PiS - konstytucja 2010.pdf

niedziela, 17 sierpnia 2014

Ławka prezesa



Antoni Macierewicz, Jarosław Gowin, Adam Hofman, Joachim Brudziński, Bolesław Piecha i Andrzej Duda - tak ma wyglądać rząd Jarosława Kaczyńskiego. Skład gabinetu już jest w głowie prezesa. Ale czy jest w niej kandydat PiS na prezydenta?

Michał Krzymowski

Gabinet prezesa Prawa i Spra­wiedliwości, kilka tygodni temu. Trwa narada w sprawie przy­szłorocznych wyborów prezydenckich. Jarosław Kaczyński wymienia potencjal­nych kandydatów, padają kolejne nazwi­ska, ale ani słowa o Piotrze Glińskim.
- Panie prezesie, a profesor Gliń­ski? - pyta Kaczyńskiego jeden ze współpracowników.
- A tak, jeszcze nasz profesor.
Ale nie wiem, czy to aktualne.
Czy on sam by chciał. I czy by się nadawał?
A jeszcze do niedawna Gliń­ski wydawał się pewniakiem. Pre­zes PiS sugerował jego nazwisko w prywatnych rozmowach, a rok temu - podczas spotkania z miesz­kańcami Węgrowa - wymienił go nawet publicznie: „Byłoby dobrze, gdy­by Polska miała takiego przyzwoitego prezydenta”.
Mówi polityk z wąskiego kręgu do­radców szefa PiS: - Prezesowi po prostu koncepcja się zmieniła. Na Nowogrodz­ką ciągnęły pielgrzymki działaczy, że Gliński, choć jest sympatyczny, to się nie nadaje. Ze nie wytrzyma kampanii, lu­dzie nie będą chcieli na niego pracować. I prezes obrał prze­ciwny kurs. Dziś decyzja jest taka, że szukamy kandydata w partii.


Profesor - kandydat wirtualny
Pierwsze sygnały, że scenariusz z Gliń­skim jest nieaktualny, pojawiły się po wyborach do europarlamentu. Podczas siedmiogodzinnej kolacji z Jarosławem Gowinem Kaczyński tak nakreślił sylwetkę idealnego kandydata: - Najlepiej, żeby to był profesor. Niech ludzie wiedzą, że to ktoś, kto ewidentnie góruje nad Komorowskim. Intelektual­nie, pod względem wiedzy, znajomości świata, polityki zagranicznej. No, i prze­de wszystkim, powinien to być człowiek twardy o zdecydowanych poglądach.
O Glińskim można powiedzieć wie­le, ale na pewno nie to, że jest twardy i ma zdecydowane poglądy. Według na­szych rozmówców w PiS ta charaktery­styka zdecydowanie bardziej pasowała do dwóch innych profesorów - wykładające­go na uniwersytecie w Bremie socjologa Zdzisława Krasnodębskiego i krakow­skiego historyka Andrzeja Nowaka. Ten pierwszy jednak odpada z powodów cha­rakterologicznych. Kaczyński przekonał się o tym podczas kampanii europejskiej.
- Krasnodębski wyjeżdżał do Niemiec, przepadał bez wieści i nie odbierał telefonów ze sztabu.
- Takim nastawieniem nie da się kandydować w wyborach prezy­denckich - skomentował podczas jednego ze spotkań prezes.
Z kolei Nowaka nikt nigdy nie brał po­ważnie pod uwagę. Po pierwsze, miał znikomą rozpoznawalność, a po dru­gie, brakowało mu politycznego do­świadczenia. Oznacza to, że podczas rozmowy z Gowinem Kaczyński nie miał nikogo konkretnego na myśli i por­tretował kandydata idealnego, de fac­to nieistniejącego. Na Nowogrodzkiej w ostatnich tygodniach pojawiło się jeszcze nazwisko Zyty Gilowskiej, ale Kaczyński wykluczył jej start nawet w wy­borach samorządowych w Lublinie. - By­łaby świetną kandydatką, ale ze względów zdrowotnych nie możemy jej zaangażować - ocenił niedawno w rozmowie z jednym ze współpracowników.
Kiedy się okazało, że wśród profeso­rów nie ma odpowiedniego kandydata,  zaczęły się poszukiwania w partii. Trwa­ją do dziś. Mówi jeden z polityków zasia­dających w komitecie politycznym PiS:
- Z jednej strony powinien to być ktoś popularny i łubiany przez wyborców, ale z drugiej - pozbawiony ambicji i zaufany. Nie możemy sobie pozwolić na sytuację, w której wpompujemy w czyjąś promocję kilkanaście milionów złotych, a ten ktoś dzień po wyborach odwróci się na pięcie i założy własną partię.
Ze względu na to ostatnie Kaczyński odrzucił możliwość wystawienia przeciw­ko Bronisławowi Komorowskiemu Zbi­gniewa Ziobry czy Jarosława Gowina. Kto w takim razie wchodzi w grę? Politycy, z którymi rozmawialiśmy, najczęściej wy­mieniają kilka tych samych nazwisk: eurodeputowanych Andrzeja Dudę, Janusza Wojciechowskiego (osiąga nadspodzie­wanie dobre rezultaty w wewnętrznych badaniach zamawianych przez partię), posła Krzysztofa Szczerskiego oraz wice­szefa PE Ryszarda Czarneckiego. Część polityków PiS żartuje jednak, że najwięk­szym zwolennikiem kandydatury tego ostatniego jest on sam.
Zresztą, dla wszystkich w partii jest jasne, że żaden z tych polityków nie jest wystarczająco dobrym kandydatem, by gwarantować wejście do drugiej tury.

Bieńkowska w wersji PiS
O ile poszukiwania kandydata na pre­zydenta idą jak po grudzie, o tyle skład ewentualnego rządu, który miałby po­wstać po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych, Kaczyński ma już z grubsza przemyślany. Włącznie z ob­sadą resortów gospodarczych, z którymi mógłby mieć najwięcej problemów.
Z naszych informacji wynika, że Ka­czyński nie zamierza wracać do mode­lu swojego pierwszego rządu, w którym minister finansów był jednocześnie wi­cepremierem. Jego pomysł jest odwrot­ny: minister finansów ma być wyłącznie głównym księgowym gabinetu. Najlepiej, żeby został nim jakiś ekspert spoza partii.
Ważniejsza rola została przewidzia­na dla wicepremiera do spraw gospo­darczych, który mógłby objąć resorty rozwoju regionalnego i gospodarki. To stanowisko także miałby objąć ktoś spoza partii. Mówi polityk z otoczenia szefa PiS:
- Obsada tej części rządu będzie sporą niespodzianką. Kaczyński chce postawić na ekspertów, ludzi z biznesu o rozpozna­walnych nazwiskach, którzy oswoją rynki z jego rządem i pomogą mu wizerunkowo. Jeśli pomysł wypali, to będzie strzał w dziesiątkę.
Podobno kandydatów jest kilku. Na No­wogrodzkiej mówi się, że jednym z nich jest prezes BZ WBK Mateusz Morawiecki. Szefowi PiS podobno zaimponowa­ło, że podczas zeszłorocznej rekonstrukcji odmówił Donaldowi Tuskowi i nie przy­jął stanowiska ministra finansów. Nie jest też tajemnicą, że Morawiecki ma konserwatywne poglądy, a za rządów AWS blisko współpracował z dzisiejszym europosłem Ryszardem Czarneckim.
Jeden z naszych informatorów twierdzi nawet, że Kaczyński jest już z Morawieckim po słowie. On sam dyplomatycznie zaprzecza: - Nigdzie się nie wybieram. Zamierzam dalej prowadzić bank i robić wszystko, aby miał jak najlepsze wyniki i pozycję rynkową.
Nazwisko drugiego kandydata na ra­zie jest tajemnicą. - Ale to też znany czło­wiek z dużego biznesu - zaznacza jeden z polityków PiS.
Wśród osób przymierzanych do sta­nowisk gospodarczych są także kobie­ty. Jedna z nich to Anna Streżyńska, była szefowa Urzędu Komunikacji Elektro­nicznej. Z naszych ustaleń wynika, że jej nazwisko pojawiło się na Nowogrodzkiej dwa miesiące temu w kontekście wniosku PiS o konstruktywne wotum nieufności. Kaczyński za namową Gowina rozwa­żał ją jako kandydatkę na stanowisko pre­miera rządu technicznego, ale ostatecznie zdecydował się na prof Piotra Glińskiego.
Drugą z kandydatek do rządu jest prof. Grażyna Ancyparowicz, ekonomistka z SGH, członek zespołu eksperckiego kierowanego przez prof. Glińskiego i re­gularny gość Telewizji Trwam. - Biorąc pod uwagę jej poglądy gospodarcze, to socjalistka. Kaczyński ją lubi i ceni, po­doba mu się też jej temperament. Jest wyszczekana nie mniej niż Bieńkowska, o której prezes wbrew pozorom ma cał­kiem dobre zdanie. Ancyparowicz byłaby kimś w rodzaju jej następczyni - twierdzi osoba z otoczenia lidera PiS.
Niemal na pewno w rządzie znajdą się też europosłowie Andrzej Duda i Bole­sław Piecha. Pierwszy ma zostać mini­strem sprawiedliwości, a drugi - zdrowia. Kaczyński rozmawiał z nimi o tych funk­cjach już wtedy, gdy oferował im miejsca na listach do europarlamentu. - Zażą­dał deklaracji, że w razie zwycięstwa PiS w 2015 r. zrezygnują z Brukseli, wrócą do Polski i wejdą do jego rządu. Obaj się zgodzili - mówi polityk znający przebieg tych rozmów.

Ziobro na aucie
Powierzenie teki ministra Dudzie ozna­cza, że w rządzie zabraknie miejsca dla Zbigniewa Ziobry. Ten zarzeka się w pry­watnych rozmowach, że po wydzieleniu prokuratury resort sprawiedliwości już go nie interesuje i jedyną funkcją, któ­rą ewentualnie mógłby objąć, jest szef MSW, ale tak naprawdę w rządzie nie chce go sam Kaczyński. - Prezes mu nie ufa. Nie zaproponuje mu niczego - twierdzi polityk z kierownictwa PiS.
Nieco inaczej wygląda sytuacja Jaro­sława Gowina. Sprawa jego przyszło­ści została poruszona podczas kolacji obu polityków. Temat wywołał sam szef Polski Razem. - Pański rząd powinien być autorski. Jeśli w tej koncepcji znaj­dzie się miejsce dla mnie, to dobrze. Je­śli nie, to zrozumiem to i o nic nie będę zabiegać - zaczął Gowin. Po chwili jed­nak dodał: - Wtedy skoncentruję się na wzmacnianiu pozycji Polski Razem. Nie ma problemu.
Jasne, że po takiej deklaracji Kaczyń­ski będzie wolał mieć Gowina przy sobie. Jaki resort mu zaproponuje? Na pewno nie sprawiedliwość - Gowin wie, że to mi­nisterstwo jest już zarezerwowane. W tej sytuacji najchętniej objąłby resort edu­kacji połączony z nauką i szkolnictwem wyższym. Tu na drodze może mu jed­nak stanąć prof. Gliński. Może się więc skończyć na samym MEN lub na resorcie kultury.
- Ta druga opcja mogłaby być nawet korzystniejsza - zaznacza współpracow­nik Gowina. - Jarek nie byłby ministrem do spraw kontaktów z malarzami. Zajął­by się głównie uprawianiem polityki hi­storycznej. Po pierwsze, to jeden z jego koników, a po drugie, to świetna trampo­lina. Konserwatywny elektorat jest bardzo wyczulony na te sprawy i Gowin, któremu marzy się przywództwo na całej prawi­cy, mógłby na tym stanowisku bardzo się wzmocnić.
Teoretycznie Gowin mógłby także wy­startować w wyborach na prezydenta Krakowa - z sondaży wynika, że miał­by szansę na pokonanie Jacka Majchrowskiego. Tyle że na taki scenariusz nie zgadza się Kaczyński. Powiedział o tym Gowinowi wprost: - Chcę, żeby został pan w polityce krajowej.
Polityk z kierownictwa PiS śmieje się: - Gdyby Gowin miał gorsze sondaże, to prezes sam namawiałby go do startu.

Macierewicz, pewny punkt rządu
Rozstrzygnięta wydaje się już także kwe­stia obsady MSZ i ministerstwa in­frastruktury. To pierwsze stanowisko najprawdopodobniej przypadnie posło­wi Krzysztofowi Szczerskiemu. Szans na tekę nie mają ani Witold Waszczykowski, ani Paweł Kowal, ani Anna Fotyga. Tego pierwszego Kaczyński szanuje za wiedzę i rozeznanie w polityce między­narodowej, ale nisko ocenia jego kompe­tencje polityczne. Z kolei Kowal jako szef MSZ mógłby wyrosnąć na gwiazdę rządu i Kaczyński nie tylko nie zamierza powie­rzać mu żadnej istotnej funkcji, ale też konsekwentnie postponuje go podczas zamkniętych spotkań. Nominacja Fotygi jest wykluczona ze względów wizerunko­wych - Kaczyński wie, że powtórne po­wierzenie jej MSZ ściągnęłoby kłopoty na cały rząd.
Za budowę dróg w gabinecie PiS naj­prawdopodobniej będzie odpowiadać poseł Andrzej Adamczyk. Kaczyński jakiś czas temu postawił mu jednak waru­nek: jeśli myśli o rządowej karierze, musi nadrobić braki i skończyć studia. Adam­czyk kilka miesięcy temu uzyskał dyplom z analizy finansowej przedsiębiorstw. Pre­zes PiS musi być w tej sprawie na bieżąco informowany, bo niedawno poprawił jednego z polityków PiS, który wypo­mniał Adamczykowi brak wykształcenia: - A nie. Andrzej już zrobił licencjat.
Największy problem Kaczyński może mieć z obsadą resortów siłowych. Nie jest tajemnicą, że funkcję ministra obro­ny chciałby objąć Antoni Macierewicz, ale prezes PiS wielokrotnie deklarował w rozmowach ze współpracownikami, że tego stanowiska mu nie da. Niewykluczo­ne, że powierzy mu funkcję koordynatora ds. służb specjalnych. Wariant, w którym Macierewicz, wiceprezes partii, pozosta­nie poza rządem, jest wykluczony.
Nie wiadomo też, kto miałby zostać ministrem spraw wewnętrznych. W tym kontekście wymienia się głównie trzy na­zwiska: Jarosława Zielińskiego, byłego szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego Mariusza Kamińskiego i Joachima Brudzińskiego.
Nie wiadomo także, jaką propozycję dostanie Adam Hofman, który po kam­panii do europarlamentu popadł u preze­sa w niełaskę. Kaczyński zapewne mógłby mu zaproponować objęcie ministerstwa sportu lub któreś ze stanowisk w Kan­celarii Premiera, ale - jak słychać wśród posłów - ambicje rzecznika PiS sięga­ją wyżej. - Na pewno trzeba będzie go czymś zająć. Lepiej zarzucić go pracą, niż pozwolić mu bruździć - ocenia jeden z posłów PiS.

Od ściany do ściany
Jesień 2005 roku. W biurze przy Nowo­grodzkiej za chwilę ma się zacząć kon­ferencja prasowa, na której Jarosław Kaczyński ogłosi, kto zostanie premie­rem w rządzie PiS. Dziennikarze od kilku godzin czekają w sali konferencyjnej, ale scena jest wciąż pusta.
Piętro niżej Kaczyński w swoim małym gabinecie naradza się z grupą współpra­cowników. Padają kolejne nazwiska. Zbi­gniew Ziobro, Ludwik Dorn, Zbigniew Wassermann. A może jednak sam Ka­czyński? W ostatniej chwili wybór pada na mało znanego posła z Gorzowa Wiel­kopolskiego Kazimierza Marcinkiewicza.
Polityk, który brał udział w tych roz­mowach: - Decyzja, że premierem zosta­je Kazik, zapadła dosłownie kilkanaście minut przed wyjściem na konferencję. To cały Kaczyński. Wbrew wizerunko­wi pewnego swoich racji lidera miota się od ściany do ściany. Z kandydatem na prezydenta i składem rządu może być tak samo. Dziś ma w głowie gotowe decy­zje, a za miesiąc może wszystko wywrócić do góry nogami. Bo ktoś krzywo spoj­rzy, nie wyjmie rąk z kieszeni w rozmo­wie z kobietą albo padnie ofiarą donosu. Dopóki kandydat na prezydenta czy skład rządu nie zostaną oficjalnie przedstawie­ni, możliwe jest prawie wszystko. Nie znam drugiego równie chwiejnego polity­ka co Kaczyński.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz