PiS - konstytucja 2010.pdf

sobota, 12 grudnia 2015

Goło, niewesoło



Zaczynając w łóżku z księdzem, skończyła z sądowym wyrokiem, oskarżona o nadszarpnięcie jego czci.

Czuła się kociakiem powiatu To­maszów Mazowiecki. Tak ją po­wiedzmy ksiądz X. leksykalnie omotał. Ją, Aleksandrę Grabolus, uśpioną erotycznie nauczycielkę WF młodzieży specjalnej, lat 40. Rozwódkę, zgryźliwie zdystansowaną na odcinku damsko-męskim. Podobnego konkorda­tu dusz, który nastąpił między nią a ks. X. - wikarym z parafii we wsi Poświętne, zapoznanym na szkolnej wigilii w 2005 r. - nie spodziewała się nigdy w życiu.
   Obecnie łyka proszki studzące myśli
samobójcze, wywołane zwolnieniem z pracy w pedagogice za próbę narusze­nia czci pokrzywdzonego. Podczas gdy ten ma się całkiem dobrze.


   Wniebowzięta
   Fatalnemu zauroczeniu sprzyjały okoliczności. Niedawno mąż odszedł do innej (w miłej atmosferze, z domu wziął tylko walizkę). Był 2004 r. Od tam­tej pory noce i dni płynęły Aleksandrze monotematycznie, żyła tylko dla tego dorastającego syna.
   Aż do wspomnianej szkolnej wigilii Anno Domini 2005 r., urządzanej jak co roku z przepychem, na której pojawił się ks. X., katecheta z innej placówki. Powitała go zwrotem dzień dobry, czym zniesmaczyła katechetkę: - Jak to tak potocznie do dusz­pasterza? Trzymał się z boku. Ktoś wyższy w hierarchii aprowidował opłatek.
   Nie zdążyli pomyć naczyń po strawie, gdy zadzwoniła katechetka z rumieńcem w głosie: - Czy może spełnić życzenie księ­dza i dać mu numer jej telefonu? Po kilku minutach kliknęła niezawoalowana proś­ba o spotkanie. - A weź no, idź! - chicho­tało żeńskie grono pedagogiczne.
   Następnego wieczoru podjechał pod dom. Wskoczyła niechętnie do markowego auta, dając się zabrać na zapozna­nie do ekskluzywnego bistro. Więc on to zakonnik Zgromadzenia Fili­pińskiego, a jego włoski patron, św. Filip Neri, był XVI-wiecznym stygmatykiem. Zaś credo filipinów brzmi: pokazywać ludziom, iż bycie wesołym i wierzącym nie wyklucza się.
   O takich rozmowach czytała wcze­śniej w literaturze kobiecej. On - zaciągając się markowym papierosem - słuchał cierpliwie jej rozwodowych perypetii. Rewanżował się opowieścią o swoim sercu zranionym przez kobietę, która wyjechała do USA z innym, a on, umartwiając się, spektakularnie schudł. W powrotnej drodze zatrzymał auto gdzieś na uboczu, chcąc ją wziąć w ra­miona. Jednak nie dała się tak od razu.
   Wręcz torpedował ją erotycznie drogą esemesową. Rozkręcał się zawsze w go­dzinach wieczornych, po ukończeniu posługi. Przeżywszy pół życia banalnie pod tym względem, odbierała te umizgi jako poetyckie. Pisał, że leży nagi z ogo­lonym miejscem intymnym. Jest gotów. Brałby ją. Czy też jest naga? W jakiej sie­dzi pozycji? Wyjadą na wakacje do cie­płego kraju. Itp. Zamykała się w pokoju i czytając to po kilkanaście razy, napa­wała się własną kobiecością.
   Wreszcie pozwoliła się zawieść na po­kuszenie do klasztornej celi. Prowadzo­na od podwórka przez kręte czeluści. Cela jak na filmach. Wersalka, ascetycz­ny regał, biurko, materac. Jednak miała dyskomfort z barłożeniem przez ścianę z bazyliką. Wzniesioną w XVII w. w stylu orientalnym na wzgórzu zwanym Dzie­wiczym. Z obrazem Matki Bożej Świętorodzinnej w głównej nawie, którego cudowność potwierdzono komisyjnie specjalnym dekretem. Onieśmielały koronujące obraz nazwiska: Stefan Wy­szyński w asyście Karola Wojtyły.
   Ks. X. językiem giętkim perswadował, by się nie krępowała. Wszak każdy z nas jest człowiekiem.

   Strącona
   Nawet babcia, osoba świątobliwa, roz­grzeszała ją, mówiąc: - Dziecko, właści­wie to dobrze, do domu ci nie przyjdzie, a przynajmniej porozmawiasz na wyso­kim poziomie.
   A był piękny również zewnętrznie. Zawsze w oparach stylowych wód kolońskich. Nadgarstek połyskiwał robiącym wrażenie zegarkiem, poza tym motor, trzy telefony komórkowe, a najtańsze, co się piło w celi, to były balantajny. Jego licówki na odrestaurowanym uśmiechu kosztowały 7 tys., podczas gdy jej - od­kładane miesiącami 600 zł. Stać go - ury­wał temat przychodów - bo mordą pra­cuje (być może użył słowa gęba).
   Jednak po pół roku temperatura ze stro­ny ks. X. zaczęła radykalnie słabnąć. Już nie zawsze był seksualnie gotowy. Wta­jemniczone koleżanki pedagogiczne, kibicujące tej miłości, zakupiły nową kartę SIM, by zorientować się w sytuacji.
   Głos żeński przedstawił się jako Ilo­na. Widziała ks. X. na Naszej Klasie i jest mocno zainteresowana zacieśnieniem kontaktu. Niestety, ma męża, preferuje relację pisaną. Operacyjną Ilonę zaczęły torpedować identyczne esy o ogolonym miejscu intymnym itp. W tym czasie od­pisywał do Aleksandry, że jest śpiący, lek­ko unosząc się gniewem. Po prowokacji z Iloną odbyli ostatni stosunek w klasz­torze. Cierpiała, wyczekując go niczym ojciec marnotrawnego syna. Mijały lata.

   Pokalana
   Niespodziewanie coś zaiskrzyło między nią a licealnym kolegą, kawalerem z czy­stym kontem damsko-męskim, bardzo zżytym z mamusią. Tak się złożyło, że pa­rafianką bazyliki na Dziewiczym Wzgórzu, której duszpasterzy! ks. X. Już na pierwszej randce zwierzyła się z tamtej zażyłości.
   Jednak chodząc z nim pod rękę przez Poświętne, robiąc zakupy w geesie, cału­jąc się na wiejskim sylwestrze, słyszała za plecami falsety, że ona to ten śmieć zaliczony przez wielebnego. Szmata. Bo tylko szmaty patrzą na księdza jak na mężczyznę. By nie drażnić mamu­si, niechętnie była wprowadzana przez partnera do domu. Mamusia zamykała przed nią kuchnię, jedzenie miała przy­noszone na piętro. Dochodziły ją słuchy, że nie jest jedyną, za którą ciągnie się opinia szmaty, kolportowana z niezna­nego źródła.
   Tuż przed Wigilią Anno Domini 2013, poczuwszy się misjonarką wszystkich szmat uwiedzionych na koloratkę ks. X., postanowiła zwrócić im twarz katego­ryczną prośbą o werbalne zadośćuczy­nienie z jego strony.
   Spotkanie aranżuje telefonicznie dwóch wtajemniczonych znajomych. Domagają się, by ks. X. w obecności Aleksandry Grabolus oraz swojego fili­pińskiego zwierzchnika, zwanego su­periorem, wyraził skruchę i przyznał do rozpusty. Inaczej sprawę upublicznią medialnie. Ks. X., nie mogąc sobie przypomnieć tej pani, niechętnie przy­staje na konfrontację dnia następne­go o godz. 19.15. Prewencyjnie składa na policji protokolarne zawiadomienie o mającym nastąpić przestępstwie, które nosi znamiona szantażu. Otóż - zawia­damia - boi się o swe życie i zdrowie, gdyż dwóch panów nagabuje go wieczo­rową porą (faktycznie, to był grudzień, wieczór zaczynał się już o czwartej).
   Jako pierwsi wchodzą do klasztoru znajomi, negocjują krótko formę zadość­uczynienia, po czym wychodzą, anonsu­jąc Aleksandrę. Wie, że w bazylice posługę pełni rodzony brat X., też filipin. Ale nie, iż w roli przełożonego. Wzburzona tym faktem wybiega z pomieszczenia, nie za­mieniwszy słowa. Tymczasem na klasztor­nym dziedzińcu słyszy komendę: - Halo, proszę poczekać, policja! Dwóch skutych znajomych już leży na bruku. Pilnowani przez kilkunastu funkcjonariuszy, poukry­wanych przed zasadzką w zakamarkach.
- No i co? - przechadza się po bruku supe­rior z rękami złożonymi do tyłu. - Będzie się pani teraz śmiała?
   Każdego w osobnym aucie wiozą na policję do Opoczna. Rozbierają ją do naga, by sprawdzić, czy niczego nie przemyca. Ma prawo do jednego telefo­nu. Ale komu dać wiadomość? Przecież rodzice dostaną zawału, a syn to jeszcze dzieciak. Pozbawiona sznurówek, wy­posażona w wygryziony koc i wrzucona do celi. Wyciągnięta po dobie z pomocą adwokata. Jej telefon jeszcze dwa mie­siące penetrują pod kątem planowane­go zamachu.

   Ukamienowana
   Na pierwszą rozprawę Aleksandry Grabolus, oskarżonej o uporczywe nękanie poprzez próby wymuszenia okupu na poszkodowanym, stawiają się dwaj filipini. X. w roli oskarżyciela, brat superior - świadka. Sędzia kart­kując akta, irytuje się, że romansem sprzed lat marnotrawią jej poświęcany na sprawiedliwość czas.
   Ks. X. przyznaje się do zbliżeń intym­nych odbywanych za obopólną zgodą z niejaką Aleksandrą. Mimo że w żadnej rozmowie z dwójką pośredników niejakiej Aleksandry domagającej się konfrontacji nie przewijał się wątek pieniężny, X. zmu­szony był powiadomić policję, gdyż roz­mowy te wyzwoliły w nim strach i obawę. Skąd miał wiedzieć, że nie chowają za pa­zuchą pistoletów? W dodatku jeden był potężnej postury, w garderobie dresa.
   Zostaje odsłuchana rozmowa nun­cjuszy Aleksandry z księżmi, zareje­strowana przez superiora ukradkiem. Z nagrania: rodzeni bracia, uzyskawszy wiedzę o charakterze szkody proponują zadośćuczynienie w postaci przeprowa­dzenia obrzędów liturgicznych w jej in­tencji. Opcjonalnie 7 tys. zł. Wysłannicy Aleksandry nie wyrażają aprobaty dla tej propozycji. Primo: nie o pieniądze tu chodzi. Zaś co do mszy, byłaby przebła­ganiem ośmieszającym.
   W styczniu 2015 r. sąd RP skazuje Aleksandrę oraz dwóch popleczników z art. 191 par. 1 kk za bezprawne groź­by karalne, kierowane razem i w poro­zumieniu względem poszkodowanego, na grzywnę 40 stawek dziennych liczo­nych po 30 zł. Fakt, że nie chodziło o pie­niądze, jest w ocenie sądu bez znacze­nia. Znamiona przestępstwa wyczerpuje groźba rozgłoszenia intymności ks. X., uwłaczająca jego czci.
   Skazani jeszcze szukają sposobu odpusz­czenia win za wstawiennictwem Agnieszki Łuczak, mediator w sądach apelacji łódz­kiej. Niestety, rozmowa o miłosierdziu z po­szkodowanym jest utrudniona, gdyż od­poczywa w USA. Pechowo wrócił ostatniej nocy przed rozprawą w drugiej instancji. Pani Łuczak podjechała pod klasztor prosić ks. X. o łaskę mediacji, zanim w Poświętnem zapiał pierwszy kur. Dopiero świtało. Szukany po celach, nie odnalazł się. - Wyje­chał na posługę - puściły oczko dziewczy­ny z klasztornej kuchni. - Widocznie ktoś umierał przed szóstą nad ranem i trzeba było pędem. Podtrzymano wyrok, poucza­jąc Aleksandrę G., że jako karana nie może uprawiać WF z młodzieżą.
   Ale nie ma obowiązku powiadamiać o tym przełożonej. Decyduje się rzecz przemilczeć. Piętno grzywny ma się za­trzeć po roku. Mijają wakacje. Z końcem września klika esów o wulgarnej treści: „Chciałaś mnie kurwo zniszczyć, a to nie mój przełożony dostał list, po którym mnie usunie”. Dzień później dyrektorka szkoły specjalnej otwiera kopertę: „Pragnę zwrócić się z uprzejmą sugestią odnośnie rozważenia rozwiązania stosunku pracy z nauczycielką skazaną wyrokiem karnym Aleksandrą Grabolus. Kontynuowanie jej zatrudnienia jest skandaliczne i będzie stawiać również Panią Dyrektor w nega­tywnym świetle, jeśli informacja ta wypły­nie do opinii publicznej, co może będzie miało miejsce, o ile sytuacja nie ulegnie zmianie. Życzliwy”.
   Odbywszy dyscyplinarkę z dyrektorką, sugerującą, by zwolniła się sama, godzina­mi kluczy po Tomaszowie Mazowieckim. Co teraz? Jak to powiedzieć rodzicom? (sympatykom PiS - to mało powiedziane). Synowi? Kibicujące tej miłości koleżanki częstują ją relanium na wyciszenie. Kil­ka dni udaje, że wychodzi do pracy, odczekując na parkowych ławkach. A oczy ma wygnite od szlochu. Po 25 latach w pedagogice.

   Pokutująca
   Od października na zwolnieniu lekar­skim z powodu całkowitego zapadnięcia się w sobie rozwiązuje krzyżówki przy kuchennym stole. Syn zmuszony jest zje­chać z Wrocławia, przerwawszy płatną magisterkę. Zanim ZUS przeleje świad­czenie, psychiczny letarg Aleksandry Grabolus musi udowodnić obiektywna komisja. Starzy rodzice oddają jej jed­ną emeryturę na przeczekanie, mimo że sami w finansowej zadyszce.
   A rada rodziców śle pisma z prośbą - niezwłoczny powrót ukochanej wuefistki ich specjalnych dzieci. Bo tęsknią. Myślą, że nasza pani je porzuciła. Szesnaścioro zostawiła w klasie, z wszelkimi bezdrożami umysłu. Umiała poruszać się po niuansach ich neuronów. Wiozła na prywatną działkę, gdzie zbierali grzyby - drewno na ognisko, a jej ojciec pokazy­wał im, jak zgodnie w ulach żyją pszczoły. Teraz lecą do niej na ulicy i przytulają się tak mocno, że gotowi przewrócić.
   Więc rada wyraża oburzenie kuriozalną karą. Nie wyobraża sobie sytuacji, w której wspaniały pedagog zostaje pozbawiony pracy z powodu współżycia z kapłanem. Jednak Aleksandra Grabolus nie ma już gdzie prosić o odpust. Rzecznik praw obywatelskich w zawiłym piśmie odmówił wstawiennictwa. Zaś u wesołych w wierze filipinów nie istnieje urząd przełożonego generalnego. Jedyni zwierzchnicy, jakich statutowo posiadają, to superiorzy wspól­not domowych. W tym przypadku rodzo­ny brat, przechadzający się po dziedzińcu z rękoma splecionymi z tyłu na wysoko­ści pośladków.
Edyta Giętka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz