PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 28 sierpnia 2014

Służby od ubiegłego roku wiedziały o nagraniach



Dziennikarskie śledztwo „Do Rzeczy” podważa aktualną wersję prokuratury i służb specjalnych w sprawie afery podsłuchowej. Jak wynika z naszych ustaleń, służby specjalne mogły zapobiec kompromitacji najważniejszych organów państwa, ale tego nie zrobiły

Cezary Gryz

Pod znakiem zapytania staje teza, że inicjatorem potajemnych nagrań polityków w warszawskich restauracjach był biznesmen Marek Falenta. Prokuratura zabezpieczyła jego skrzynkę e-mailową, w której znajduje się jego korespondencja z funkcjonariuszami Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Sam biznesmen w rozmowie z „Do Rzeczy" twierdzi zaś stanowczo, że o procederze nagrywania obie służby powiadomił już w ubiegłym roku.
- Istotnie, już w ubiegłym roku przekazałem funkcjonariuszom ABW, a potem CBA z delegatur we Wrocławiu informacje, że w warszawskich restaura­cjach nagrywane są najważniejsze osoby w państwie - mówi „Do Rzeczy" Marek Falenta. Dodaje, że po zapoznaniu się z materiałem dowodowym w prokuratu­rze ujawni szczegóły tych informacji śled­czym. - Służby specjalne interesowały się moimi firmami od mniej więcej 10 lat, kiedy rozkręcałem Electusa i współpraco­wałem z KGHM - mówi Falenta.
Jak się jednak okazało, przekazane przez niego informacje nie zostały wyko­rzystane, a co gorsza - funkcjonariuszom ABW nakazano wygasić zainteresowanie.
- Oficera z ABW ta informacja prze­straszyła. Natomiast funkcjonariusze CBA przekazali tę informację centrali w Warszawie. Jednak zabroniono im się nią zajmować, bo dotyczyła czołowych postaci Platformy Obywatelskiej - mówi „Do Rzeczy" Falenta.
- To wierutne bzdury - mówi o infor­macjach od Falenty rzecznik CBA Jacek Dobrzyński. - To próba wkręcenia i wma- nipulowania CBA w tę sprawę. Przecież każdy rozsądnie myślący zrozumie, że gdyby szef CBA miał taką informację, to nigdy by do takiej restauracji nie poszedł - dodaje.

NIE RUSZAĆ PLATFORMY
Z naszych informacji wynika jednak, że nie wszystkie meldunki z terenu trafiają na biurko szefa CBA. Mogły one trafić do któregoś z zastępców, który je zlekceważył.
Również ABW kwestionuje informacje przekazane przez Falentę naszej redakcji.
- Informacje, o które pan pyta, w sprawie potajemnych nagrań w restauracji Sowa i Przyjaciele, są kłamstwem - informuje ppłk Maciej Karczyński.
Natomiast Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga, która prowadzi po­stępowanie w sprawie nagrań, nie chce komentować tych informacji. - W żaden sposób nie mogę się odnieść do tych kwestii - mówi Renata Mazur, rzeczniczka prokuratury.
Falenta twierdzi, że wiele wskazuje na to, iż sprawa jest obecnie tuszowana, a funkcjonariusze służb robią wszystko, by wejść w posiadanie nagrań, których ujawnienia obawiają się politycy Platfor­my Obywatelskiej - nie tylko ministrowie, ale także sam Donald Tusk. Z naszych in­formacji wynika, że premier, chociaż uni­kał bywania w restauracjach, też został nagrany w prywatnych okolicznościach. Jedna z rozmów, w której brał udział również syn premiera, miała dotyczyć afery Amber Gold. Uczestniczyła w niej jeszcze jedna osoba, która nie jest znana publicznie. W drugiej rozmowie miał brać udział najbogatszy Polak - Jan Kulczyk, a jej przedmiotem były interesy, jakie prowadził on - a konkretnie jego spółka Polenergia - na Ukrainie. Kto i gdzie dokonał tych nagrań, nie jest do końca jasne. - Na pewno nie było to u Sowy i Przyjaciół. Raczej w pomieszczeniach zajmowanych przez premiera. Być może w prywatnym mieszkaniu lub w rezyden­cji na Parkowej - mówi nasz informator, prosząc o zachowanie anonimowości.
Fakt spotkań premiera z Janem Kulczy­kiem i to, że dotyczyły one między innymi Ukrainy, potwierdziła nam kancelaria premiera. „Pan Premier Donald Tusk łącznie odbył z Panem Janem Kulczykiem trzy spotkania (grudzień 2013, styczeń 2014 i czerwiec 2014). Spotkania odby­wały się w budynku recepcyjnym rządu i Ministerstwie Sportu. Dotyczyły sytuacji na Ukrainie i przedstawienia przez PKOL i ministra sportu efektów obrad okrągłe­go stołu dla sportu«" - poinformowano nas w KPRM.
Jak mogło dojść do nagrania tych taśm? Wiele wskazuje na to, że szefowi rządu służby nie przekazały informacji uzyskanych od swoich funkcjonariusz lub zrobiły to zbyt późno, a rozmowę nagrał któryś z jej uczestników.

TAJNA NOTATKA SZEFA NIK
Wiadomo, że z Kulczykiem spotkał się również Krzysztof Kwiatkowski, pre­zes Najwyższej Izby Kontroli. Treść ich rozmowy jest jednak nieznana. Przedsta­wiciele NIK w rozmowie z „Do Rzeczy" mówią, że wszystko, co mogło zostać publicznie powiedziane w sprawie spo­tkania Krzysztofa Kwiatkowskiego z dr. Janem Kulczykiem, już zostało powie­dziane i sprawy komentować nie będą.
- Do spotkania z Janem Kulczykiem doszło jednorazowo. O spotkaniu tym informowały już media. Z rozmowy z Ja­nem Kulczykiem prezes NIK sporządził notatkę i przekazał ją w trybie niejawnym ABW - poinformował nas Paweł Biedziak, rzecznik NIK.
Po wybuchu afery taśmowej media su­gerowały, że mogło chodzić między inny­mi o zakup CIECh-u przez Jana Kulczyka. Pojawiały się też informacje, że Kulczyk ma problemy z konkurentem na rynku i u prezesa NIK szukał pomocy prawnej.
W oficjalnym komunikacie dotyczącym rozmowy NIK napisał, że: „Jej inicjatorem był Jan Kulczyk, wcześniej sygnalizował on prezesowi NIK, że ma do przekazania informacje o różnych nieprawidłowo­ściach. W trakcie rozmowy okazało się jednak, że sprawy, o których wspomina Jan Kulczyk, mają częściowo charakter do­mniemań i subiektywnych obaw. Mimo to prezes NIK poinformował przedsiębiorcę, że może on, w celu pełnego wyjaśnienia sprawy, spróbować zainteresować swoimi problemami inne, właściwe ze względu na przedmiot sprawy, organy państwa".
- Rozmowa nie do końca dotyczyła obaw pana Kulczyka, biznesmen chciał się bardziej poradzić w kilku kwestiach. Sprawa kontaktu energetycznego Ukraina - UE nie padła, choć w rozmowie pojawiły się pewne kwestie dotyczące bezpieczeństwa energetycznego. Wszystko to jednak zosta­ło zawarte w notce dla ABW - mówi nasz informator, wysoki rangą pracownik NIK.
Jednak równie ciekawą informacją jest to, że o nagraniach prawdopodobnie wiedziała jeszcze jedna służba - elitarna formacja policji, jaką jest Centralne Biuro Śledcze. Z naszych informacji wynika, że źródłem wiedzy CBŚ był Łukasz N., menedżer VIP roomu w Sowie i Przyjacio­łach, któremu również postawiono zarzuty sporządzania nielegalnych nagrań. Był on obiektem zainteresowania CBŚ ze wzglę­du na to, że w restauracjach, w których wcześniej pracował, m.in. w Lemongrassie, spotykali się członkowie świata przestęp­czego oraz aferzyści. Obecnie Łukasz N. według doniesień mediów ma być pod stałą kontrolą CBŚ ze względu na mające mu grozić niebezpieczeństwo. Podobną ochronę zaproponowano również Falencie, ale ten odmówił. Według naszego informa­tora ochrona, jaką przydzielono Łukaszowi N., nie tyle służy jego bezpieczeństwu, ile bezpieczeństwu rządzących.
Rzecz w tym, że podczas przeszukań w domach podejrzewanych o sporządze­nie nielegalnych taśm nie odnaleziono wszystkich nagrań, o których wiadomo, że zostały zrobione. Gdyby dotarły do dziennikarzy, mogłoby to doprowadzić do poważnego kryzysu politycznego.
Na razie nic nie wskazuje na to, że za nagraniami mogły stać obce służby. Sugero­wał to premier Tusk w sejmowym prze­mówieniu, pytając o to, jakim alfabetem był pisany scenariusz tej afery. Zostało to odebrane dość jednoznacznie jako pytanie retoryczne, czy była to cyrylica. Jednak CBŚ, przeprowadzając obecnie swoje czynno­ści, ostrzegało kilka osób, że obce służby, a zwłaszcza te ze Wschodu, mogą próbować zdobyć nagrania, które nie są w posiadaniu naszych organów ścigania. Takie materiały mogłyby dawać duże pole do szantażu czołowych polskich polityków.

NIEDOPEŁNIENIE OBOWIĄZKÓW
To, że Falenta przekazał informację o nagraniach służbom, stawia pod  znakiem zapytania jego udział jako inicjatora nagrań w całym procederze. W praktyce oznacza to bowiem, że poinformował on właściwe organy ścigania, czyli CBA i ABW, o podejrzeniu popełnienia prze­stępstwa. W tej sytuacji prokuraturze trudno będzie udowodnić przed sądem jego winę jako inicjatora. Podobnie trudno będzie utrzymać zarzut publikacji nagrań. Falenta nie jest bowiem nawet współpracownikiem „Wprost".
W tej sytuacji śledztwo może zacząć zmierzać raczej w kierunku postawienia zarzutów niedopełnienia obowiązków z artykułu 231. Kodeksu karnego ludziom z ABW i CBA. Jeśli bowiem faktycznie szefostwo ABW i CBA, a być może również CBŚ, nic nie zrobiło, by przerwać proceder narażający na szwank bezpieczeństwo państwa, to zaniedbało swoje podsta­wowe obowiązki. Jeśli zaś kierownictwa służb specjalnych działały, by chronić swoich politycznych mocodawców i ich władzę, to oznacza, że mamy do czynienia z potężną aferą w organach ścigania.
Nie jest też wykluczone, że tłem całej afery jest rozgrywka w ramach służb specjalnych w związku z planowaną ich reformą. Proponowane zmiany w służbach - łagodnie rzecz ujmując - nie wywołują u funkcjonariuszy zachwytu. Tajemnicą poliszynela jest też to, że szef MSW Bar­tłomiej Sienkiewicz w służbach i policji nie cieszy się szacunkiem. Uważany jest bowiem za dyletanta.
Udało nam się potwierdzić, że istotnie Falenta był obiektem zainteresowania służb specjalnych od 2004 r. Wtedy dopiero rozkręcał swój biznes, kooperując z KGHM. Szczegółami tej współpracy zainteresowała się funkcjonariusz ABW z Dolnego Śląska.
Z naszych informacji wynika, że chodziło między innymi o wiedzę Falenty w sprawie korupcji w sprawie zakupu opon do sa­mochodów i parku maszynowego Polskiej Miedzi. Funkcjonariusze podejrzewali, że firma niepotrzebnie kupuje opony przez pośrednika, zamiast zamawiać je bezpo­średnio u producentów. Przypuszczano, że marża w istocie może być ukrytą formą korupcji, a w przedsiębiorstwie może do­chodzić do przestępczej niegospodarności.
Przedmiotem zainteresowania CBA Falenta stał się w 2007 r. Było to związa­ne z działalnością firmy Electus, na której Falenta dorobił się olbrzymiego majątku. Electus skupował przede wszystkim długi szpitali publicznych za ułamek ich war­tości. Funkcjonariusze badali, jak to się dzieje, że Electus jest tak skuteczny w ści­ganiu wierzytelności, podczas gdy inni wierzyciele mieli znikome szanse na ścią­gnięcie swoich pieniędzy. Również w tej sprawie podejrzewano, że za wszystkim mogą się kryć łapówki. Nigdy jednak nie usłyszał w tej sprawie zarzutów.
Jednak od tego czasu on oraz jego firmy pozostawały w stałym zaintereso­waniu organów ścigania. Obecnie Proku­ratura Okręgowa w Gdańsku prowadzi śledztwo w sprawie jego firmy Składy Węgla.
Jeżeli to nie Falenta był inicjatorem podsłuchów, to kto za nimi stoi? Mamy dwie hipotezy. Jedna z nich zakłada, że oficerowie CBŚ, którzy kontaktowali się z Łukaszem N., chcieli w ten sposób pominąć skomplikowane procedury przeprowadzania operacji specjalnych i korzystania z technik operacyjnych w toku realizowanych czynności.
Poprzez Łukasza N. mogli zdobywać in­teresujące ich informacje bez koniecz­ności sięgania po zgody sądowe czy pozwolenia przełożonych.
Druga hipoteza jest jeszcze cie­kawsza, ma bowiem tło polityczne.
Nasz informator jest przekonany, że za podsłuchami może stać wrocław­ski biznesmen związany z Platformą Obywatelską, który zasiadał kiedyś w parlamencie i jest zaprzyjaźniony z Grzegorzem Schetyną. i Co o tym świadczy? Otóż media 20 donosiły, że w Sowie i Przyjaciołach sporządzono nie tylko zapisy dźwiękowe, ale także wideo - tzw. sekstaśmy. Udało się nam potwierdzić, że istotnie zostało sporządzone przynajmniej jedno takie na­granie. Były to igraszki jednego z wicemini­strów z młodą dziewczyną. Jak ustaliliśmy, chodzi właśnie o dziewczynę z otoczenia wrocławskiego biznesmena. Pikanterii sprawie dodaje to, że tą dziewczyną jest była funkcjonariuszka BOR. - Biznesmen ten znany jest z tego, że w jego otoczeniu kręci się masa atrakcyjnych młodych kobiet do towarzystwa. O tym, że służą one do inicjowania sytuacji kompromitujących, od dawna jest głośno - mówi nasz informator. Jak ustaliliśmy, ów wiceminister otrzymał od Prokuratury Okręgowej Warszawa- -Praga status pokrzywdzonego w związku z nagraniami.
Nie jest on jednak jedyną osobą, która może się obawiać kolejnych nagrań. Na­grywający utrwalili wiele innych intere­sujących rozmów. Jedno z nagrań dotyczy byłego już ministra. Miał on zaoferować biznesmenowi z branży artystycznej nadzór nad jednym z festiwali transmito­wanych przez TVP w zamian za obsługę imprez Platformy Obywatelskiej, w tym konwencji tej partii.
Kolejne nagranie, o którym infor­mowano, to rozmowa szefa CBA Pawła Wojtunika z wicepremier Elżbietą Bieńkowską. O istnieniu tej taśmy pi­sał „Wprost", ale jej nie opublikował.
Z naszych informacji wynika, że wśród tematów rozmowy była sprawa nadużyć w KGHM. Wojtunik miał narzekać, że ktoś rozpiął nad figurantami tej sprawy (czyli osobami rozpracowywanymi) polityczny parasol ochronny i nie sposób przeciąć patologii panujących w tej firmie.
Nasi informatorzy sądzą też, że tłem całej sprawy może być cichy konflikt między dużym i małym pałacem, czyli między ośrodkiem prezydenckim a premierowskim. - Prezydent, który - jak wiadomo - ma doskonałe kontakty z woj­skiem i ze służbami wojskowymi, dzięki aferze taśmowej niewątpliwie zyskał.
W tej sytuacji, kiedy rząd i sam premier zostali osłabieni, może spać spokojnie i zapomnieć o jakimkolwiek konkurencie na nominację prezydencką Platformy - mówi nasz informator.
współpraca Wojciech Wybranowski

Kim jest Marek Falenta
Pochodzący z Lubina biznesmen według tygodnika „Wprost" w 2013 r. posiadał majątek warty 440 mln zł. To dało mu 67. miejsce na liście stu najbogatszych Polaków.
Pracę zaczął w 1997 r. w KGHM jako specjalista od środków trwałych. Szybko jednak razem z dwoma kolegami założył firmę Electus. Zajmo­wała się ona skupowaniem długów publicznych szpitali i samorządów. W 2006 r. za 450 mln zł sprzedał spółkę Domowi Maklerskiemu IDMSA.
Nie rozstał się jednak ze spółką Electus. Został akcjonariuszem IDMSA i objął stanowisko prezesa Electusa. Firmą kierował przez kolejne cztery lata. W 2010 r. komornik zajął jego akcje. Był to skutek prawomocnego wyroku sądowego, który w 2009 r. skazał Falentę za pomoc w wyłudzeniu kredytu.
W 2010 r. założył fundusz inwestycyjny Falenta Investments. Według portalu Propertynews.pl Falenta posiada kontrolne pakiety akcji blisko 30 spółek.
Jedną z nich jest telekomunikacyjna firma HAWE, która realizuje projekt budowy ogólno­polskiej sieci światłowodowej. W radzie nadzorczej tej spółki zasiadają między innymi były polityk PO Tomasz Misiak oraz była prezes PGNiG Grażyna Piotrowska-Oliwa. (mast)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz