czwartek, 28 lutego 2019

Rejestrator lotu



To, że dziesiątki afer i kompromitacji związanych z rządami PiS nie wpływają znacząco na poziom poparcia dla władzy, pokazuje, że polska polityka przenosi się gdzie indziej, W sferę emocjonalnego marketingu, gdzie wszystko jest tak samo ważne i nieważne.

W PiS uważa się, że zabójstwo Pawła Adamowi­cza już się „wchłonęło”, bez większych strat w poparciu, bo upłynęło te żelazne pięć-sześć tygodni, kiedy sprawa się społecznie utrwala i ewentualnie odbija w sondażach (prasa pra­wicowa znowu zajęła się majątkiem prezydenta). Tym bardziej afera KNF, której najbardziej się w tej partii obawiano - to już przeszłość. Jest jeszcze mała niepewność co do prezesa NBP Adama Glapińskiego i sprawy zarobków jego dyrektorek. A nie­doszłe wieżowce Srebrnej - taki był plan, stąd brak publicz­nych wystąpień prezesa Kaczyńskiego do momentu sobotniej konwencji - mają być zniwelowane obietnicami-petardami: m.in. 500 plus na każde dziecko, 13. emerytury i brak PIT dla młodych Polaków.
   Co miała załatwić konwencja, wprost wyjaśnił prowadzący ją Rafał Bochenek, mówiąc: „strzelamy w punkt, a inni mają kapiszony”. Bo święta zasada politycznego marketingu gło­si, że przykrywka nie musi mieć nic wspólnego z tym, co ma przykryć. „PiS wręczył suwerenowi przedwyborczą kopertę, afery (...) nie zostaną rozliczone” - napisał publicysta Przemy­sław Szubartowicz.
   Przeciwnicy ugrupowania Kaczyńskiego od dawna dziwią się, że tyle szokujących zdarzeń, jakie przetoczyły się przez kraj w cią­gu ostatnich trzech i pół roku, nie zmieniło zasadniczo układu sił. Walka z Trybunałem Konstytucyjnym, potem z sądownictwem, awantura o aborcję, sprawa Misiewicza, porażka w Brukseli 27:1, ustawa o IPN, nagrody dla rządu, zakaz handlu w niedziele, re­forma edukacji, wycinka puszczy, afera PCK i wiele innych - już połowa tych przypadków wykończyłaby ugrupowanie Kaczyń­skiego jeszcze dekadę, a nawet kilka lat temu. Teraz jednak po­wodują one najwyżej okresowe kilkuprocentowe spadki, szybko nadrabiane, a czasami po aferach notowania PiS nawet wzrastają. Rzecz w tym, że od czasu poprzednich rządów PiS zmieniły się zarówno ta partia, jak i cała polska polityka.

Stan gry
W PiS mówi się o przełomowej kampanii Andrzeja Dudy w 2015 r., która zmieniła patrzenie na istotę działań politycz­nych. Podparta obietnicą 500 plus możliwość wylansowania niemal nieznanego kandydata przeciwko urzędującemu pre­zydentowi z wielkim poparciem była odkryciem nie sezonu, ale epoki. Zmasowana kampania w internecie, pozyskanie niezwykłej przychylności wobec Dudy ze strony grupy dzien­nikarzy zabieranych przez kandydata do autobusu (powtórzyło się to potem przy Morawieckim, który też ma po niepisowskiej stronie swoją grupę wiernych fanów), budowanie kontrolowa­nych opowieści i przekazywanie tych gotowców mediom stwo­rzyło nową jakość w polskim politycznym marketingu.
   Po raz pierwszy tak wyraźnie polityka przechyliła się w kie­runku emocji, nastroju, oprawy, konfetti, balonowi socjalnych prezentów. Z partii poznikały rady programowe, teraz liczą się pojedyncze pomysły, które „pozamiatają”. Wysokobudżetowa partyjna konwencja, „ładne mówienie”, melodyjny klip, uda­na strona internetowa stały się autonomiczną wartością. Racjonalną kalkulację u wielu wyborców zastąpiło oczekiwanie na zachwyt i charyzmę. PiS w dużej mierze przechwycił nowe pokolenia, nastawione bardziej na liderów niż partie, na wy­darzenia niż programy, na emocje chwili niż zwartą ideologię (teraz zauważają to doradcy Biedronia). Eksperci Kaczyńskiego odczytali trend polegający na zerwaniu politycznej ciągłości i pamięci. Zwartą linię wydarzeń, kumulacji doświadczeń wy­borców zastąpiły oderwane sekwencje pojedyncze zjawiska, które walczą o społeczną uwagę. Można to nazwać politycznym „efektem rejestratora lotu”, który w samolocie nagrywa zawsze ostatnie 30 minut z kokpitu, a wcześniejsza zapisy automatycz­nie kasuje.
   Polityka została utożsamiona z politycznym marketingiem. Jest teraz nie tyle sumą spraw publicznych do załatwienia, co teatrem ludzkich namiętności, areną personalnych zmagań otoczoną przez rozpalonych kibiców. Jak chyba nigdy wcze­śniej wszelkie zdarzenia nie mają własnego, realnego ciężaru, ale tylko taką wagę, jaka wynika z zainteresowania publicz­ności, wyników wyszukiwarki Google, rezonansu w mediach społecznościowych. Jeśli nie wpływają na zmiany sondażowe, przestają być istotne, także dla dziennikarzy. Nic nie musi być wyjaśnione do końca, zwłaszcza że wyjaśnienie jest z reguły skomplikowane i nudne. To m.in. dlatego PiS wciąż ucieka spod topora. Po prostu każdego dnia coś powinno się dziać. Przy takim natłoku informacji polityka dociera raczej do zmysłów i często tam się zatrzymuje, nie docierając do ośrodka logicz­nej obróbki.
   Partyjne konwencje, na które idą setki tysięcy publicznych pie­niędzy, są teraz głównie przykrywkami eventow innych ugrupo­wań. Konwencja Platformy miała wyprzedzić debiut Biedronia, kolejne imprezy PiS były po to, aby osłabić efekt Platformy. Ad hoc organizuje się jakieś spotkanie, żeby premier Morawiecki mógł jeszcze raz wygłosić kwieciste przemówienie. Po konwencji Wio­sny Roberta Biedronia mówiono, że obietnice lidera tej formacji są może nierealistyczne, a nawet miejscami niemądre, ale liczyły się entuzjazm, świeżość, inicjatywa, uśmiech, a do budżetowych rachunków przejdzie się później. Mamy „piękny film” - napisał jeden z komentatorów - i na razie cieszmy się nim.
   Wydawałoby się, że dziennikarze powinni być - bardziej niż społeczna średni a - krytyczni, nie ulegać tej infantylizacji polityki. Ale oni w sporej części przyłączyli się do tego trendu. To, jak twier­dzą, ma im zapewniać kontakt z politycznymi realiami. Wydaje się jednak, że w istocie także oni zaczynają sami zrównywać po­lityczną, publiczną treść z marketingiem, oddziaływaniem. Coś, co nie przekłada się na wizerunek polityka czy partii, nie istnieje. Charakterystyczne jest pojęcie będące nazwą jednej z rubryk por­talu 300polityka.pl - „stan gry”.
   Takie ujęcie sprowadza się w dużej mierze do bieżąco uaktu­alnianego rankingu politycznych zagrywek i przykrywek, zapisu słownej rywalizacji na zasadzie, kto kogo pokonał rano, a kto był górą wieczorem. To jest ten syndrom „rejestratora lotu”. To, co się wydarzyło miesiąc temu, jest historią, a rok temu - prehistorią. W tym sensie demontaż Trybunału Konstytucyjnego, przejęcie prokuratury czy próba likwidacji przez PiS niezależnego sądow­nictwa już zostały załatwione i przykryte, czyli wypadają ze stanu gry. Zatem najważniejsze wydarzenia trzylecia, które w istocie mają coraz bardziej negatywne skutki dla jakości demokratyczne­go systemu, zjechały do poziomu „starych śpiewek”, jak określił te kwestie nie tak dawno jeden z publicystów „Rzeczpospolitej”. „PiS się wykaraskał” - to fraza klucz ostatnich lat. Nie oznacza ona, że partia Kaczyńskiego coś porządnie wyjaśniła czy napra­wiła za coś przeprosiła, winnych ukarała, a tylko tyle, że udało się jej perzetrwać kryzys, kwestie zatuszować i rozwodnić, zasy­pać pieniędzmi z budżetu, postraszyć przeciwników. I właśnie ta „skuteczność”, mimo że widać, w jaki sposób jest osiągana i ile kosztuje, budzi niekłamany podziw wielu środowisk, niby od PiS odległych.

Kluczowa demobilizacja
Postrzeganie polityki jako wizerunkowej partii szachów znie­kształca postrzeganie spraw publicznych. W takim ujęciu złe jest to, co przynosi sondażowe straty, a dobre - co zachowuje stan posiadania lub daje wzrost. To przejęcie polityki przez marketing ma dalsze konsekwencje. Wspomniane zwycięstwo Dudy nad Ko­morowskim w 2015 r. pokazało moc podstawowego instrumentu PiS - demobilizacji wroga. Andrzej Duda zyskiwał nie tyle jako osobiście Duda, ale bardziej na tle - profesjonalnie trzeba przy­znać - niszczonego Komorowskiego.
   Spin doktorzy PiS zrozumieli, że wynik własnego kandyda­ta czy ugrupowania zależy tylko od rezultatu przeciwnika. Jeśli zwolennicy antyPiSu oczekują dzisiaj na spadek notowań partii Kaczyńskiego, to marketingowcy PiS mogą się uśmiechać - bo nie to jest ważne. W wyborach w 2005 r. PiS dostał 26,9 proc. głosów - to najniższy jak dotąd wynik wyborczy, który pozwalał trząść całym krajem. Do czasu wyborów w 2007 r., które PiS przegrał, nic nie stracił, przeciwnie, zyskał i otrzymał 31,4 proc. Tyle że Plat­forma Obywatelska, która w 2005 r. dostała 24,1 proc., dwa lata później uzyskała ponad 39 proc. Liczy się własny wynik, ale jesz­cze bardziej - przeciwnika. Także na jesieni 2019 r. dla zwycięstwa opozycji nie jest konieczny drastyczny spadek notowań PiS, ale przede wszystkim wzrost antyPiSu, stąd tak istotne jest tworzenie koalicji, co wciąż nie wszyscy rozumieją. Dlatego też politycy PiS mniej lub bardziej otwarcie mówią o tym, że co prawda część pomysłów i środków musi być nakierowana na podtrzymanie swojego elektoratu, ale więcej trzeba przeznaczyć na zniechę­cenie wyborców rywali. Co jest zresztą wydajniejsze, bo nega­tywne emocje działają mocniej niż pozytywne. Tym bardziej skłania ich do tego fakt „niezłomności” twardego elektoratu wobec wspomnianych wyżej mnogości afer i awantur. Jeśli własny elektorat nie przejmuje się aferami, to wy­starczy, aby druga strona nie czuła się na tyle zbulwersowana, aby pójść zagłosować.

Władza na widelcu
Akcja demobilizacyjna, wdrożona podczas kampanii w 2015 r., była po­tem twórczo kontynuowana. Polegała na wtłaczaniu do nieprzyjaznych środo­wisk własnych przekazów typu: opozycja nic nie robi, nie ma programu, tylko wal­czy z PiS, a to za mało. Opozycja nie ma dobrych przywódców, jest niewiarygod­na, podzielona, słaba i beznadziejna, PiS ma „miażdżącą przewagę”, trwa walka dwóch plemion (to wyjątkowo głupia fra­za, która weszła jak masło w teoretycznie opozycyjny elektorat). Kaczyński - mając do dyspozycji cały aparat państwa, służby, prokuraturę, władze Sejmu, tzw. publicz­ne media - „pokonał ciamajdan”, „znowu wygrał”, „wyprowadził wszystkich w pole” (to wszystko cytaty z mediów niepisowskich). Ostatnio istotnym przekazem PiS, jaki udało się tej partii wcisnąć do obozu swoich przeciwników, to określenie „moc­na drużyna” na kandydatów tego ugru­powania do Parlamentu Europejskiego.
Wystarczyło wstawić do zestawu Joachima Brudzińskiego, aby powstało takie przekonanie, i nikt już nie dostrzega „mocnych” Waszczykowskiego, Mazurek czy Jurgiela. Po „mocnej” (nowe słowo wytrych) konwencji PiS z kolei przekaz władzy głosi: „opozycja po nokaucie leży na deskach”, a dziennikarz gazety.pl życzliwie podjął wątek, pisząc, że PiS swoimi „konkretnymi propozycjami strzelił opozycji gola do szatni”
   Propaganda tego typu jeszcze łatwiej przenikała do antyPiSu w sytuacji, kiedy trwały w nim rozliczenia, bicie w piersi w rodzaju „byliśmy głupi”. Dobry nastrój rządzących popsuł się po wyborach samorządowych w 2018 r. Nadkruszyła się strategia demobilizacji elektoratu opozycji. Politycy PiS byli wtedy zaskakująco szczerzy: od razu zaczęli mówić o proble­mie „nadaktywności wyborców PiS w dużych miast”. Bo zadaniem marketingowców PiS jest niedawanie powodu do głosowania, odstręczanie od polityki.
   Kiedy kilka tygodni temu napisałem w POLITYCE, że opozycja „ma PiS na widelcu”, jeśli się zjednoczy, bo tak pokazało kilka sondaży różnych pracowni (i nadal to pokazują), na portalu braci Karnowskich widać było pewne zaniepokojenie, poświęcono tej tezie kilka wzmianek, a nawet zorganizowano internetowy son­daż, czy zdaniem użytkowników wPolityce.pl mam rację. Wyszło, że nie, ale oczywiście opozycja może pokonać PiS w wyborach wiosennych i jesiennych, i nie jest nawet do tego potrzebny istot­ny spadek notowań tej partii.
   Warunki są dwa. Po pierwsze, opozycja powinna się zjednoczyć w stopniu maksymalnym, także przed wyborami parlamentar­nymi, a po nich doprosić do koalicji partię Biedronia, zwłaszcza gdyby utrzymała ona liczące się w takich rachunkach poparcie i byłaby zainteresowana współtworzeniem rządu (co jest praw­dopodobne, ale nie stuprocentowo pewne). I po drugie, opozycja - z jej wyborcami - nie poradzi sobie, jeśli się wreszcie nie uod­porni na przekazy sztabu partii Kaczyńskiego, a tam umiejętności i finansowe zasoby są bardzo duże.
   Jak wynika z nasłuchu, wysiłek PiS bę­dzie teraz nakierowany na demobiliza­cję, „obniżanie frekwencji w elektoracie liberalnym”, jak jest to tam nazywane, na pokazywanie, że „państwo właściwie reaguje”, że „prezes jest uczciwy”, „dęte afery nikogo nie interesują”. Ludzie żyją spokojnie, gospodarka się rozwija, socjal rośnie, a Polska staje się potęgą. Jedno­cześnie Zostanie uruchomiona machi­na skłócania, skierowana w tzw. totalną opozycję, typu „anihilacja SLD i PSL pod butem Schetyny”, „egzotyczna koalicja”, „sojusz postkomuny z liberałami” itp.

Siedzieć cicho i chichrać się
Politycy PiS czują jednak, że sytuacja ich partii stała się trudniejsza, stąd roz­mowy z Pawłem Kukizem i życzliwy powrót do dawnych pomysłów rockmana, w rodzaju wprowadzenia instytucji sędziów pokoju. Sam Kukiz zaczął mówić, że jest możliwa „umowa z PiS”. Widać też inne nadzieje na osłabienie opozycji. Jedna ze znanych prawicowych blogerek o nicku Ufka napisała w salonie24.pl: „trzymam kciuki za Wiosnę, a politykom PiS rekomenduję siedzenie cicho i chichranie się dyskretne w domu”.
   Z kolei Dorota Łosiewicz na portalu Karnowskich jednak dostrzega zagrożenie ze strony nowej partii Biedronia: „(...) przeciwnicy zainwestowali w polityczny marketing na najwyższym poziomie. Trzeba włożyć trochę wysiłku w to, by jesienią Wiosna nie przyniosła obozowi Zjednoczonej Prawicy zimy stulecia”. W innym miejscu Łosiewicz pisze: „PiS-owi powinno zależeć na wzmocnieniu ruchu Kukiza”. W PiS słychać jeszcze o jednym - o oczekiwaniu na sytuację, któ­rą określa się tam jako maksymalną: najpierw Wiosna Biedronia podbiera poparcie innym partiom opozycyjnym, zwłaszcza Plat­formie, po czym sama traci popularność, ale wyborcy już do Plat­formy nie wracają. Jako przykład podaje się Nowoczesną, która w 2015 r. odessała PO część elektoratu , i ten w większości, mimo utraty sympatii do partii Petru, a potem Lubnauer, już do Plat­formy w zasadzie nie wrócił. Wiosna Biedronia ustabilizowała się na razie w sondażach na poziomie ok. 10 proc., to tyle, ile miał Ruch Palikota. Pytanie, czy to już sufit.
   Polityczna socjotechnika w najbliższych miesiącach będzie rozwijana na nowych obszarach. Pojawi się kompletny, choć kontrolowany chaos, afery tygodnia, a nawet dnia, spektakularne zatrzymania, przewożenie do prokuratury i przesłuchania, coraz brutalniejsza propaganda w mediach publicznych, zmasowane akcje w internecie. Także planowane kolejne obietnice wypłat z budżetu, zapowiadane na czas przed wakacjami. Wśród sym­patyków PiS i w samej partii oczywista jest świadomość, że zbliża się decydująca walka o co najmniej następną dekadę. Powiedzieli to zgodnie na ostatniej konwencji Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawiecki. Marketingowcy rządzących zrobią wszystko, aby po drugiej stronie nie było takiego przekonania. Bo PiS nie ocze­kuje, by wszyscy przekonali się do jego ustrojowych wizji, chodzi tylko o pogodzenie się i zapomnienie. Gra, którą toczy obóz wła­dzy, to wyzwanie dla opozycji, ale jeszcze większe - dla jej wybor­ców. Wiele zależy od tego, czy w ich pamięci zsumuje się wszystko, co PiS zrobił z demokratycznym systemem przez trzy i pół roku, czy też zarejestrują tylko ostatnie „30 minut”.
Mariusz Janicki

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz