PiS - konstytucja 2010.pdf

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Wampir z guzem mózgu



Na ekrany wszedł właśnie debiut fabularny Marcina Koszałki „Czerwony Pająk”. Za granicą zyskał już uznanie krytyków. Jak wyznał reżyser, inspiracją do filmu było między innymi życie Karola Kota. To seryjny morderca, który grasował w Krakowie w latach 70. XX w.

HELENA KOWALIK

Czerwony Pająk” nie jest jednak filmem o słynnym wampirze z Krakowa. Nie jest też klasycz­nym thrillerem. Koszałka chciał poprzez ten obraz przekazać, że zło czai się blisko nas. Czasem pod zupełnie niewinną postacią. To odległe od prawdziwej historii Karola Kota.

CIEŃ W KRUCHCIE
21 września 1964 r., południe. Do pustego o tej porze kościoła Sióstr Sercanek w Kra­kowie wchodzi na pacierz 48 letnia Helena W. Za nią nastolatek ze szkolną tarczą na płaszczu. Gdy kobieta podnosi się z klęczek, chłopak wyciąga bagnet i wbija go w okolice serca kobiety. Ucieka. Helena W. przeżyła, ale milicja nie trafiła na ślad napastnika.
   Dwa dni później. Około południa do tramwaju wsiada 78 -letnia Franciszka L. Obok niej zajął miejsce chłopak z czerwoną tarczą szkolną na ramieniu. Kiedy w pobliżu stołówki Caritasu L. wysiada, słyszy kroki ucznia za swoimi plecami. Po chwili czuje bolesne dźgnięcie w plecy. Upada, tracąc przytomność. Na skutek urazu rdzenia kręgowego do końca życia nie opuści wózka inwalidzkiego.
   29 września. 86-letniaMaria P. przystaje przed wejściem do kościoła Sióstr Prezentek, aby przeczytać klepsydrę. Decyduje się wejść do kruchty... Godzinę później kościelny znajduje staruszkę martwą w kałuży krwi. Jej serce zostało przebite nożem.
   - Nożownik grasuje! - niesie się po Kra­kowie. Niektóre kobiety noszą na plecach jako tarcze pokrywki od garnka.
   Trzeba prawie dwóch spokojnych od napaści lat, aby panika opadła.
   W lutową niedzielę 1966 r. na Kopcu Kościuszki odbywają się szkolne zawody. 11-letni Leszek C. ciągnie za sobą sanki. W pewnej chwili zatrzymuje go znacznie starszy uczeń, pytając, gdzie się odbywa spartakiada. Chłopiec się odwraca, aby pokazać ręką kierunek, i w tym momencie napastnik wielokrotnie uderza go nożem. Ciosy są śmiertelne.
   Dwa dni później. Około południa do tramwaju wsiada 78 -letnia Franciszka L. Obok niej zajął miejsce chłopak z czerwoną tarczą szkolną na ramieniu. Kiedy w pobliżu stołówki Caritasu L. wysiada, słyszy kroki ucznia za swoimi plecami. Po chwili czuje bolesne dźgnięcie w plecy. Upada, tracąc przytomność. Na skutek urazu rdzenia krę-
Dwa miesiące później. Siedmioletnia Małgosia P. zbiega z piętra do skrzynki z listami. Na parterze mija nieznanego jej mężczyznę. On łapie ją lewą ręką za szyję, a prawą zadaje ciosy kordelasem. Ranna dziewczynka zdołała doczołgać się do drzwi swego mieszkania.
GRZECZNY LOLO
Na zlecenie milicji gazety nawołują do informowania o wszelkich podejrzeniach w związku z atakami nożownika.
   Zgłasza się 20 -letnia Danuta W., studentka ASP. Do tego kroku namówiła j ą znajoma lekarka psychiatra, której opowiedziała o swej znajomości z maturzystą Karolem Kotem. Poznała go w sekcji strzeleckiej klubu Cracovia. Dziwny chłopak. Chwalił się popełnio­nymi morderstwami. Uważała, że fantazjuje, kiedy jednak przeczytała w gazecie o napaści na małą Małgosię, namówiła go, żeby po­jechali do opactwa w Tyńcu porozmawiać ze znanym jej benedyktynem. Niestety, nie zastali go. W drodze powrotnej przez las Karol przewrócił ją na ziemię, przytknął nóż do gardła. Rozbroiła go śmiechem, ale potem wyciągnął z kieszeni kawałki szkła i powiedział, że chciał jej przeciąć żyły, aby upozorować samobójstwo.
   Śledczy nie lekceważą tego tropu. Muszą pracować bardzo dyskretnie, nie zdradzać celu swej wizyty w szkole Kota jeśli to jego szukają, nie wolno go spłoszyć.
   Nauczyciele, trener sekcji strzeleckiej, sąsiedzi, wystawiają chłopcu dobre świa­dectwo. Uczynny, grzeczny, nie chodzi na wagary, nie pali, nie przeklina. Członek ZMS, LOK, a od czwartej klasy ORMO przy Ko­mendzie Dzielnicowej Kraków-Stare Miasto.
   Jednakże przesłuchiwani później ucznio­wie są o swoim koledze innego zdania. Wiele mówią przezwiska, które wymyślał jako swe pseudonimy: „Lolo-Rozpruwacz”, „Krwawy Lolo”, „Pirotechnik”
   Wszyscy przesłuchiwani twierdzą, że Karol prawie nie rozstaje się z nożem, którym raz po raz przebija deskę ławki. Potrafił pod­czas lekcji znienacka zarzucić z tyłu koledze - tak dla żartu -sznur albo kabel na szyję. Na przerwie biega korytarzem, udając, że trzyma lufę karabinu i strzela do przechodzących. Pozoruje podrzynanie gardła. Nie przejdzie koło psa, aby go nie kopnąć.
   Rewizja w domu Kota ujawnia w pokoju 19 latka cały arsenał broni. I zaczytany atlas anatomiczny z zaznaczonymi miejscami newralgicznymi dla życia człowieka.

DWIE DIAGNOZY
Karol Kot trafia do aresztu następnego dnia po zdaniu matury. Bez kluczenia przyznaje się do zarzucanych mu morderstw. Składając zeznania, ochoczo uzupełnia informacje policjantów: - Wracając z Kopca, wstąpiłem do ciastkarni.
   A o tym, jak podrzucałem ludziom truciznę, to już wiecie? Cztery razy próbo­wałem i ani razu się nie udało, nie rozumiem dlaczego.
   Przesłuchujący chce znać szczegóły.
- Proszę bardzo - zgadza się aresztant.
   Kupił dwie butelki piwa i wsypał do nich po łyżeczce rozwodnionego arsenianu sodu.
Butelki postawił w bramach dwóch krakow­skich kamienic. Ukryty w pobliżu czekał, aż się ktoś złakomi. Nie było chętnego. Innym razem wsypał truciznę do pojemnika z octem w barze „Przy Błoniach’! Nazajutrz szukał w gazetach informacji o śmiertelnym zatruciu gości tego lokalu, ale nie znalazł.
   - Potem przerzuciłem się na podpa­lenia zeznaje Karol Kot trzeciego dnia przesłuchań. I znowu nie trzeba go prosić o szczegóły.
   Również podczas tzw. okazania Kot de­monstruje nonszalancję. Kiedy Helena W. rozpoznaje w zabójcę, odpowiada: Po­dejdź bliżej kobieto, to do reszty wytoczę z ciebie farbę.
  12 lipca 1966 r. w prasie ukazuje się krótka informacja o ujęciu nożownika. Kraków od­dycha z ulgą. A prokurator czeka na wyniki obserwacji psychologiczno -psychiatrycznej podejrzanego.
   Biegli psycholodzy doszukują się, że w domu chłopca (ojciec inżynier, matka działaczka Ligi Kobiet) panuje oschła at­mosfera’ to mogło sprzyjać narastaniu agresji u nastolatka.
   W czasie pobytu na oddziale zamkniętym kliniki pacjent jest poddany różnorakim testom, przeprowadzono też z nim wiele wywiadów. Kot chętnie poddaje się wiwi­sekcji, nadal prowokując bulwersującymi zwierzeniami. Opowiada ze szczegółami, jak robił „duże zig-zig” cielętom. Wypijał ich krew. Lubił wydłubywać ptakom oczy. Marzył o ćwiartowaniu ludzi i spalaniu po­kawałkowanych ciał w komorach gazowych. Psychiatrzy z dwóch ośrodków medycyny sądowej nie dopatrują się u Karola Kota choroby psychicznej. Ale mają różne zdania co do poczytalności badanego.
Z dwóch odmiennych diagnoz prokurator wybiera opinię, że podejrzany może odpowiadać za swoje czyny.

128 PYTAŃ DO BIEGŁYCH
- Czy oskarżony chce złożyć wyja­śnienia? pyta sędzia na pierwszej rozprawie w maju 1967 r.
   Kot, potakując głową, zabiera się do poprawiania pozycji mi­krofonu. Raz, dwa, trzy, dobrze mnie słychać? Mogę zaczynać? upewnia się.
   Przedstawia przebieg wszystkich popełnionych zbrodni. Po zadaniu ofierze ciosów - uzupełnia akt oskarżenia nie chowałem od razu noża, aby nie zetrzeć krwi, którą chcia­łem zlizać w najbliższej bramie. Mówiąc to, uśmiecha się, robi miny do publiczności.
   W czwartym dniu rozprawy pada pytanie, czy widok noży, które leżą na stole sędziowskim jako materiał dowodowy, sprawia mu przyjemność.
   Tak, ale chciałbym z nich zrobić użytek.
   Czy uważa się za złego człowieka, który zbłądził? Żałuje tego, co zrobił? pyta obrońca.
   Gdybym mógł, mordowałbym dalej. Kiedy się okazało, że niektórzy wylizali się z moich uderzeń, wściekałem się, że spar­taczyłem robotę.
   Czy pan się modlił?
   - Tak, aby się udało planowane mor­derstwo.
   Wobec takich odpowiedzi decydujący głos należy do psychiatrów z dwóch ośrodków: Szpitala Psychiatrii Sądowej w Grodzisku Mazowieckim i kra­kowskiego Zakładu Medycyny Sądowej. Przez kilka miesięcy obserwowali Karola Kota. Jeden ze sprawozdawców prasowych wy­liczył, że obrońcy zadali biegłym 128 pytań.
   Występująca w imieniu psychiatrów z Krakowa dr Zofia Truszczyńska już w pierwszych słowach uprzedza sąd, że nie moż­na się wypowiedzieć ostatecznie co do poczytalności badanego. „Być może mamy do czynienia z osobnikiem o głębokiej psycho­patii sadystycznej. A być może po kolejnych badaniach okaże się, że jest to zespół charakteropatii będący wynikiem uszkodzenia ośrodkowego układu nerwowego. Trzecia ewentualność? Nietypowo przebiegająca schizofrenia”.
   Diagnoza ze szpitala w Grodzisku Mazowieckim nie potwierdza hipotezy kliniki krakowskiej. Nie ma danych, które by wskazywały na objawy choroby psychicznej czy uszkodzenia centralnego układu nerwowego, zarówno obecnie, jak i w przeszłości stwierdza dr Andrzej Różycki. Karol Kot nie jest psychopatą sadystycznym.
   Na wniosek obrony sąd powołuje ko­lejnych biegłych. Tym razem psychiatrów krakowskich reprezentuje ceniony lekarz, wykładowca Akademii Medycznej Karol Spett. Profesor nie ma wątpliwości, że oskarżony jest psychopatą. I choć nie wszyscy tak zdiagnozowani chorzy mają znacznie ograniczoną zdolność kierowania swym postępowaniem, Kot należy do tych, którzy nie odpowiadają za popełnione czyny.
   Biegli z Grodziska Mazowieckiego pod­trzymują swoją opinię.

KARA ŚMIERCI
Mowa końcowa prokuratora trwa kilka godzin, a zaczyna się od konkluzji: Karol Kot nie jest szaleńcem. Wyzbył się swego człowieczeństwa, ale to nie oznacza, że był nienormalny. Wiedział, co robi. Gdyby chciał, mógł sobie odmówić przyjemności zabijania. Zebrane dowody w śledztwie, ich weryfikacja podczas procesu dowodzą, że popełniając zbrodnie, ani na chwilę nie stracił panowania nad sytuacją.
   Wnosząc o wymierzenie oskarżonemu kary śmierci, prokurator zwraca się do sędziów: „Niech wyrok wasz, obywatele sędziowie, wyrok jedyny, jaki może zapaść w tej strasznej, ponurej sprawie, usunie raz na zawsze rozpostarty nad Krakowem cień krwawego wampira, przywróci zachwianą wiarę w człowieczeństwo natury ludzkiej”.
   Przewodniczący składu orzekającego Sądu Wojewódzkiego ogłasza wyrok: kara śmierci. W uzasadnieniu nazywa Karola Kota „bestią, która urodziła się na nieszczęście ludzi, na swoje własne i swoich bliskich’!
   Kasacja do SN zostaje oddalona, wyrok wykonano. I wtedy do środowiska praw­ników i biegłych dociera druzgocąca ich sensacja: sekcja zwłok wykazała, że Karol Kot miał rozległy guz mózgu. Skazano na śmierć chorego człowieka!
   Opinia społeczna dowiaduje się o tym wiele lat później.
KORZYSTAŁAM Z RELACJI PRASOWYCH KRYSTYNY GOLAŃSKIEJ, MARII OSIADACZ I BOGUSŁAWA SYGITA ORAZ Z NOTATEK ANONIMOWYCH AUTORÓW „ECHA KRAKOWA”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz