PiS - konstytucja 2010.pdf

poniedziałek, 7 grudnia 2015

A teraz zapnijcie pasy



Najpierw są media, Trybunał Konstytucyjny, sądy. Bezpieczniki demokracji. Kiedy je spacyfikujesz, Unia i tak nic nie zrobi. Państwem można zarządzać za pomocą moralnej paniki, tak jak to robi Orban mówi węgierski dziennikarz Attila Mong.

ROZMAWIA WOJCIECH CIEŚLA

NEWSWEEK: Pięć lat temu, na począt­ku rządów Viktora Orbana, byłeś wro­giem publicznym. Dziś jesteś zdrajcą i emigrantem. Awans czy degradacja?
ATTILA MONO: Zgodnie z oficjalną wy­kładnią i teorią narodowej współpracy, kto nie wspiera węgierskiego rządu, nie jest patriotą. Ja nie wspierani. Fizycznie też jestem wykluczony z narodu, bo od dwóch lat żyję i pracuję w Berlinie. Jesz­cze gdy mieszkałem w Budapeszcie, obóz rządowy uważał mnie za zdrajcę, bo jako dziennikarz pokazywałem się w Brukse­li, publikowałem w zachodnich mediach. Dla ludzi z antyeuropejskiego Fideszu społeczeństwo, naród to tak napraw­dę ich społeczność, ich grupa. Nie jesteś z nimi, jesteś poza. Prawa strona ma na Węgrzech monopol na patriotyzm.

Może zasłużyłbyś na miano patrioty, gdyby nie akcja z grudnia 2010 r. Wyle­ciałeś wtedy z publicznego Radia Kos­suth, a twoje odejście zapoczątkowało uliczne demonstracje. O co poszło?
- Właściwie do ostatniej chwili my­ślałem, że zadrży im ręka. Nie zadrża­ła. Dzień po uchwaleniu nowej ustawy medialnej zdecydowaliśmy z wydawcą audycji, że uczcimy to minutą ciszy. Na­stępnego dnia odbyło się zebranie. Szef radia mówił, że minuta ciszy była aktem totalitarnym. Ze ostatni raz na Węgrzech minutą ciszy uczczono śmierć Stalina. Zdjęli nas z anteny, wszczęli wewnętrzne śledztwo, oczekiwali samokrytyki. Na­pisaliśmy notatki służbowe: „Tego i tego dnia o 18.15 w audycji takiej i takiej wy­emitowaliśmy minutę ciszy”. Podpisy. Nie przedłużyli nam kontraktów. Od tam­tej pory już się nie pojawiłem w żadnym publicznym medium na Węgrzech.
A skoro jesteśmy przy ustawie: mój przy­jaciel prawnik, specjalista od prawa me­dialnego, opowiada, że kontaktowała się z nim kancelaria prawnicza z Budapesz­tu, która przygotowuje materiały dla Pol­ski. Ludzie z polskiego ministerstwa, nie wiem którego, są zainteresowani naszą ustawą medialną.

Przyjąłeś posadę w publicznym Radiu Kossuth niedługo przed wyborami.
W Polsce w mediach publicznych po wyborach nowa miotła wyrzuca tych, których przyjęła poprzednia ekipa.
- Na Węgrzech jest tak samo. Gdy dosta­łem propozycję pracy w Radiu Kossuth, nawet się nie zastanawiałem. To była eks­cytująca robota. Co myślałem o Orbanie? To, co wszyscy: osiem lat rządów post­komunistów wykończyło Węgry, to był stracony czas dla kraju. Słynna mowa pre­miera Ferenca Gyurcsanyego, że kłamali w dzień i w nocy tylko po to, żeby zdobyć władzę, przelała czarę goryczy. Orban, który rządził już w latach 1998-2002, wrócił, budząc nadzieje. Ludzie mówi­li: może wreszcie na Węgrzech dojdzie do zmiany? Rok zaczął się pod hasłem: dajmy Fideszowi szansę.

Fidesz wygrał wiosną 2010 r. I co dalej?
- Gdzieś w połowie roku usłyszeliśmy, że przygotowują nową ustawę medialną.

Dlaczego akurat to?
- W 2002 r. po czteroletnich i całkiem udanych rządach Fidesz przegrał wybory. Na osiem lat musiał pozostać w opozycji. Wniosek, który wyciągnął z tego Orban, brzmiał: załatwiły nas media. Gdy Orban rządził po raz pierwszy, media były prze­ciwko niemu. Po przegranej szef Fideszu na jakiś czas wpadł w depresję, ale gdy doszedł do siebie, wyciągnął wnioski: na­stępnym razem pierwszą rzeczą, do któ­rej się weźmie, będą media. Prywatne, mainstreamowe i publiczne. Wszystkie.

Wziął się?
- Błyskawicznie. Wygrali wiosną, po wyborach zawsze następuje spadek aktywności, były wakacje, wszyscy w roz­jazdach. I nagle w środku lata ktoś dzwoni do mnie z wiadomością: Fidesz po cichu zmienia ustawę medialną, nowa będzie bardziej restrykcyjna dla dziennikarzy.

Co to znaczy po cichu?
- Bez publicznej dyskusji nad projektem. Kiedy do dziennikarzy zaczęło docierać, że będzie jakaś nowa ustawa, był wrze­sień. I wtedy nagle gotowy projekt znalazł się w parlamencie. Kiedy dostałem tekst ustawy, komputer zawiesił się od ciężaru pliku. Pomyślałem: „Co jest? Czy w spra­wie jednej grupy zawodowej potrzebuje­my aktu, który ma 130 paragrafów i ponad 150 stron?”. Ustawa przeszła gładko na początku grudnia. Fidesz miał większość. Już wiedzieliśmy, co się święci.

Mogliście protestować.
- Wtedy uważaliśmy, że nie możemy nic zrobić. Nową ustawę wymyślono po to, żeby móc przeorganizować media na putinowską modłę, żeby mieć monopol na informacje. Powołano radę ds. mediów, która ma prawo nakładać po kilkadziesiąt tysięcy euro na media, gdy te zamieszczą „niezrównoważone politycznie” publi­kacje. Dziennikarze zajmujący się spra­wami bezpieczeństwa narodowego mają obowiązek na wezwanie ujawniać swoje źródła w tych sprawach.
Fidesz ustawami zadbał o to, żeby nikt w mediach im nie podskoczył. Mniej wię­cej w tym czasie w radiu pojawili się słabi dziennikarze z marnym dorobkiem. Lu­dzie przysłani przez partię.

Do czego potem wzięli się politycy Fideszu?
- Podkręcili tempo. Zaczęli od Trybuna­łu Konstytucyjnego, ograniczenie jego roli było krokiem do rewolucji moralno- -ustrojowej, której początkiem stała się potem nowa konstytucja.
Węgry zmagały się z kryzysem, Orban potrzebował pieniędzy. Wtedy Fidesz zaczął głosić, że z powodu sytuacji finan­sów publicznych niektóre konstytucyjne prawa, dotyczące spraw ekonomicznych, powinny zostać zawieszone. Ta inicjaty­wa została utrącona przez Trybunał.

Jak Orban poradził sobie z Trybunałem?
- Pół roku po objęciu władzy koalicja prze­głosowała poprawkę do konstytucji, któ­ra ograniczyła kompetencje Trybunału Konstytucyjnego. Miała większość w par­lamencie, mogła to zrobić. A potem zna­cząco obniżono wiek emerytalny dla sędziów Trybunału i wysłano „nie swoich” sędziów na emeryturę. Potem, gdy Trybu­nał w Strasburgu przywracał ich do pracy, było już za późno. Orban wiedział, że or­ganom Unii ta sprawa zabierze tyle czasu, że on wygra. Zamienił starych sędziów na swoich, z politycznego nadania. Zmienił system nadzoru nad sądami. Dziś szefuje mu żona jednego z polityków Fideszu, naj­lepsza koleżanka żony premiera. A potem Fidesz zmienił konstytucję i napisał nową.

A Węgrzy to gładko łyknęli.
- Obudzili się raz, po ustawie medialnej. Na początku 2011 roku zaczęły się wiel­kie demonstracje w obronie wolności słowa, dziesiątki tysięcy ludzi na ulicach Budapesztu szły z zaklejonymi plastrem ustami. Pod publicznym radiem paliły się znicze. Powstał olbrzymi ruch na Facebooku. Pod apelem w obronie wolności słowa w niedużych Węgrzech podpisał się milion ludzi. A potem powoli wszyst­ko się uspokoiło. Ruch na Facebooku zmalał do 100 tysięcy osób. I tyle. I już.

Skąd bierze się siła Orbana?
- Jest wciąż bardzo popularny. Znam go prywatnie, kończyliśmy tę samą szko­łę średnią. Wiele razy przeprowadzałem z nim wywiady. To utalentowany i spraw­ny polityk. Nie zgadzam się z tym, co robi, ale nie można zaprzeczyć, że czuje Wę­gry. Spacyfikował media i Trybunał, zmie­nił konstytucję i ordynację wyborczą, co sprawiło, że niemal nikt poza Fideszem nie jest w stanie wygrać wyborów.
W ciągu ostatniego roku jego notowania spadły, ale kryzys z uchodźcami znów dodał mu paliwa. To, co mówią Orban i Fidesz, znajduje oddźwięk.

A co mówią?
- Na początku roku Orban wrócił z Pary­ża z demonstracji po zamachu na „Charlie Hebdo” i w publicznym radiu wyłożył strategię: uchodźcy są zagrożeniem dla państwowości. I dla zdrowia, bo roznoszą zarazki. I dla bezpieczeństwa.
I Orban jest na topie, mimo że jeszcze kil­ka miesięcy temu Budapeszt był zalany uchodźcami. On kreował tę sytuację. Był szczęśliwy, że ludzie z bliska zobaczyli uchodźców. Wróg przybył do miasta. Nie­bezpieczny. O ciemnej skórze. Wreszcie Węgrzy zobaczyli problem. Sprytna i diaboliczna strategia.
Orban i Fidesz wyspecjalizowali się we wzbudzaniu moralnej paniki. To właś­nie ten przykład. Znajdujesz niebez­pieczeństwo, robisz wrażenie, że jest przeogromne. Przez Węgry przeszło 100 tys. uchodźców, tymczasem nie było ani jednej kradzieży. Gwałtu. Rozboju. Doszło do przepychanek przy zamyka­niu granicy, ale z winy policji. Moja matka nigdy na oczy nie widziała uchodźcy, ale dzwoniła do mnie, że się ich boi, w swo­jej wiosce 50 kilometrów od Budapesztu. Kryzys z uchodźcami dał Orbanowi wy­graną w kolejnych wyborach.

Czego od Orbana oczekują Węgrzy?
- Chcą kraju, który stawia się Unii. Orban mówi wyborcom, że są bezpieczni. Że nie pójdą z torbami. A to podstawowy lęk wie­lu Węgrów. Żeby tu nie było Grecji. Wę­grzy, doświadczeni przez historię, chcą spokoju. Orban mówi: ja jestem spokojem. Na Węgrzech od początku lat dwuty­sięcznych społeczne poparcie dla demo­kracji oraz demokratycznych instytucji i kapitalizmu spadło poniżej pięćdziesię­ciu procent. Ludzie uważają, że demo­kratyczne instytucje nie działają. Na to wszystko nałożyły się nadużycia władzy, korupcja, rządy postkomunistów.
Orban od momentu, gdy wrócił do wła­dzy, co jakiś czas daje sygnał, że Węgry potrzebują innego, własnego systemu. Że są różne rodzaje demokracji, autorytar­na może działać - działa w Turcji, działa w Rosji, może zadziała też na Węgrzech.

A opozycja?
- Jest bardzo słaba. Media słabną. Trzeci sektor, organizacji pozarządowych, staje się bardziej wyrazisty, często przez Unię jest postrzegany jako opozycyjny wobec Orbana. I dlatego Orban go atakuje. Wie, że tego nie jest w stanie kontrolować. W zeszłym roku oskarżył organizacje, które dostały granty z funduszy norwe­skich, o naruszanie przepisów prawa handlowego. Ogłosił, że to opłaceni ak­tywiści działający za pieniądze, które nie wiadomo skąd pochodzą.
Na tym to polega: rzucasz błotem i nie martwisz się, jak obrzucony może się oczyścić. Orban nauczył się sporo od swojego przyjaciela Putina.

Często bywasz w Polsce, masz tu przyjaciół. Czy w Warszawie możliwy jest drugi Budapeszt?
- Jestem umiarkowanym optymistą. Myślę, że Polacy są bardziej zróżnicowa­ni niż Węgrzy. Że mają dłuższą tradycję wolnościową, liberalną.
Z drugiej strony PiS, tak jak Orban, przed wyborami nie mówiło zbyt wiele o swo­ich prawdziwych planach. Kiedy w 2010 r. pytałem polityków Fideszu, czy zamierzają zmieniać konstytucję, zawsze zaprzeczali. Po wyborach uchwalili nową konstytucję. Jeśli chcesz iść węgierską ścieżką, naj­pierw zajmujesz się mediami i Trybuna­łem Konstytucyjnym. Bezpiecznikami demokracji. Kiedy je spacyfikujesz, Unia i tak nic nie zrobi. Państwem można za­rządzać za pomocą moralnej paniki, tak jak to robi Orban. Słyszę teraz o pol­skiej awanturze o Trybunał Konstytucyj­ny. Być może Kaczyński już idzie drogą Orbana, ale przecież nie będzie o tym mówił otwarcie. Co mogę powiedzieć? Proszę zapiąć pasy. Ciąg dalszy nastąpi bardzo szybko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz