firmy oraz osoby prywatne, które zainwestowały przynajmniej po 5 tys. zł. Naj­wyższa wpłata przekroczyła milion złotych. - W zamian otrzy­mują prawo do udziału w ewentualnych zyskach z filmu. Prawo do umieszczenia swego imienia i nazwiska lub nazwy firmy w na­pisach końcowych mają wszyscy inwestorzy i darczyńcy - infor­muje Pawlicki, który obok Antoniego Krauzego, Tomasza Łysiaka i Marcina Wolskiego jest również jednym ze scenarzystów „Smo­leńska”. W sumie inwestorzy dali na produkcję ponad 5,6 min zł. Reszta-1,7 min-pochodzi z wciąż trwającej zbiórki publicznej.
- Dzięki tym pieniądzom, które już mamy, na pewno skończymy zdjęcia. Walczymy, by jak najszybciej domknąć budżet - stwier­dza Pawlicki.
Istnieje więc niebezpieczeństwo, że pieniędzy nie wystarczy na postprodukcję i premierę filmu trzeba będzie przesunąć. Ta zaś zaplanowana jest na październik - w epicentrum kampanii przed wyborami parlamentarnymi. Podejrzenia, że film ma po­móc PiS je wygrać, Pawlicki odrzuca. - Premierę planowaliśmy  na kwiecień w 5 rocznicę tragedii. Ale dyrektor P1SF odrzuciła nasz wniosek o dofinansowanie, tym samym premiera została przesunięta. Wiosna albo jesień to najlepszy czas na premierę - twierdzi producent.

Przy dźwięku trąbki
Aktorów łączy jedno - przekonanie, że jeśli nawet nie doszło do zamachu, to samolot nie mógł się rozbić z powodu błędów popełnionych przez pilotów i złych warunków atmosferycznych. Przy czym młodsi, jak Andrzej Mastalerz, mówią o niedopowie­dzeniach, niedomówieniach, których ich zdaniem nie powinno być po pięciu latach od katastrofy i które prowokują do tego, by na­suwała się hipoteza o zamachu. Starsi są bardziej skłonni przyjąć teorię o zamachu, tak jak Ewa Dałkowska, która zdecydowanie odrzuca wnioski komisji Jerzego Millera, nazywając je humbugiem i ustaleniami bez podstaw. - Proszę mnie nie denerwować pytaniami o ich prawdziwość. To mnie obraża - ucina temat.
Ostatni klaps na planie „Smoleńska” ma paść 20 kwietnia. Zdję­cia kręcono już m.in. na Krakowskim Przedmieściu, we wnętrzach Pałacu Kultury i Nauki (zagrały sale sejmowej oraz przed Muzeum Narodowym w Warszawie, zastępującym budynek parlamentu w Tibilisi, przed którym przemawiał Lech Kaczyński podczas pa­miętnej podróży do Gruzji latem 2008 r.
W planach są jeszcze m.in. zdjęcia na pokładzie drugiej rządo­wej „tutki”, która stoi na wojskowym lotnisku w Mińsku Mazo­wieckim. Ekipa chce kręcić na zewnątrz i wewnątrz maszyny, ale niewykluczone, że będzie musiała poradzić sobie bez tupolewa, bo na zdjęcia nie chce się zgodzić prokuratura wojskowa, w której dyspozycji pozostaje samolot w związku ze śledztwem przedłu­żonym właśnie do października.
Być może więc do scenariusza filmu trzeba będzie nanieść kolejne poprawki, które - jak wyjawił niedawno Antoni Krauze w rozmowie z radiem Wnet - wciąż się pojawiają, bo „cały czas uaktualniamy wiedzę na ten temat”, głównie w oparciu o naj­nowsze ustalenia tzw. ekspertów współpracujących z zespołem Antoniego Macierewicza. Jak mówi Krauze, dzięki ich pracy „nikt z ludzi zajmujących się tą sprawą nie ma wątpliwości, że nie była to żadna zwykła katastrofa i po prostu samolot został wysadzony w powietrze”.
Krauze kategorycznie odrzuca wszelkie oskarżenia o polityczne tło filmu lub promowanie nieprawdziwej wersji o przyczynach katastrofy, którą nazywa zbrodnią. „Chcemy zrobić film opar­ty na faktach, film, który przywróci poczucie, gdzie jest praw­da, a gdzie jest kłamstwo, który odkręci tę lawinę manipulacji i fał­szerstw. Myślę, że z tej perspektywy, choć mam nadzieję, iż nie tylko, będzie to ważny film” - precyzował w serwisie wPolityce.pl.
Inne zdanie na ten temat mają jednak znani reżyserzy, którzy czytali scenariusz i recenzowali go dla PISF. Opinia podpisana m.in. przez Jerzego Skolimowskiego, Jerzego Stuhra i Sławomira Fabickiego jest druzgocąca dla „Smoleńska”. „Scenariusz przed­stawia świat czarno-biały, a sama historia rozwija się w sposób bardzo przewidywalny. Przez cały czas jest to fabularyzowana pu­blicystyka, która tonie w dialogach i monologach”. Autorzy opinii zarzucają twórcom scenariusza „jednowymiarowość postaci” oraz „brak wyraźnych zwrotów akcji i dramaturgicznej kulminacji”. Osobę głównej bohaterki krytykują za to, że jest „postacią papiero­wą". Film nazywają „apologią jednej postawy wobec katastrofy”. „Rażą patetyczne dialogi i deklaratywne monologi wygłaszane ex cathedra” - dodają.
Szczególnie ostro - jako „ciało obce” i nadużycie - krytykują przedostatnią scenę. W skrócie wygląda ona tak: na leśnej polanie, nad świeżo wykopanymi dołami stoją polscy oficerowie w mun­durach z 1939 r., którzy patrzą w kierunku samolotu. Przy dźwię­kach trąbki idą od jego strony pasażerowie tupolewa z prezyden­tem i prezydentową na czele. Kamera pokazuje ich wzruszone twarze. Gdy prezydent podchodzi do nich, salutują mu i podają ręce. Z pobliskiego lasu wychodzi gęsta mgła.

1 komentarz:

  1. Pani Beata Fido jest obecnie asystentką europosła PiS. Dziwna kariera zawodowa mało znanej aktorki opiera się na bliskiej znajomości z kuzynem Prezesa.
    A firma Transcolor odzyskuje inwestycje obsługując konwencje PiS. Taki sobie przepływ pieniążków.

    OdpowiedzUsuń