PiS - konstytucja 2010.pdf

środa, 15 kwietnia 2015

Zamach był konieczny



Czym byłby dla prawicy Smoleńsk bez zamachu? Niczym. A czym stał się dzięki mitowi zamachu? Wszystkim. Szansą nie tylko na przejęcie władzy, Lecz także na odzyskanie w „upadłej Polsce Lemingów", czegoś nieporównanie ważniejszego niż polityczna władza - rządu dusz.

CEZARY MICHALSKI

 Bez zamachu w piątą rocznicę smoleńskiej tragedii pozostaje smutek, ogromne współczucie dla ofiar i ich rodzin - połączone z odrobi­ną zawstydzenia za zachowanie politycz­nych dysponentów lotu, za brak procedur lub ich nieprzestrzeganie. Bez legendy zamachu pozostaje heroizm ofiar, ale jest to zwykły heroizm cywilny - heroizm wy­pełniania obowiązków członków załogi prezydenckiego samolotu, heroizm poli­tyków i urzędników państwowych. Takiemu heroizmowi można by oddawać cześć wspólnie, ponad partyjnymi czy ideolo­gicznymi podziałami.
Dlaczego to wciąż niemożliwe? Ponie­waż zamach stał się dla jednej z dwóch największych polskich partii wyobrażoną przepustką do władzy. Bez zamachu zni­ka heroizm umęczonej przez wrogów nie­winnej polskiej ofiary.

Prawicowy dzień świstaka
Właśnie dlatego najnowsze stenogramy z ostatnich minut lotu tupolewa 154M, które czynią hipotezę zamachu jeszcze bardziej nieprawdopodobną, musiały zo­stać przez Jarosława Kaczy6skiego i jego zwolenników odrzucone według wciąż tego samego schematu: „fałszerstwo’', „kampanijna wrzutka”, „wersja Anodiny”. Tegoroczne wypowiedzi polityków PiS są identyczne jak ich wypowiedzi sprzed roku, dwóch, trzech lat. I zawsze takie pozostaną. Bez względu na kolejne ustalenia śledztwa, bez względu na co­raz większą wiedzę o ostatnich minutach lotu, o ludziach przewalających się przez kokpit prezydenckiego tupolewa, o ra­dach „zmieścisz się śmiało!’', „musimy to robić do skutku”, suflowanych pilotom przez ich przełożonych i politycznych dysponentów podczas lotu.

W kolejnym rocznicowym wywiadzie Jarosław Kaczyński znów mówi w tygo­dniku „wSieci” o wybuchach, o najwięk­szym prawdopodobieństwie, wręcz o pewności zamachu. Przeprowadzająca wywiad dziennikarka wiedząca, że więk­szość Polaków w żaden zamach nie wie­rzy, pyta: „Czy da się jeszcze odzyskać tych zasłaniających uszy i oczy przestra­szonych ludzi?”. „To nie będzie łatwe - od­powiada Kaczyński - bo oni muszą się sami przed sobą przyznać, że, łagodnie mówiąc, nie są specjalnie mądrzy”.
To nie jest wywiad dziennikarki po­litycznej z politykiem, to jest rozmowa, która mogłaby się znaleźć w wewnętrz­nym biuletynie Kościoła scjentologów. Także kolejne obchody rocznicy kata­strofy zostały przez Kaczyńskiego i PiS przygotowane i przeprowadzone tak, by podkreślić, że hipoteza zamachu wciąż obowiązuje. W samo południe 10 kwiet­nia Antoni Macierewicz przedstawił naj­nowszy raport swojego zespołu. Znów odrzucił wszelkie dotychczasowe ustale­nia śledztwa, znów zanegował wiarygod­ność wszelkich stenogramów z kokpitu. Znów przyczyną katastrofy tupolewa 154M okazują się „eksplozje na prawym skrzydle, w kadłubie i w prezydenckiej salonce”.
Jednocześnie jednak w wymiarze politycznym Jarosław Kaczyński wcale nie s zrezygnował z pragmatyzmu pozwalającego mu przez pięć lat regulować wysokość płomienia zamachu, w zależności od tego, czy PiS potrzebuje twarzy ła­godnej (bo gra o zwycięstwo), czy nie­przejednanej (bo po kolejnej klęsce priorytetem jest utrzymanie najwier­niejszego elektoratu). Zatem także przy okazji piątej rocznicy katastrofy i po publikacji stenogramów Kaczyński, sam powtarzając tezę o zamachu, pozwolił jednocześnie Andrzejowi Dudzie, żeby ten - walcząc w kampanii prezydenckiej także o elektorat centrowy - nie eksploa­tował tego tematu nadmiernie.
Tak samo zrobił sam Kaczyński w cza­sie własnej kampanii prezydenckiej 2010 roku.

Pomiędzy cynizmem a żywą wiarą
Czy można jednak sprowadzać emocje smoleńskie do zimnej gry, do politycz­nej strategii? To byłaby odpowiedź zbyt prosta i nie do końca prawdziwa. Zarów­no w przypadku Jarosława Kaczyńskiego, jak i różnych środowisk polskiej prawicy czy części polskiego Kościoła.
Zacznijmy od prezesa PiS. Na pierw­szym posiedzeniu władz Prawa i Spra­wiedliwości po katastrofie, a dokładniej, po powrocie Jarosława Kaczyńskiego ze Smoleńska, gdzie stanął nad zmasakro­wanym ciałem brata, władze jego partii zastanawiały się, kogo wybrać na nowe­go kandydata w kampanii prezydenckiej.
Praktycznie żaden z liczących się polity­ków PiS nie sądził wówczas, że Jarosław Kaczyński będzie w tamtych wyborach startował - że będzie do tego emocjonal­nie zdolny. Zastanawiano się nad wysta­wieniem ówczesnego szefa Solidarności Janusza Śniadka, padało nazwisko szefa PAN profesora Michała Kleibera, a nawet Joanny Kluzik-Rostkowskiej.
Jarosław Kaczyński był jednak na tam­tym spotkaniu obecny. Siedział w otocze­niu najwierniejszych współpracowników i powtarzał co jakiś czas scenicznym szeptem: „zabili mi brata". Z tamte­go spotkania wyszedł jako namaszczony jedno głośnie kandydat na prezydenta.
Zaczynając kampanię od poparcia w gra­nicach błędu statystycznego, prowadził ją perfekcyjnie i zakończył z wynikiem mi­nimalnie tylko gorszym od Komorow­skiego. Smoleńsk stał się politycznym odrodzeniem zarówno dla niego, jak i dla jego partii.
Skoro umie grać zamachem, to czy także w ten zamach wierzy? Katastro­fa smoleńska bez zamachu zmuszałaby Jarosława Kaczyńskiego - szczególnie w sytuacji, gdy śledztwo i stenogramy potwierdzają tezę o współodpowiedzial­ności za katastrofę politycznych dys­ponentów lotu - do postawienia sobie najbardziej bolesnych pytań: o realny dorobek prezydentury brata, o rzeczy­wisty format brata jako polityka, a wresz­cie o własną współodpowiedzialność za wprowadzenie brata na najbardziej wy­suniętą placówkę wyjątkowo brutalnego politycznego konfliktu.
Zamach pozwala te wszystkie wątpliwo­ści unieważnić. Przenieść całą odpowie­dzialność na Rosjan, Tuska, Palikota...
Pomagają w tym Kaczyńskiemu, wspierają go w tej specyficznej terapii nadworni intelektualiści, poeci i publi­cyści. Przekonują jego i siebie, że w Pol­sce - pogrążonej od lat w wojnie PiS-PO - istniał i istnieje jeden tylko przemysł pogardy, skierowany przeciwko Lechowi Kaczyńskiemu. Że PiS i w ogóle prawi­ca były w tym sporze łagodne jak baranek prowadzony na rzeź, że z ust politycz­nych liderów, publicystów, intelektuali­stów i poetów związanych z PiS nie padły nigdy słowa o „łże-elitach”, „łajdakach”, „niezdolnych do myślenia lemingach’', o rządzonej przez konkurentów politycz­nych Polsce jako „rosyjsko-niemieckim kondominium”.
Niewinna ofiara nie musi się z nicze­go rozliczać. A po Smoleńsku Kaczyński i jego formacja tak się zaczęli przedsta­wiać; nie tylko pragmatycznie, ale na­prawdę w to wierząc.
A czy kiedykolwiek wierzyli w zamach najbliżsi PR-owcy Kaczyńskiego z okresu katastrofy smoleńskiej: Adam Bielan, Pa­weł Kowal i Michał Kamiński? Wszyscy trzej widzieli przed Smoleńskiem (trud­no było tego nie zauważyć), że bracia Ka­czyńscy politycznie toną, a oni toną wraz z nimi. Prowadzona w cieniu posmoleńskiej żałoby kampania prezydencka Ja­rosława Kaczyńskiego, niezależnie od wszelkich autentycznych emocji, stała się dla nich szansą na powrót do gry. To po­noć Kowal wpadł na pomysł wawelskie­go pochówku prezydenckiej pary. Bielan wrzucał na Twitter podgrzewające ko­mentarze z pierwszej podróży do Smo­leńska, w której towarzyszył Jarosławowi Kaczyńskiemu. Później wrzucił też do sieci „pierwsze zdjęcie krypty wawelskiej z parą prezydencką w środku”. Nie mam im za złe tego zimnego pragmatyzmu, ale sądzę, że lepiej wypada, kiedy obsługu­je on zimną politykę. Pasuje do Franka Underwooda, jednak zastosowany przez Bielana, Kowala i Kamińskiego do ob­służenia emocjonalnego „posmoleńskiego mesjanizmu”jest politycznym kiczem. Problem w tym, że ten kicz okazał się bar­dzo skuteczny.
Pragmatyzm całej trójki potwierdziły jej dalsze polityczne losy. Po przegranej kampanii prezydenckiej próbowali stwo­rzyć własną prawicową alternatywę. Już bez zamachu, a nawet bez Kaczyńskie­go. Nie udało się, więc Kamiński jest dziś przy Ewie Kopacz, Bielan przy Kaczyń­skim, a Kowal próbuje wrócić w pobliże Kaczyńskiego za pośrednictwem Jaro­sława Gowina. Czy podobnie jak Gowin (który będąc w Platformie, nigdy nie ak­ceptował hipotezy zamachu), także Ko­wal będzie teraz musiał powtarzać, że „niczego nie wyklucza”?

Kościół smoleński
A do jakiego stopnia wierzy w zamach Kościół smoleński? Czyli ta część konser­watywnych katolików, biskupów i księ­ży, którzy powrót martyrologii uznali za szansę na skuteczną walkę z idącą z Bruk­seli sekularyzacją, z upodabnianiem się Polski do Europy Zachodniej w różnych wymiarach kulturowych i obyczajowych?
Ich związane ze Smoleńskiem nadzie­je dobitnie wyraził w pierwszych dniach po katastrofie Tomasz Terlikowski. Pisał: „Próbowaliśmy uciec od misji, jaką sta­wiał przed nami Bóg, w »normalność« Zachodu. Jeśli tak było, to ta tragedia jest wyraźnym przypomnieniem, Że nie bę­dzie nam dane bycie »normalnym« naro­dem, który może żyć w świętym spokoju, że od nas Pan Bóg wymaga co jakiś czas daniny krwi”.
To od Smoleńska zaczęła się tak na­prawdę kariera Terlikowskiego - już nie jako niszowego tradycjonalistycznego publicysty, ale jako głosu polskiego Koś­cioła, z którym zaczęli się liczyć nawet niektórzy biskupi. Dziś za każdym razem, gdy między rządem PO i episkopatem wy­buchają spory na temat podatku kościel­nego, konwencji antyprzemocowej czy in vitro, kiedy wśród polskich katolików rozpoczynają się dyskusje spowodowane docierającymi do Polski reformatorskimi deklaracjami papieża Franciszka, konser­watywni biskupi i księża natychmiast od­wołują się do zamachu. Zarówno po to, aby mobilizować w swojej obronie milio­ny prawicowych zwolenników smoleń­skiego kultu, jak też po to, by podważać legalność władzy „zbyt liberalnej" Plat­formy Obywatelskiej.
Ogromne emocje wywołała homilia biskupa Józefa Zawitkowskiego, który mówił: „Lecieliśmy po to, aby światu po­wiedzieć o Katyniu, aby odsłonić światu prawdę o śmiertelnym kłamstwie, i sta­liśmy się ofiarą, a teraz kaci nas sądzą". Konserwatywny biskup Wiesław Mering mówił do wiernych: „To mi przypomina sytuację, którą przeżywaliśmy jako mło­dzi ludzie w związku z Katyniem. Wtedy nie wolno było swobodnie mówić peł­nej prawdy o Katyniu. Teraz jesteśmy wprowadzani w błąd w sprawie Smoleń­ska’: Znany warszawski ksiądz Stanisław Małkowski deklarował jeszcze bardziej wprost, przy braku jakiejkolwiek reakcji ze strony biskupów: „Katastrofa smoleń­ska to zbrodnia z zimną krwią, planowana przez wiele miesięcy przy współudzia­le służb rosyjskich i jakichś istotnych czynników na Zachodzie’'. Wreszcie jed­na z najsilniejszych postaci polskiego Kościoła, kierujący archidiecezją gdań­ską abp Sławoj Leszek Głódź, kiedy sam stał się przedmiotem krytyki za mobbing podległych mu księży, zaatakował rządzących słowami: „Ileż szyderstw z »sekty smoleńskiej«, z »religii smoleńskiej«. Ci, którzy pamiętają o poległych, dążą do prawdy - bez manipulacji i bez zakłamań. Każdego miesiąca idą w Warszawie Kra­kowskim Przedmieściem w modlitew­nym pochodzie pamięci”.

Mesjanizm
Oczywiście nie jest tak, że pożywką na­rodowych mesjanizmów, silnych zbio­rowych emocji politycznych muszą być sukcesy, zwycięstwa.
Powstanie Warszawskie, a wcześniej listopadowe, styczniowe, zbrodnia ka­tyńska, wywózki na Sybir... Wszystkie te wydarzenia były pożywką dla politycz­nych, a nawet religijnych przebudzeń. Ale tamte heroiczne zrywy od katastro­fy smoleńskiej różniło jedno. Wówczas powstańcy i represjonowani cierpieli i ginęli z rąk zaborców i okupantów. To nadawało ich ofiarom uprawniony he­roiczny sens. Zbudowanie tego samego mesjanizmu, tego samego emocjonalne­go, patriotycznego, religijnego pobudze­nia na fundamencie katastrofy lotniczej, choćby najbardziej tragicznej ... Tego po prostu nie da się zrobić; tu nie ma na­wet odrobiny miejsca na nowy narodowy mesjanizm!
A jednak Smoleńsk został w ten spo­sób użyty. Mógł tak zostać użyty wyłącz- niejako zamach. Bez zamachu traci sens. I Kaczyński okazuje się ostatecznie mą­drzejszy, bardziej rozumie emocjonalne potrzeby „PiS-owskiego ludu" niż wielu prawicowych intelektualistów w rodzaju Ludwika Dorna, Antoniego Dudka, Bro­nisława Wildsteina czy Rafała Ziemkie­wicza. Ci od samego początku traktowali hipotezę zamachu z dystansem. I podpo­wiadali Kaczyńskiemu (a czasem nawet SLD czy PSL): zróbmy z tego intrygę przeciw Tuskowi, przeciw dziadowskie­mu państwu Platformy; powtarzajmy, że ten brak procedur i organizacyjne nie­chlujstwo obciążają wyłącznie PO; podzielmy się władzą nad Polską na nowo, już bez skompromitowanych przez Smoleńsk Komorowskiego, Tuska i Ko­pacz; rozegrajmy to wszystko bardziej racjonalnie.
Tymczasem Kaczyński powtarza upar­cie: były trzy wybuchy, kto neguje za­mach, ten kłamie i ma w tym interes. I to on jest skuteczny, bo bez zamachu Smo­leńsk jest tylko katastrofalnym zakoń­czeniem niezbyt udanej prezydentury. A to jest nie do zniesienia dla Jarosła­wa Kaczyńskiego - z powodów zarówno emocjonalnych, jak i pragmatycznych. To był przecież jego brat, a prezydentu­ra Lecha była w całości jego projektem politycznym.
Byłoby to także nie do pomyślenia dla środowisk polskiej prawicy. Rezygnacja z zamachowej teorii oznaczałaby koniec jej marzeń o władzy politycznej i o rzą­dzie dusz. Dlatego zamach musi być. Bez względu na fakty.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz