PiS - konstytucja 2010.pdf

niedziela, 10 sierpnia 2014

Tu nie będzie rewolucji


Nawet idąc po władzę, Kaczyński nie może sobie pozwolić na wskrzeszenie idei IV RP. Bo ta droga prowadzi wprost w objęcia Putina. Jasno pokazał to przykład Viktora Orbana.

RAFAŁ KALUKIN

Ostatnie sondaże zwiastują powrót PiS, po latach jałowej sza­motaniny znów sposobiącego się do zdobycia władzy. W obozie Jaro­sława Kaczyńskiego powracają więc tony triumfalizmu, ale brzmią inaczej niż deka­dę temu - gdy wykuwał się projekt IV RP.
Tamtego Kaczyńskiego już nie ma. Jak­by uleciały z prezesa dawna moc, rozmach, wiara we własne możliwości sprawcze, dzięki którym utopijny przecież program IV RP rysował się tak sugestywnie.
Nie było chyba w wolnej Polsce poli­tyka, który miałby takie ambicje, jak on wówczas. Nie było polityka, który wbrew ograniczeniom ustrojowym i politycz­nym rysowałby tak zuchwały plan. Który miałby odwagę ogłosić, że idzie po wła­dzę po to, aby uchwalić nową konstytucję i otworzyć nowy rozdział polskiej pań­stwowości. I to mając za realnych sojusz­ników jedynie brata bliźniaka i wąską, kadrową partię, cieszącą się w tamtym czasie poparciem mniej więcej 20 pro­cent wyborców.
Dziś Kaczyński - dobijający do 40-pro- centowego poparcia - nadal jest cieniem samego siebie. Tak jakby przeczuwał, że choć władza leży niemal w zasięgu ręki i może dana mu będzie szansa wyrówna­nia politycznych rachunków, to na reali­zację dawnych ambicji nie ma już jednak szans.

Odszedł: wódz, przyszedł wódz
Zresztą już próba realizacji projektu IV RP w latach 2005-2007, choć wywo­łała panikę większo­ści polskich elit, była parodią wcześniej­szych zapowiedzi.
Nigdy pewnie się nie dowiemy, czy sam Kaczyński traktował je po­ważnie. A może od początku był po pro­stu wielkim iluzjoni­stą, hipnotyzującym Polaków rozma­chem swej wizji, a tak naprawdę interesowała go tylko polityczna rozgrywka i władza jako taka?
Szukał sposobów na jej wzmocnienie. Sposobów przebijających swą brutal­nością wszystko, co wcześ­niej obecne było w polskiej polityce - eskalujących ko­lejne konflikty i gwałcących ustalone reguły tak dalece, że po dwóch latach Polacy mieli już dość takiej sanacji. Zresztą po uchwaleniu kluczo­wych punktów projektu PiS - likwidacji WSI, powołaniu CBA i szerokiej lustra­cji - Jarosław Kaczyński sprawiał wra­żenie, jakby nie wiedział, co robić dalej. Jakby skończył mu się pomysł, uszedł rewolucyjny zapał.
Kiedy w Smoleńsku rozbił się prezyden­cki samolot i obóz IV RP stracił ostatni przyczółek władzy, na Węgrzech obejmo­wał właśnie ster rządów Viktor Orban. Imponowała skala zwycięstwa jego Fideszu. Nieczęsto bowiem się zdarza w euro­pejskich demokracjach, aby jedna partia zdołała zdobyć większość konstytucyjną. Co naprawdę planował Orban, trudniej było przewidzieć. Inaczej niż Kaczyński Orban w kampanii wyborczej zapowiedzi wygłaszał zdawkowe. Ograniczał się do ogólnych sloganów o ochronie interesów narodowych. Był pewny siebie i wład­czy, lecz nie zapowiadał zmian systemu politycznego.
Posmoleńskie opozycyjne PiS stawa­ło się inną niż wcześniej partią - ode­rwaną od realiów, karmiącą się pustym frazesem i żądzą zemsty. Jednocześnie w Budapeszcie zaczęła się swoista rewo­lucja, w której trudno nam nie wychwycić dziwnie znajomych tonów z niedawnej polskiej przeszłości.

Kaczyński, Orban - dwa bratanki
Centralnym terminem w języku Orbana był „układ”. Według ideologów Fideszu w 1989 r. zamiast obalić komunizm, wynegocjowano jedynie z komunistami warunki przejścia do nowego ustroju. Spo­wodowało to spustoszenie nie tylko w sfe­rze symbolicznej, ale i realnej - uwłaszczeni przedstawiciele dawnej nomenklatury za­blokowali rzeczywiste i głębokie przemiany ekonomiczne. Transformacja na Węgrzech nigdy się zatem nie dokonała. Momentem przełomu jest dopiero miażdżące zwycię­stwo Fideszu w 2010 roku. Doprowa­dziło ono nie tylko do zmiany rządu - w demokracji to wszak rzecz normalna - lecz także było zwiastunem narodowego od­rodzenia, odzyskiwania hi­storycznej tożsamości i realnej suwerenności państwowej.
Narracja prawi­cy Orbana niczym się więc nie różniła od narracji prawi­cy Kaczyńskiego. Różne były jednak realia ustrojowe. Na Węgrzech jedyną nieza­leżną instytu­cją kontrolującą rząd był Trybu­nał Konstytucyj­ny, cieszący się z tej racji nad Du­najem wyjątkowym prestiżem.
Fidesz miał jednak w głębokiej pogardzie zasadę trójpodzia­łu władzy. W sądzie konstytucyjnym widział przeciwnika na drodze do zdobycia pełnej hegemonii. Ogołocił więc Trybunał z istotnych kompetencji, przede wszystkim od­bierając mu prawo do oceny po­prawek do konstytucji. Tym sposobem dysponujący większością konstytucyjną rząd Orbana mógł ominąć wszelkie zastrzeżenia TK. Bo ilekroć sędziowie orzekali niezgod­ność jakiejś ustawy z konstytucją, Fidesz zmieniał po prostu samą ustawę zasadni­czą, by tą drogą sprzeciw oddalić.
I tak zaczął się proces chaotyczne­go rzeźbienia w konstytucyjnej materii. Konstytucja zamiast wyznaczać stabil­ne ramy ustrojowe, przypominała kulkę z plasteliny.
Zbieżność ze sformułowaną przez PiS po 2005 roku teorią „imposybilizmu” władzy była oczywista. Kaczyńskiemu, tak samo jak Orbanowi, wadziły wkom­ponowane w ustrój ograniczniki władzy. Tyle że - w porównaniu z działaniami Orbana - jego krucjata przeciwko Try­bunałowi Konstytucyjnemu wygląda­ła naprawdę niewinnie. Nie był w stanie zmienić twardych reguł, więc jedynie na­ciskał na sędziów, atakował ich skanda­licznymi insynuacjami, przed ważnym werdyktem w sprawie ustawy lustracyj­nej zaatakował nawet wydobytymi z IPN teczkami. Lecz Trybunał się nie ugiął i batalię z PiS w końcu wygrał.
Bo Kaczyński - na szczęście! - miał trudniej niż Orban. Aby zdobyć więk­szość parlamentarną, musiał wejść w koalicję z Lepperem i Giertychem, a następnie kuksańcami wymuszać na nich posłuszeństwo. O większości kon­stytucyjnej nie mógł nawet marzyć. Nie miał dość mocy, aby spacyfikować inne ośrodki kontestujące jego politykę - także te mniej formalne, w poważnych mediach i elitach opiniotwórczych. Wydawał się równie pryncypialny jak później Orban - w istocie był znacznie słabszy.
Jednak logika kumulowania władzy przez obóz IV RP i Fidesz jest taka sama. Oba ruchy za jedyną wartość w polity­ce uważały silne przywództwo, instytu­cje państwa traktując instrumentalnie. Oba stawiały na czele banków central­nych nie uznanych ekonomistów, a po prostu ludzi zaufanych. Oba dokonywały czystki personalnej nawet na najniższych szczeblach administracji. Rozstrzygają­cym argumentem było, że „nasi” ludzie są niezbędni, aby przełamać inercję aparatu państwowego. Oba marzyły o nałożeniu kagańca na wolne słowo - z tą różnicą, że Orbanowi udało się powołać Radę ds. Mediów, tropiącą „niezrównoważone po­litycznie” publikacje, a uchwalone przez PiS prawo do kontrolowania „etyki dzien­nikarskiej” przez KRRiT zostało odrzu­cone przez Trybunał Konstytucyjny.
Za podobną praktyką szły zbliżone idee. Pierwotny antykomunizm PiS i Fideszu ewoluował ku antyliberalizmowi. Miarą demokracji już nie była gwaran­cja praw mniejszości przed dyktatem większości, lecz populistyczna egzeku­cja demokratycznej woli ludu. Prawico­wi ideologowie w Polsce powoływali się na faszystowską z ducha filozofię Carla Schmitta, postrzegającą politykę w kate­goriach starcia dobra i zła, co miało być środkiem do zbudowania wspólnoty. Na Węgrzech podobnie - przeciwnik poli­tyczny Fideszu był oczywistym wrogiem, a konflikt - wartością samą w sobie. Nic więc dziwnego, że efektem rządów obu ekip była trwała polaryzacja polityczna i klimat zimnej wojny domowej.

Cień Putina
Pod względem świadomości Orban od początku górował nad Kaczyńskim. Od początku miał klarowną wizję tego, po co mu władza.
Precyzyjnie zdefiniował swoją bazę społeczną. Oparł się na klasie średniej, zwłaszcza na drobnych przedsiębiorcach, którym podarował szereg liberalizujących udogodnień. Lecz opakował je w retorykę antyliberalną, skrajnie nacjonalistyczną. Węgierski interes narodowy przeciwstawił interesom ponadnarodowych korporacji, na które - wbrew pomrukom dobiegają­cym z UE - nałożył dodatkowe daniny. Dla równowagi węgierskiego leminga, ledwo dyszącego pod ciężarem kredytu we fran­kach szwajcarskich, którego polska pra­wica zazwyczaj wyśmiewała, Orban wziął w obronę - zmusił zagraniczne banki do wzięcia na siebie kosztów dewaluacji fo­rinta. Jadąc po bandzie, ku pił sobie popar­cie najaktywniejszych grup, które istotnie wpływają na opinię publiczną.
Kaczyńskiemu brakowało takiego tu­petu i takiej konsekwencji. Najpierw obiecywał „Polskę solidarną”, lecz - choć rządził jeszcze w epoce hossy - podążał ostrożnie liberalnym szlakiem, między in­nymi obniżając podatki. Budował popar­cie nie na wymiernych interesach, lecz na ludowym resentymencie w stosunku do elit, patriotycznym frazesie i strachu przed „układem”. Lecz ideologiczna więź, którą zbudował z częścią elektoratu, nie wystarczyła do ponownego zwycięstwa w wyborach. Pozostałe grupy skutecznie wystraszył, co było przyczyną późniejsze­go pasma wyborczych klęsk.
Za to Orbanowski nacjonalizm nie oka­zał się frazesem, lecz spójnym projektem. Węgierski przywódca był konsekwentny. Gdy już odrzucił reguły liberalnej demo­kracji, poszedł dalej i zanegował model liberalnej gospodarki wraz z regułami dyktowanymi przez MFW. Nie przejmu­jąc się postępującą izolacją kraju w Unii, przeorientował węgierską politykę zagra­niczną. Odwracając się od europejskiego centrum, zawiązywał coraz bliższe relacje z Moskwą, czerpiąc z tego ogromne zyski, podtrzymujące podupadłą od wybuchu kryzysu gospodarkę. I nie przeszkadzał mu w tym nawet dramat rozgrywający się na Ukrainie. W niedawnym wystąpieniu w Siedmiogrodzie Orban postawił krop­kę nad „i”, wskazując na powinowactwo węgierskiego modelu politycznego z mo­delami wschodnimi: chińskim, tureckim i zwłaszcza rosyjskim.
Polska prawica, do niedawna zachłyśnięta rozmachem rządów Orbana, zakłopotana zamilkła. Zaprawiona w kry­tykowaniu imitacyjnego charakteru pol­skiej demokracji, sławiąca suwerenność, klaskała dotąd każdemu politykowi z na­szego regionu, który rzucał rękawicę eu­ropejskiej metropolii. Ale przecież nie klaskała Putinowi.
Choć podobieństwa systemu putinowskiego do rządów Orbana oraz Kaczyń­skiego w latach 2005-2007 są oczywiste. Każdy z tych polityków - choć w różnej skali - dążył przecież do zerwania z ogra­niczeniami liberalnej demokracji i pryma­tem praw obywatelskich nad interesem wspólnoty. Putinowska doktryna „pionu władzy” jako podstawy „demokracji su­werennej” zawsze była zbieżna z dążenia­mi Kaczyńskiego i Orbana do konsolidacji i centralizacji władzy. Lecz podobieństw jest znacznie więcej.
Każdy z tych modeli odwołuje się do sfery ducha, obiecując odrodzenie naro­dowe, sanację moralną bądź przywróce­nie tradycyjnych wartości. Towarzyszy temu zazwyczaj opis kultury zachod­niej jako aksjologicznej pustyni, pogrą­żonej w nihilizmie i hedonizmie. Każdy wyrasta z historycznego resentymentu, choć różnie ukierunkowanego. W Ro­sji - z pragnienia restauracji imperium. W Polsce i na Węgrzech chodzi już tylko o nostalgiczne autoterapie - krzepienie narodowego ducha wspomnieniem daw­nej wielkości (nad Dunajem) bądź mitem bezgrzesznej ofiary (nad Wisłą).
Wspólna jest też pokusa zwalcza­nia rewizji historycznych metodami administracyjnymi. Za rządów PiS wpro­wadzono odpowiedzialność kamą za „po­mawianie Narodu Polskiego o udział lub odpowiedzialność za zbrodnie komunistyczne lub nazistowskie”. W Rosji powo­łano z kolei komisję ds. przeciwdziałania próbom fałszowania historii, z prawem karania rewizjonistów.
Każdy z tych modeli mobilizuje wybor­ców, zapraszając ich do tropienia wroga i wyszukiwania spisków. Każdy żeruje na braku zaufania i deficycie kapitału spo­łecznego. Przeważnie za kozła ofiarne­go robią oskarżane o zdradę liberalne elity, choć w Rosji i w Polsce można też dostrzec ślady specyficznego konserwa­tywnego elitaryzmu - jedynie wybranym obywatelom dana jest łaska prawdziwe­go rozpoznania rzeczywistości. „Zwy­kli ludzie widzą tylko szczegóły i stają się niczym robaki, szukając przyjemności tylko w przyjemnościach ciała” - czytamy w jednym z licznych manifestów putinizmu. Jeśli zamienić robaka na leminga, zabrzmi znajomo.
Kaczyzm i putinizm dodatkowo łą­czy podobna wizja symbiozy ołtarza i tro­nu. Choć o osobistej religijności dawnego kagiebisty Putina niewiele wiadomo, to ochoczo bierze udział w uroczystościach prawosławnych, zatopiony w modlitwie bądź całujący ikony. Patriarcha Moskwy ciągle komuś błogosławi - a to sportow­com, a to strażakom, a to żołnierzom. Uchwalona za Putina ustawa o restytucji mienia Cerkwi prawosławnej zagarniętej przez bolszewików jest nadzwyczaj hojna. Trudno nie dostrzec licznych podobieństw do postulowanego przez PiS usytuowania Kościoła katolickiego w Polsce.
Kaczyńskiego z Putinem łączy całkiem sporo. Lecz przecież stoją na antypodach. Po Smoleńsku - również osobistych. I nie będą w stanie się spotkać.

Po której stronie barykady?
Gdy w 2007 r. upadał projekt IV RP, kon­tekst międzynarodowy nie był jeszcze tak klarowny jak dziś. Świat dopiero zbliżał się do wielkiego kryzysu finansowego, który zainicjował proces kraszenia libe­ralnych dogmatów.
Przed kryzysem podważanie zasad wolnorynkowej demokracji mogło jesz­cze uchodzić za lokalną ekstrawagancję - niezbyt mile widzianą w świecie Zacho­du, lecz tolerowaną. Dziś kraje znajdują­ce się na peryferiach świata zachodniego, oddalone od metropolii, mają znacznie mniej miejsca na eksperymenty. Dokona­na przez Orbana geopolityczna reorien­tacja jest tego zwiastunem. Choć Węgry pozostają członkiem Unii Europejskiej, to ze swoim systemem politycznym i wy­znawanymi wartościami grawitują w stro­nę Rosji.
Z tej perspektywy zarzucenie przez PiS hasła IV RP nabiera nowego sensu. W te­gorocznym programie tej partii „system Tuska” został skrytykowany z góry do dołu, lecz propozycje partii Kaczyńskiego dalekie są przecież od rewolucyjnego ra­dykalizmu. PiS obiecuje zmiany rozległe, lecz mieszczące się w logice konstytucyj­nej. Brakuje im dawnej żarliwości i wiary w dziejowe posłannictwo.
Do niedawna można było jeszcze są­dzić, że utrzymujący się od dłuższego czasu retoryczny umiar Kaczyńskiego w formułowaniu diagnoz wynika z po­litycznego pragmatyzmu. Wiadomo, że prezes łagodniejszy w sondażach zy­skuje, a radykalizujący się - traci. Ale można było spekulować, że gdy już weź­mie władzę, to znów pokaże pazu­ry i zafunduje nam IV RP podniesioną do kwadratu.
A jeśli w tym umiarze tkwi sens nie­malże egzystencjalny? W nowej sytuacji „być prawie jak Orban” już nie ma takie­go powabu, jak jeszcze rok temu. Bo zna­czy to tyle, co „prawie jak Putin”.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz