PiS - konstytucja 2010.pdf

piątek, 8 sierpnia 2014

Zbiór rasowych psów



W „Pitbullu” niewiele jest sytuacji, które nie są 1:1. Zobaczyłem je wcześniej, robiąc „Prawdziwe psy”. Paradoks polegał na tym, że gdybym pokazał to w dokumencie, wszyscy ci policjanci poszliby siedzieć – mówi reżyser PATRYK VEGA.

Izabela Smolińska

Do wydziału zabójstw Patryk Vega trafił przypadkiem. Chciał zdokumentować element scenariusza do filmu, który zresztą nigdy nie powstał. Koleżanka jego matki była kochanką jednego z policjantów. Umówiła go na spotkanie w komendzie. Przyszedł i od razu stwierdził, że to o tych chłopakach chce zrobić film. Został z nimi kilka lat. Najpierw nakręcił dokumentalne „Prawdziwe psy”, potem, na ich podstawie, serial i film fabularny „Pitbull”. Na komendzie poznał Sławomira Opalę. To właśnie on był pierwowzorem filmowego Despera, czyli komisarza Sławka Desperskiego, i narratorem „Prawdziwych psów” Chociaż kiedy te wchodziły na ekrany, Opala nie pracował już w policji. Wyrzucony za awanturę domową, w której ranna została jego dziewczyna. Ostatecznie, w 2011 r., trafił do więzienia, oskarżony m.in. o powiązania ze światem przestępczym. W nocy z 26 na 27 lipca Sławomir Opala popełnił samobój­stwo. Powiesił się w domu swoich rodziców.

Zaskoczyła cię śmierć Sławka Opali?
Nie. Pamiętam, jak kiedyś wyjął pocisk z portfela i powiedział, że to pamiątka po tym, jak chciał się zabić. Nie wyszło, bo spłonka w pocisku nie odpaliła. Wtedy myślałem, że to taki Sławkowy mit. Teraz myślę, że było inaczej. On o swoim samobójstwie mówił od czasu „Prawdziwych psów”. To więc trochę bardziej było pytanie, „kiedy” a nie „czy” to nastąpi.

Ilu samobójców poznałeś w policji?
Nie liczę. Ale tych historii jest dużo. Pamię­tam kobietę, która strzeliła sobie w głowę w służbowym samochodzie. I ostatnie, co robiła przed śmiercią, to otwarcie bocznej szyby w aucie, żeby wystrzał nie uszkodził służbowego mienia. To wydaje się grote­skowe, ale pokazuje, jak policja jest w nich wdrukowana do samego końca.

Chodzisz na pogrzeby policjantów?
Chodzę.

Stojąc nad trumną, zastanawiasz się, kto będzie następny?
Teraz już mniej, bo jestem od tej policji dalej niż kilka lat temu. Przyjaźnię się z czterema policjantami, z którymi regularnie się spotykamy..

I pijecie...
Ja już nie piję, więc zamawiam tylko herbatę.

Ale piłeś z nimi
Tak.

Żeby ci zaufali?
Bez wódki trudno byłoby się z nimi tak zakumplować. Jak robiłem „Prawdziwe psy” i „Pitbulla”, byłem młodym chłopa­kiem. Bardziej niż na nagraniach zależało mi, żeby uczestniczyć w ekstremalnych wydarzeniach. To była niesamowita adrenalina, ogromna dawka emocji. Nagle wskoczyłem w świat, który dla faceta jest totalnie podniecający i ekscytujący.
Jak zaliczyłem z policjantami strzelaninę w Radomiu, dostałem takiego strzału adrenaliny, że nigdy nie podejrzewałem, że ktoś taki w ogóle we mnie egzystuje. To była reakcja chemiczna. Gdybym dorwał wtedy tego bandytę, który strzelał, po prostu bym go zabił. Ale w policjantach było to samo. Pamiętam dziewczynę z sekcji operacyjnej, która pojechała na tę akcję w szpilkach. Kiedy napastnik leżał już obezwładniony na ziemi, ona podbiegła i w emocjach kopnęła go w głowę, wbijając mu w czoło tę szpilkę.

Długo trwało, zanim zaczęli traktować cię jak swojego?
Dopiero po pół roku przestali zwracać uwagę na kamerę. Na początku w ogóle nie chcieli współpracować. Uciekali nam samochodem, wyłączali mikroporty. Ale ja konsekwentnie przychodziłem z nimi rano do roboty, wychodziłem wieczorem i sze­dłem pić. Bywałem w ich domach. W końcu jakoś mi zaufali.

I zaprzyjaźnili się. Odwiedzałeś Opalę w więzieniu?
On nie chciał się z nikim widzieć. Ani z rodziną, ani z przyjaciółmi. Rozumiem to, bo takie odwiedziny są rozwalające, gdyż przypominają o wolności. Miałem z nim stały kontakt za pośrednictwem jego adwokata. Sławek przesiedział ponad dwa lata na „N-ce” [cela dla niebezpiecznych skazanych - red.], tylko raz dziennie widu­jąc „gada” [klawisza]. Jego relacje w życiu na wolności trochę się posypały. Kiedy wyszedł, okazało się, że przyjaciele znaleźli się już w zupełnie innym miejscu.

Koledzy z byłego wydziału zabójstw?
Spoza. Sławek miał kilku kolegów też poza policją. Generalnie nie ma byłych poli­cjantów, bo psem jest się przez całe życie. Tak było w przypadku Sławka i innych z wydziału zabójstw. Właśnie dlatego nie wierzę w sprzedajność Sławka. Policjanci z tego wydziału to była elita. Oni nie brali łapówek. Ludzie się śmieją, nie wierzą, ale
oni naprawdę nie brali. Nie dlatego że byli megaświęci czy mieli ponadprzeciętny moralny kręgosłup. Tylko z lęku.

Że ich złapią? Że wyrzucą z policji?
W tamtych latach nie można było iść do psychologa, bo to by było źle widziane.
Nie było siłowni, gdzie policjant mógłby pójść się wyżyć, boiska do kosza, na którym mógłby się wybiegać i zresetować. Bez wentyli bezpieczeństwa oficerowie nie byli w stanie odciąć się od pracy. Wyobraź sobie: idziesz na zdarzenie z wypatroszoną kobietą czy zwłokami dziecka, a za chwilę masz wrócić do domu i zająć się wieszaniem firanek. Nie jesteś w stanie. Odklejasz się od normalnego życia. Tracisz bliskich, rodzinę. Na odstresowanie masz tylko alkohol. Mówiło się o tym wydziale zabójstw, że ośmiu na dziesięciu policjantów to alkoholicy i rozwodnicy z dwójką dzieci i psem, który nie aportuje. Ci policjanci w pewnym momencie orientowali się, że nie mieli nic poza wydziałem. Że dla niego poświęcili wszystko. Nie brali łapówek, bo bali się, że jeśli straciliby pracę, straciliby siebie.

Łapówek nie brali, ale łamali prawo.
Cała instrukcja operacyjna sprowadza się do tego, że nieustannie poruszasz się na granicy prawa, ta granica jest płynna i tylko od twojej oceny sytuacji zależy, czy ją przekraczasz, czy nie. Z zewnątrz wiele rzeczy wygląda inaczej niż od środka. Za czasów „Prawdzi­wych psów” byłem świadkiem, jak Sławek spotkał się w knajpie z jednym ze znanych gangsterów, żeby pogadać o sprawie. Ten gangster zaproponował, żeby porozma­wiali przy wódce. Po wszystkim Opala mi powiedział: „Widzisz, przyszedłem z bandziorkiem pogadać o sprawie, ale gdybyś sfotografował nas z boku, to wyglądałoby, że policjant przyjaźni się z gangsterem”

Opala trochę się jednak przyjaźnił. W „Pitbullu” Despero wchodzi w relację z informatorem.
To autentyk. Sławek miał informatora gang­stera, właśnie „Kwadrata” który najprawdopodobniej był gejem i się w nim zakochał. I rzeczywiście dał mu w prezencie buty, kowbojki, które w serialu dostaje Despero. Zresztą prawdziwy „Kwadrat” skończył jak ten na ekranie, zabity przez ludzi z miasta.

W „Pitbullu” jest też scena, jak chłopaki, nie mogąc udowodnić bandycie prze­stępstwa, podrzucają mu narkotyki. To też autentyk?
Odpowiem tak: w „Pitbullu” bardzo niewiele jest sytuacji, które nie są 1:1. Zo­baczyłem je wcześniej, robiąc „Prawdziwe psy”. Paradoks polegał na tym, że gdybym pokazał to w dokumencie, wszyscy ci poli­cjanci poszliby siedzieć. Dopiero „Pitbull”, jako fabuła, pozwolił mi zrobić coś bardziej realistycznego.

1 przerażającego.
To, co i jak robili policjanci, było dyskusyjne pod względem etycznym. Z drugiej strony wyobraź sobie: wiedzieli na sto procent, że mają przestępcę. Mieli wiedzę operacyjną, ale nie byli w stanie przełożyć jej na proces. Więc co im zostawało? Zadawali pytanie, czy taki człowiek powinien być na wolności, czy jednak ponieść konsekwencje swoich działań.

To trochę zabawa w szeryfów. Stróż prawa wyznaczający prawo.
Może i łamiesz jakąś granicę i zaczynasz się bawić w ostatniego sprawiedliwego. Ale skoro
nie możesz tego zrobić inaczej ?

Chroniłeś ich?
Byłem wobec nich lojalny. Zaufali mi, więc grałem z nimi do jednej bramki. Nagrałem rzeczy, które nie mogły nigdy wyciec na zewnątrz. Skasowałem całą masę materiałów. Nie chciałem nawet, żeby leżały w montażowni, bo mogły wpaść w niepowołane ręce.

I nie przeszkadzało ci to?
W tamtych latach było przyzwolenie i sądów, i prokuratury na radykalne działania wydziałów, które walczyły z najgorszą kategorią przestępców. Pamiętam jednego z zatrzymanych, który w sądzie powiedział, że był przypalany i rażony prądem. Co sędzia skomentowała krótko: już nie bądź pan taki Kmicic.

Czyli scena z „Pitbulla” pokazująca roz­bieranie podejrzanego do naga, przy­kuwanie do kaloryfera i rażenie prądem jest prawdziwa?
Ta akurat jest dość lajtowa.

Dzisiaj by nie przeszła. Tak jak słyn­ne przesłuchanie przez policjantów praskiej alkoholiczki, które pokazujesz w „Prawdziwych psach”.
To przesłuchanie, które jest w internecie, jest totalnie ocenzurowane. Zobaczyliście z pięć procent tego, co było naprawdę.

A było...?
Nieważne, co było. Było na to przyzwolenie, które wynikało z kilku czynników. Po pierwsze, po 1989 r. wyrzucono z roboty prawie wszystkich fachowców z milicji. Dawniej na jednego nowicjusza przypadało siedmiu starych, którzy go prowadzili.
W1990 r. wpuścili do policji dzieciaki, które nie miały żadnej wiedzy. Nie miał ich kto uczyć. Między innymi to doprowadziło w latach 90. do rozkwitu przestępczości na wielką skalę. Potrzeba było kilku lat, żeby wyspecjalizowała się nowa kadra fachow­ców. A jednocześnie trzeba było robić bar­dzo poważne sprawy: morderstwo w Kredyt Banku, utopienie Michałka, zabójstwo Dębskiego. Były presja i przyzwolenie na stosowanie radykalnych metod.

Opowiadasz o klinczu, w jakim znaleźli się ci policjanci. Albo masz robotę, która cię niszczy, albo nie masz nic.
Może dlatego policjanci z wydziału zabójstw mówili o sobie, że są ostatnimi żyjącymi romantykami.

Niektórzy mówią, że Opali zaszkodziło właśnie to myślenie. Zwłaszcza po filmie, serialu. Poczuł się bohaterem.
On zawsze taki był. Dlatego miał ksywę Legenda. Przy czym nie była to ksywa gloryfikująca, raczej przejaw zazdrości tych, którym nie podobało się, że był pistoletem. Sławek lubił koloryzować rzeczywistość. Był gościem, który najpierw komuś dawał w ryj, a później zastanawiał się, czy słusznie postąpił. Zaliczył rok banicji za pobicie przełożonego. Był tego typu gościem. Ale też nie był specjalnym ewenementem.
W wydziałach operacyjnych funkcjonowała specyficzna galeria oryginałów, którzy mieli wiarę, misję, wartości, i to powodowało, że dawali radę. I wszystkich cechował brak litości dla zabójców. Nie było żadnego zmi­łuj się czy próby zrozumienia motywacji. Kiedy ktoś popełniał morderstwo, dla nich nie liczyło się, czy był to bandzior, czy żona maltretowana przez męża. Zabójstwo było zabójstwem. Czasem pytałem, czy nie rusza ich, że nad tą żoną mąż się znęcał, bił ją, gwałcił. Oni nie widzieli żadnych okoliczności łagodzących. Uważali, że mogła przyjść do nich i zgłosić sprawę, ale nie musiała go zabijać.

Upraszczali?
Tak. Jedyny element ludzkich emocji, który sobie zostawiali, to dzieci. Przy Michałku z Wisły płakali wszyscy. Te kobiety, które tam pracowały - myślałem, że rozszarpią matkę, a faceci ojczyma i jego kumpla.

Inne emocje zapijali. Jak rozwiązali sprawę, pili. Jak nie rozwiązali też?
Ja podczas „Prawdziwych psów” i „Taśm grozy” piłem w zasadzie cały czas. Zaczy­nałem o siódmej rano przed wyjazdem na akcję, a potem był nieustanny ciąg. I to nie było wypicie lufy, tylko ilości typu trzy litry na czterech.

Teraz policjanci piją chyba mniej. A me­tody? Zmieniły się?
Na pewno jest większy kontroling. Kiedy robiłem „Prawdziwe psy”, na korytarzach nie było kamer. Po tej komendzie chodzi­łem jak po mieszkaniu. Wnosiłem torby wódki. Przypinanie ludzi do rur od kalo­ryferów, ganianie z nagimi zatrzymanymi nie robiły na nikim wrażenia. Teraz jest inaczej, co pokazuje chociażby incydent z policjantami, którzy napili się po służbie w czasie wizyty Obamy w Polsce. Ponieśli za to konsekwencje.

To ucywilizowało policję?
W jakimś sensie tak. Kontroling jest potrzebny, bo inaczej prowadzi to do patologii. Ale to, jak działa, zostawia wiele do życzenia. To chore, że wystar­czy, żeby jakiś „nawrócony” przestępca złożył zeznania obciążające przeciwko policjantowi, jak w przypadku Wróbla i Masy...

Czy Opali i Brody.
.. .czy Opali i Brody, i ten policjant od razu jest traktowany jak przestępca. Nikt nie ocenia tego racjonalnie, nie zbiera twardych dowodów, nie weryfikuje, tylko wierzy jakiemuś frajerowi, który może się odgrywać bez konsekwencji na poli­cjancie, który kiedyś zalazł mu za skórę. Instytucja świadka koronnego jest w Pol­sce skompromitowana. Kiedy jest jakiś gruby temat, na którego przeforsowaniu zależy prokuraturze, wszystko, co ten koronny mówi, przyjmują bezkrytycznie. Bo wytknięcie jakiegokolwiek kłamstwa podważyłoby całość jego zeznań. Więc się w te jego kłamstwa brnie. Zresztą tak jest nie tylko w przypadku koronnych. Moi policjanci mieli postępowania dyscypli­narne, bo jakiś przestępca, który był ich informatorem, zatrzymany w zupełnie innej sprawie, miał ich numer w telefonie. Od razu zaczynało się dochodzenie wewnętrzne, czy aby to nie jest policjant w strukturach mafii. I zaczynało się napiętnowanie. To idiotyczne, bo żaden operacyjny nie mógłby działać bez kon­taktów z „miastem”. I każdy to wie.

Oni z tym „miastem” ciągle romansowa­li. Jak szli odreagować, to do burdeli.
To było zupełnie normalne. Też jeździłem z tymi policjantami na imprezy do agencji towarzyskich.

Czuli się tam swobodnie?
Dziewczyny oddawały im się za darmo, bo zwykle ukrywały narkotyki czy inne fanty, więc żeby to nie wyszło, szły z nimi do łóżka bez kasy. Przy okazji mogli też zawinąć jakichś przestępców, których spotykali na dzień dobry. Te wizyty były wręcz uzasad­nione służbowo (śmiech). To, że Sławek związał się z właścicielką agencji, nie jest w tej sytuacji niczym wyjątkowym. Jeden z moich policjantów związał się z miastową dziewczyną, która była narzeczoną znanego gangstera. Są razem do dzisiaj, wzięli ślub, tworzą bardzo szczęśliwy związek. I on dalej pracuje w policji. Przez to, że ich światy się ze sobą stykały, żona toleruje zachowania męża policjanta i wytrzymuje jego pracę.

Wszystko, co widziałeś, było na serio?
Tak, choć było w policji wiele sytuacji zabawnych. Pamiętam wjazd do wietnam­skiego burdelu. W osiedlu Za Żelazną Bramą po prostu złapali pierwszego lepszego Wiet­namczyka, który szedł ulicą, przystawili mu pistolet do głowy i kazali pukać do drzwi, bo w burdelu otwierali tylko Wietnamczykom. Po czym na jego plecach wjechali do mieszkania. W środku była bardzo gruba prostytutka i mnóstwo Wietnamczyków poukrywanych w rzeczach, o których nigdy byś nie pomyślała. W jakichś mikroszafkach, w łóżkach, fotelach, we wszystkim.

A prywatne wyskoki po godzinach?
Było tego multum. Raz byliśmy ze Sławkiem w agencji służbowym samo - chodem. I Sławek pokłócił się z jednym z policjantów, z którym wracałem, więc dla jaj zgłosił w SSK [Stołeczne Stanowisko Kierowania, sekcja w Komendzie Stołecznej Policji - red.] kradzież tego wozu. W efekcie musieliśmy porzucić go przy drodze i wracać z buta, żeby nie wyjęła nas z niego jednostka bojowa. Policjanci mieli różne dziwne sposoby na odstresowanie się od bagna, w którym siedzieli na co dzień.

I rzeczywiście byli tacy twardzi?
Byli. To był zbiór rasowych psów. Nie wiem, czy wszyscy mieli do tego predyspozycje od początku. Bo chyba nie każdy rodzi się psem. To raczej był proces, który postępował przez lata. Robił z nich najtwardszych policjantów i jednocześnie łamał.

ŹRÓDŁO

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz