PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 2 kwietnia 2015

Walka z Unią za unijną kasę



PiS wykorzystuje pieniądze z budżetu Parlamentu Europejskiego nie tylko do opłacania wizażystek Jarosława Kaczyńskiego. Używa ich także po to, by kompromitować i ośmieszać wspólną Europę w oczach Polaków.

Wśród europosłów PiS, którzy za pieniądze europarlamentu przeznaczone na unijną działal­ność zatrudniali wizażystki Prezesa, opie­kunki jego matki, a także pracowników krajowego aparatu swojej partii (co opi­saliśmy w poprzednim numerze w tekście Michała Krzymowskiego „Lewi asysten­ci PiS”), znajduje się polityczna i inte­lektualna czołówka tego ugrupowania. Andrzej Duda - kandydat na prezyden­ta, Tomasz Poręba - wiceprzewodniczący grupy PiS w europarlamencie, ale także profesorowie Ryszard Legutko i Zdzisław Krasnodębski - najbardziej znani spośród intelektualistów popierających Jarosława Kaczyńskiego.

Euronaciągacze
Przypomnijmy, że każdy europarlamentarzysta dostaje na swoje utrzymanie i dzia­łalność równowartość około 70 tysięcy złotych miesięcznie. Do tego dochodzi drugie tyle (17 tys. euro) na utrzymanie asystentów.
Dużo? Tak naprawdę dużo to jest tyl­ko wtedy, gdy przyłożymy miarę działa­nia polskiego Sejmu. Większość posłów naszych wodzowskiech partii to trybi­ki maszynki do głosowania, wykonujące decyzje partyjnego kierownictwa komu­nikowane im za pomocą SMS-ów. Jak jednak przypomina Aleksander Smo­lar, prezes Fundacji Batorego i ekspert w dziedzinie polityki europejskiej: ,Jeśli parlamentarzysta nie jest obudowany ca­łym zespołem ekspertów, doradców, asy­stentów, którzy zbierają materiały, piszą ekspertyzy i ułatwiają mu funkcjonowa­nie w coraz bardziej skomplikowanym kontekście współczesnej polityki, wów­czas jego skuteczność jest żadna. Zatem jeśli w Parlamencie Europejskim na jed­nego posła może pracować tylu asysten­tów, to przynajmniej w intencji twórców tych instytucji chodziło o zbudowanie europosłom zaplecza analogicznego do tego, jakim dysponują parlamentarzyści brytyjscy, francuscy, niemieccy czy ame­rykańscy”.
Niemieccy czy francuscy eurodeputowani zatrudniają jako asystentów młodych prawników, ekonomistów, specjalistów od bankowości. Legendarna stała się ich skuteczność podczas przepycha­nia przez komisje i posiedzenia plenar­ne Parlamentu Europejskiego tematów priorytetowych dla Niemiec czy Francji.
Natomiast jedynym zauważalnym osiąg­nięciem europosłów PiS w czasie dwóch ostatnich kadencji było niedawne dołącze­nie do rezolucji w sprawie zabójstwa Bory­sa Niemcowa apelu o zwrot Polsce wraku Tu-154. Cóż, Duda, Krasnodębski, Legut­ko itd. nie wykorzystują gigantycznych unijnych środków do budowania swoich kompetencji w dziedzinie polityki unijnej.
Oczywiście nie tylko oni. Urzędnik Komisji Europejskiej, pytany o sprawę transferów brukselskich pieniędzy do kra­jowych partii, odpowiada (prosząc, aby jego nazwisko „w żadnym wypadku...”):  „To domena krajów najbiedniejszych - Rumunia, Bułgaria; tam całe partie żyją ze swych europosłów”. Te przypadki nie są nawet szczególnie ścigane.
Czymś zupełnie innym jest celowe wykorzystywanie unijnych pieniędzy przeciw „unijnemu potworowi” przez znacznie bogatszych zachodnioeuropej­skich eurosceptyków - szczycących się też poparciem putinowskiej Rosji. Nigel Farage czy Marine Le Pen są dumni z tego, że używają pieniędzy unijnych, aby Unię osłabiać i niszczyć wizerunek instytucji unijnych w swym narodowym elektoracie.
W tym rozległym i zróżnicowanym pejzażu naciągaczy PiS lokuje się mniej więcej pośrodku. Zachowuje pewną wstydliwość w kwestii finansowania wi­zażystek z budżetu Parlamentu Europej­skiego. Ale zarazem ciągnie pieniądze z Unii, atakując ją przy tym ze wszystkich możliwych paragrafów.

Język pogardy
Zdzisław Krasnodębski, Ryszard Legut­ko, Andrzej Duda, ale także Tomasz Porę­ba czy Marek Jurek nie pojechali bowiem do Brukseli, żeby Unię budować, ale aby ją niszczyć. Aby wszystkimi sposobami osła­biać spójność instytucji unijnych, bloko­wać proces integracji europejskiej, a także kompromitować Unię w polskim społe­czeństwie - przedstawiając ją jako insty­tucję bezsilną, z której nie ma żadnego pożytku dla Polaków'. Mówią o tym wprost - w Brukseli, w wystąpieniach medialnych, w zeszłorocznej kampanii wybor­czej do europarlamentu.
Od profesora Krasnodębskiego krajowi wyborcy PiS mogli się na przykład dowie­dzieć, że „Unia Europejska już od daw­na nie jest związkiem równorzędnych państw”, a „prezydent Lech Kaczyński i jego Polska stali się niewygodni w kon­stelacji USA-UE-Rosja, co pozwala skoja­rzyć Smoleńsk z Gibraltarem”. Zwycięstwo Syrizy w Grecji europosel PiS witał pełny­mi satysfakcji słowami, że „bunt Greków wywołał w establishmencie europejskim popłoch”. Ta satysfakcja jest nieco zaska­kująca, skoro w innych wypowiedziach Krasnodębski sugeruje, że grecka lewica jest prorosyjska. Czy żby Unię można było osłabiać nawet wspólnie z Putinem?
Można, jak "widać - dla potrzeb polityki krajowej. Krasnodębski wie, że to właś­nie przynależność Polski do Unii (i sze­rzej - cały prozachodni pakiet skutecznie realizowany przez polską politykę po roku 1989) legitymizuje państwo, które­go tak nie lubi. Dlatego właśnie, z wy­żyn swych kompetencji europosła, powie prawicowym dziennikarzom, że III RP to tylko „autorytaryzm polakierowany europejsko”.
Jeszcze bardziej bezpośredni jest Ry­szard Legutko. W jednym z wystąpień w europarlamentarnej kampanii 2014 roku (nie są to żadne kelnerskie taśmy, bo ten ponadgodzinny antyeuropejski wy­kład Legutki dla sympatyków klubu „Ga­zety Polskiej” wciąż jeszcze nie zniknął z internetowej strony europosła) mówi, że zadaniem jego i innych europosłów Pra­wa i Sprawiedliwości będzie przywróce­nie w Europie sytuacji sprzed traktatu z Maastricht i demontaż instytucji unij­nych, które „służą wyłącznie wychowa­niu nowego człowieka”. A nawet działanie jeszcze bardziej radykalne - „sprowadze­nie Unii wyłącznie do poziomu wspólne­go rynku”, czyli do stanu, jaki panował w Europie Zachodniej długo przed upad­kiem muru berlińskiego.
Oczywiście profesor nie dodaje, że ten „wyłącznie wspólny rynek” nie dałby Polsce kilkuset miliardów euro, które po­zwoliły przyspieszyć rozwój naszego kraju i zrealizować wiele kluczowych inwesty­cji infrastrukturalnych. Legutko na wszel­kie wątpliwości w tym temacie odpowiada z właściwą sobie elitarną pogardą, że „cała ta wiara w sprawczą moc unijnych pie­niędzy pokazuje fatalny stan polskiego społeczeństwa”.
To prawda, że gigantyczne unijne trans­fery nie zastąpią wysiłku Polaków ani in­nowacyjności polskiej gospodarki. Są jednak odpowiednikiem naszego planu Marshalla. Gdyby w powojennych Niem­czech jakiś poważny polityk powiedział, że entuzjastyczne użycie pieniędzy z pla­nu Marshalla do odbudowy kraju to do­wód na „fatalny stan społeczeństwa”, znalazłby się na marginesie życia publicz­nego. A Legutko jest jedną z czołowych postaci jednej z dwóch największych par­tii walczących w Polsce o władzę - język niechęci, wręcz pogardy dla Unii, jakim się posługuje, stał się dzisiaj językiem ca­łego prawicowego mainstreamu.
Natomiast „Unia sprzed Maastricht”, o której powrocie Legutko marzy, to rów­nież Unia przywróconych granic, kontroli paszportowych i wiz. W wielu wystąpie­niach w prawicowych mediach oraz w europarlamencie Legutko i Krasnodębski powtarzają, że uzyskana dzięki Maa­stricht swoboda podróżowania po Euro­pie skutkuje drenażem mózgów i masową emigracją zarobkową z Polski. Jest w tym Orbanowa tęsknota za zamknięciem gra­nic - szczególnie dla młodzieży - aby móc autorytarnie zarządzać izolowaną od Eu­ropy własną narodową wspólnotą.

Prześladowane chrześcijaństwo
Trudno się zatem dziwić, że wnioski i wy­stąpienia naszych eurosceptycznych par­lamentarzystów dotyczą najczęściej tematów i obszarów, gdzie w miarę ła­two przedstawić prawicowemu wyborcy Unię Europejską jako instytucję dla Polski szkodliwą lub przynajmniej bezużyteczną.
Jest to między innymi atak na politykę klimatyczną Unii Europejskiej oraz wiele innych gospodarczych i społecznych pro­gramów europarlamentu czy Komisji Eu­ropejskiej. Dla Krasnodębskiego, Legutki czy Dudy oznaczają one etatyzm, naru­szenie zasady subsydiarności, a wreszcie ograniczenie demokratycznych preroga­tyw narodowych parlamentów.
Zupełnie inne stanowisko zajmują oczy­wiście w sprawie wspólnej polityki Unii wobec Rosji. Zarzucają nawet wspólno­cie (podczas debat plenarnych europarla­mentu, gdzie, budzi to zdziwienie posłów innych frakcji), że nie potrafi się Rosji przeciwstawić militarnie. Zarzut jest źle adresowany, gdyż powinien być skiero­wany do sojuszu militarnego, jakim jest NATO. Jednak nie o logikę tu chodzi, ale znów o przedstawienie Polakom Unii jako instytucji niepotrzebnej, gdyż „nie potrafi nas nawet obronić przed Rosją”.
Kolejny stały temat to dowodzenie, że Unia Europejska jest antychrześcijańska. Legutko, Jurek i Duda chętnie zgłaszają pytania i podpisują wnioski w sprawie potępienia promocji gender czy zdelegali­zowania na terenie UE jakiegoś środka an­tykoncepcyjnego. Regularnie sugerują też w swoich wystąpieniach - wykorzystywa­nych później w kampaniach wyborczych na terenie Polski, szczególnie w mediach katolickich - że instytucje unijne nie robią nic, aby bronić prześladowanych chrześ­cijan w Afryce i Azji.
O tym, że nie jest to prawda, przeko­nują liczne rezolucje, działania polityczne i pomoc humanitarna unijnych instytu­cji dla religijnych i etnicznych mniejszo­ści prześladowanych w Egipcie, Syrii, Pakistanie, Nigerii... Na co Jurek, Legut­ko i Krasnodębski odpowiadają: „ale Unia czyni to bez wymieniania chrześcijan”. To też często nieprawda - niemniej Unia jest instytucją konsekwentnie świecką, broni prześladowanych ludzi niezależnie od tego, czy są chrześcijanami, muzuł­manami, buddystami, czy członkami do­wolnej innej mniejszości w danym kraju. W Nigerii (temat protestu Marka Jurka sugerującego obojętność Unii na los prze­śladowanych w tym kraju chrześcijan) unijne instytucje podejmowały się za­równo obrony chrześcijan mordowanych przez fundamentalistów islamskich, jak i całych muzułmańskich wiosek krwawo pacyfikowanych przez oddziały nigeryjskiej armii kontrolowane przez chrześci­jańskich oficerów i polityków.
Najdalej posunął się jednak Ryszard Le­gutko, sugerując w jednym z wystąpień na forum europarlamentu, że „niechęć bro­nienia chrześcijan” przez instytucje UE wynika z faktu, iż „niemało ludzi w Euro­pie też walczy z chrześcijaństwem środka­mi prawnymi”. Porównanie mordowania i torturowania chrześcijańskiej mniejszości w Egipcie czy Syrii do „prześladowań”, jakim zdaniem europarlamentarzysty PiS poddawane jest chrześcijaństwo w Eu­ropie, to przekroczenie granicy zdrowe­go rozsądku. Ale za to jakże użyteczne w konsekwentnej strategii obrzydzania Polakom Unii!

Cynizm i hipokryzja
U Marka Jurka ta pasja do „ochrzcze­nia Unii Europejskiej”, którą uważa za zdechrystianizowaną, jest przynajmniej autentyczna. Jego działalność politycz­na w Polsce była zorientowana od sa­mego początku wokół kwestii aborcji, antykoncepcji, obecności symboli reli­gijnych w przestrzeni publicznej... Jest fundamentalistą w europarlamencie, ale także w polityce polskiej był nim przecież od zawsze.
Bardziej zaskakuje ta żarliwość wia­ry w brukselskich działaniach i dekla­racjach Legutki czy Krasnodębskiego. Każdy, kto studiował filozofię w Krako­wie w latach 80., pamięta, że Legutko był wówczas szczerym antyklerykałem, także później nie popisywał się publiczną reli­gijnością. Podobnie Krasnodębski - za­nim trafił do PiS, nie nadużywał religii w celach politycznych. Wprost tłumaczy tę nagle odnalezioną chrześcijańską żarli­wość Legutko. Odpowiadając na pytanie sympatyka „Gazety Polskiej” o możliwych sojuszników, którzy pomogliby prawicy zdemontować instytucje unijne do stanu sprzed Maastricht, odpowiada: „Chciał­bym, żeby takim sojusznikiem była moja ukochana tradycja kultury klasycznej i antyku, ale ona nie jest już wystarcza­jąco żywa w Europie. Rozczarowałem się też do niektórych tradycji narodo­wych, na przykład Brytyjczycy pozwoli­li narzucić sobie język tolerancji i praw człowieka. Jedynym silnym sojusznikiem pozwalającym zmienić Unię pozosta­li chrześcijanie, choć wiele zależy tu od postawy Kościoła”.
Cynizm tej wypowiedzi może trochę szokować, ale wolę to od hipokryzji Kras­nodębskiego, który w prawicowym Radiu Wnet, zapytany o osiągnięcia europarlamentarzystów PiS w ciągu pierwszych paru miesięcy obecnej kadencji, odpo­wiada: „To jest nowość, ale w europar­lamencie pojawiła się rzeźba ukazująca krzyż poświęcona przez biskupa, a teraz odprawiona była szopka”.

***
Walka ideologiczna jest jednym z natu­ralnych obszarów aktywności europarlamentarzystów prawicy, lewicy, zielonych czy liberałów. Chodzi jednak o propor­cje. Merytoryczne uwagi polityków PiS do ekonomicznych, społecznych i praw­nych prac UE są parozdaniowe, czy­sto formalne. Często podpinają się oni pod bardziej merytoryczne (a przede wszystkim bezpośrednio broniące gospo­darczych i politycznych interesów Zjedno­czonego Królestwa) inicjatywy brytyjskich konserwatystów, stanowiących trzon par­lamentarnej grupy Konserwatystów i Re­formatorów, do której należy PiS.
Do wojny kulturowej faktycznie nie są potrzebne kompetencje w dziedzinie pra­wda unijnego, rynku pracy czy bankowości. Trudno się zatem dziwić, że ostatecz­nie pieniądze europarlamentu (będące w gruncie rzeczy pieniędzmi europejskich podatników, obywateli Europy) trafiają do wizażystek Kaczyńskiego i utrzymują pra­cowników aparatu PiS. W rozumieniu Le­gutki, Krasnodębskiego, Dudy etc. Unia daje im sznur, na którym mają zamiar tę Unię powiesić.

CEZARY MICHALSKI

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz