PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 14 sierpnia 2014

Miejsce kultu nienawiści



Mieć na swojej ziemi kapliczkę czy krzyż to skaranie boskie. Łatwo zostać wrogiem publicznym, a obrońcy krzyża z życia zrobią piekło.

MAŁGORZATA ŚWIĘCHOWICZ, RAFAŁ GĘBURA

W Drobinie wojna toczy się na przecięciu ulicy Sierpeckiej z drogą na Koziebrody, pod gli­nianą kapliczką pomalowaną z jednej stro­ny na niebiesko, z drugiej na biało. Za szybką figurka Maryi. Ludzie, jak to na froncie, nieufni. Przyszli pod kapliczkę, długo oglądają legitymację dziennikar­ską, czy aby nie podrobiona, dzwonią na­wet gdzieś, by się upewnić, czy redakcja „Newsweeka” naprawdę mieści się przy Domaniewskiej w Warszawie, jak to wi­dzą w dokumencie. Trzeba być czujnym. Oni tu pilnują kapliczki z pełnym odda­niem. Mówią: Społeczeństwo ją wy remon­towało. Jest oświetlona nawet w nocy, choć to, że jest wbity słup elektryczny i prąd pociągnięty, tamtemu się nie podoba.
Tamten, czyli Krzysztof Sadowski, który wraz z żoną odziedziczył działkę z kaplicz­ką, zarzuca im samowolkę. W ogóle ma żal, że ludzie pod figurką czują się jak u siebie. Oni z kolei mają pretensje do niego, że robi, co chce. Zgłosili policji, że uszkodził kwiaty doniczkowe, które postawili przy kapliczce. Policja nad tym pracuje.
Pracują też kamery, dwie. Jedna omiata kapliczkę swoim okiem z wysokości drze­wa, draga z szopy. Ludzie narzekają: chce nas tymi kamerami od kapliczki odstra­szyć. Mówił, że nie pozwoli, by przy jego posesji stare baby miauczały - skarżą się na Sadowskiego. Zapowiada, że postawi płot, ponoć z furtką. Nie mogą na to pozwolić. Absolutnie. Jeśli ogrodzi Matkę Boską, to czy da komuś klucz do furtki?
Między sobą mówią, że może trzeba bę­dzie worek uszykować, zabić, do Włocław­ka na tamę wywieźć i koniec, ha, ha, ha. Taki żart. Gdyby jednak jakoś ten człowiek zniknął, to można by było odetchnąć, woj­na o kapliczkę by się skończyła.
Sadowski przedstawia własną wersję. Już raz - twierdzi - uciekał z obawy, że go zlinczują. Było groźnie, tłum się zebrał pod kapliczką, coś tam krzyczał. Kiedy wsiadł do samochodu, ktoś stanął przed maską i gdyby się ostatecznie nie usunął, kto wie, czy Sadowski by go nie rozjechał. Jest pe­wien, że każdy sąd by to uznał za działanie w stanie wyższej konieczności.
- Dochodziło już do sytuacji, kiedy figur­kę musiała osłaniać policja - mówi ze smut­kiem Sławomir Wiśniewski, burmistrz Drobina. - Miejsce kultu religijnego stało się miejscem nienawiści, złości, krzyku.
Nie pierwszy to przypadek w Polsce.

Kaplica w ogródku
Złożeniec koło Zawiercia, jedna uliczka, ze sto domów. Ilona Gajewska, szczup­ła 32-latka, mieszka w tym za kaplicą. Boi się wychodzić i boi rozmawiać. Raz przy kaplicy została pobita do utraty przytom­ności, więc teraz kontaktuje się z innymi głównie przez adwokata. Wolałaby mieć spokojniejsze życie i inny widok za oknem, ale co zrobić.
Kaplica stoi zaledwie kilka metrów od domu - szara bryła z krzyżami, jeden nad wejściem, drugi przy nim. Zaczęło się od tego, że w ubiegłym wieku babcia Ilony Gajewskiej (bardzo wierząca) postawiła na działce małą kapliczkę, później ojciec (bar­dzo wierzący) rozbudował ją, bo żal było patrzeć, jak na modlących się ludzi deszcz pada. To miało być tymczasowe rozwią­zanie, dopóki w Złożeńcu nie powstanie kościół. Dotąd nie powstał. Za to pojawi­ły się pomysły, żeby kaplicę, do której teraz wchodzi i 60 osób - rozbudować jeszcze bardziej. Gajewscy nie mieliby już nawet wjazdu pod dom. Nie zgodzili się. I odtąd mają piekło, nie życie.
- Kaplica stoi w naszym ogródku, jest naszą własnością - podkreśla Ilona Gajew­ski. Ale czuje, że nikogo we wsi nie obcho­dził akt własności gruntu.
Parafia próbowała przejąć kaplicę wraz z ziemią, uznając, że jej się należy przez zasiedzenie. Sprawa oparła się o sąd, Gajewscy wygrali. Ale od tego wcale im się tu lepiej nie żyje. Wręcz odwrotnie. Atmosfera tak się popsuła, że chcieli się wyprowadzić, dali ogłoszenie: „Do sprze­dania gospodarstwo rolne na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej, w skład któ­rego wchodzi kaplica, budynek mieszkalny, zabudowania gospodarcze”. Chętny się nie znalazł.
Marta Szemro, która mieszka we wsi Marysin (gmina Rejowiec, powiat chełm­ski), kupiła dom z działką obejmującą przydrożną kapliczkę. Widzi, jaki to kło­pot. Ludziom się wydaje, że to ich teren, przychodzą pod kapliczkę, zdobią, jak chcą, stoją, śpiewają.
- To wszystko jest takie na pokaz. Poza tym dawniej były tu tylko nabożeństwa majowe, ale teraz to i czerwcowe, lipcowe, sierpniowe - kręci głową Szemro. - Nie za­braniam, nigdy nie przerwałam modlitw, ale dość mam już godzenia się na to, by kto chce wchodził tu bez pytania, na ogół jeszcze z pretensjami.
Jest radną, ludzie mają prawo oczekiwać od niej społecznikowskiej postawy. A jej postawa się chwieje, ostatnio ogrodziła kapliczkę taśmą, zapowiada, że nie każ­dego będzie wpuszczać. Naprawdę trudno jest patrzeć - tłumaczy - jak na twoją pose­sję przychodzi modlić się ktoś, kto właśnie wysłał na ciebie donos. A na Martę Szem­ro stale są jakieś donosy: że może sobie na lewo załatwiła przyłącze wodociągowe, że ukrywa majątek. - Do urzędu kontroli skarbowej jeździłam chyba z siedem razy, tak zostałam przetrzepana - narzeka.

Poświęcone jak zaczarowane
- Sytuacja jest idiotyczna, naprawdę - wzdycha Sadowski, który odziedziczył w Drobinie nieruchomość wraz z kaplicz­ką. - Ufundowała ją prababcia mojej żony, gdy jej mąż zginął w fabryce stali - mówi. Jest akurat za granicą. Gdy tylko przyjeż­dża do Drobina, to w ludziach zaraz ner­wowość: a po co podchodzi do kapliczki, czego szuka, może chce zburzyć?
Zapewnia, że burzyć nie zamierza. Tyl­ko zaaranżować po swojemu - postawić taki płot, jaki mu się podoba, bramkę zro­bić w miejscu, które - jego zdaniem - bę­dzie najlepsze. - Ale im to nie odpowiada. Nie szanują cudzej własności. Chcą z niej korzystać po swojemu.
- To, co jest trwale związane z grun­tem, jest tego, kto jest właścicielem grun­tu. To podstawowa zasada prawa cywilnego - mówi dr Paweł Borecld z Katedry Pra­wa Wyznaniowego UW Właściciel może więc robić użytek z własności. Nawet je­śli to krzyż czy kapliczka. - To nie jest tabu, którego nie można dotknąć, przenieść, ro­zebrać tylko dlatego, że ktoś to kiedyś postawił i zostało poświęcone. W Polsce jednak wielu podchodzi do tego fatalistycznie, sko­ro poświęcone, to jakby zaczarowane.
Ilona Gajewska ze Złożeńca zabiega o to, by mogła kaplicę, którą ma przed do­mem, mogła rozebrać. Halina K. z Cudkowa niedaleko Koniecpola ścięła niedawno 4,5-metrowy metalowy krzyż, który miała na działce (już nie mogła słuchać, jak są­siadki w kółko pod nim śpiewają). Prosi­ła, żeby ktoś ten krzyż z jej działki zabrał - nie było chętnych. Upiłowała. To zaczęto ją straszyć prokuratorem.

Nasza szamańskość
Trudno oszacować, ile mamy w Polsce krzyży i kapliczek. Czasami jakiś pasjonat w swoim regionie zacznie je zliczać, opi­sywać, fotografować. Ireneusz Gregowski, muzyk, jeździ tak po Kujawach i w samym powiecie inowrocławskim skatalogował ponad 400 przydrożnych (a jeszcze są prze­cież przykościelne, przycmentarne). Z kolei dr Stanisław Kupijaniuk, historyk i foto­grafik, który przez 12 lat badał, jak to jest na Warmii - udokumentował 1370 kapliczek. Do tego - szacuje - stoi jeszcze 1500 krzyży.
Dokumentowanie wymaga cierpliwo­ści, odwagi. Oczywiście zdarza się natknąć na ludzi miłych, znających historię figurki, do której się modlą. Ale bywają i tacy, któ­rzy spuszczają psy z łańcucha, bronią ka­pliczki przed obcym. - Tacy nawet jednego zdjęcia nie pozwolą zrobić - tłumaczy ba­dacz. - O - mówią - przyjechał kamerować albo kraść.
- Dla ludzi bardzo religijnych kapliczka to symbol najgłębszych wartości, w które wierzą. Towarzyszy im obawa, że jeśli coś by się z tym symbolem stało, ich wartości zostaną naruszone - tłumaczy dr Rafał Ja­ros, psycholog społeczny, który na blogu w portalu NaTemat analizuje m.in. relacje państwo - Kościół. - Mamy w przestrzeni publicznej wyjątkowo dużo symboli reli­gijnych. Nigdzie na świecie w takim natło­ku ich nie widziałem.
Do kapliczek postawionych dawniej do­stawia się nowe. - W mojej parafii sta­nęły dwie, mają chronić parafian przed burzami, wichurami i resztą klęsk elemen­tarnych - mówi dr Borecki. - Ta powszech­ność krzyży, kapliczek jest przejawem pobożności ludowej, może nawet takiego podejścia szamańskiego, że jak się posta­wi, to się będzie miało ochronę. Dla nie­których może być to również rodzaj zajęcia terenu, pokazania, że ta przestrzeń pub­liczna należy do nas - mówi dr Borecki.

Komitet kapliczkowy
Ludzie w Drobinie założyli komitet obro­ny kapliczki. Wiele wiedzą o jej histo­rii. Na przykład, że panowała tu straszna cholera, a gdy stanęła figurka, choroba się oddaliła. W Dzień Matki przychodzą tu do Maryi. W maju wiadomo, nabożeń­stwa majowe. Gdy we wrześniu idzie piel­grzymka do sanktuarium w niedalekich Koziebrodach, to przed kapliczką się ją żegna, a po powrocie wita. Burmistrz, żeby dać ludziom pewność dostępu do kapliczki, wydzierżawił od właściciela 20 metrów terenu. Sądził, że ludzi to uspokoi. A skąd! Mają pretensje, że za dużo zapłacił za dzierżawę. Podjęto zabiegi o wpisanie kapliczki do rejestru za­bytków, żeby właścicielowi odebrać możli­wość jej przeniesienia czy rozebrania.
W płockiej delegaturze Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków nie mają spo­koju. Wciąż skargi z Drobina, ponagle­nia. - Dostaję telefony od mieszkańców, że posadzili bratki, a właściciel działki im je wysadził i mam natychmiast przyjechać. Trzeba wyjaśniać, czy zniknięcie rabatki zniszczyło kapliczkę - mówi Ewa Jaszczak, która kieruje delegaturą. Jeździła, próbo­wała łagodzić nastroje w Drobinie, ale efek­tu żadnego. No, może taki, że teraz i na nią są skargi - do ministra, do prokuratury.
- Kapliczka przestała już być miejscem kultu, jest miejscem nienawiści - Ewa Jasz­czak mówi mniej więcej to samo co bur­mistrz. Zastanawiają, jak tam ludzie - przy tej nienawiści - mogą się w ogóle modlić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz