PiS - konstytucja 2010.pdf

sobota, 5 grudnia 2015

Hokus-pokus, Ducha nie gaście!, Renament i Nokturn PiS-dur



Hokus-pokus

Wielu rodaków wita dziś kwiatami na ulicach zwycięską armię Prawa i Sprawiedliwości. Nic dziwnego - sami ją zaprosili. Siły wyzwo­leńcze wyzwalają nasz kraj szerokim frontem, zajmując bez większego wysiłku spróchniałe gniazda oporu III RE pozbawione amunicji, broni i żołnierzy. Służby specjalne, media publiczne, trybunały, prezydium Sejmu, komisje sejmowe - wszystko to pada łupem armii wyzwoleńczej bez większego oporu. Zaledwie kilka godzin po przyjęciu kapitulacji w Zgromadzeniu Narodowym, jeszcze słychać było „Tak mi dopomóż Bóg”, a zwycięska ofensywa po­stępowała w głąb kraju. Z ustępującego prezydenta zro­biono pospolitego złodziejaszka. Odprawioną premier potraktowano jak pokojówkę, z którą pan domu nie raczy zamienić dwóch słów podziękowania.
To, że skład nowego rządu ogłoszono, zanim ustąpił sta­ry, zanim prezydent powierzył misję jego utworzenia pani Szydło, świadczy, że elegancja i dobre maniery się nie li­czą. Przebierali nogami i nie mogli się doczekać. Jeszcze zanim pierwszy obywatel dowiedział się o składzie nowe­go rządu - wiedział już o tym każdy taksówkarz. Odgrywa­ny z namaszczeniem ceremoniał był tylko formalnością.
Pycha ich rozsadza jak siarka smoka wawelskiego. Po­przedników mają za nic. Wicepremier prof. Gliński, któ­ry wreszcie dosłużył się państwowej posady, powiedział z właściwą mu elegancją, że w ciągu minionych ośmiu lat Trybunał Konstytucyjny „nie sprawiał wrażenia nie­zawisłego” albo „niezależnego” (coraz gorzej słyszę i nie żałuję). Obrazić, dokopać, uszczypnąć-jak trudno się od tego powstrzymać. Często nagabywany przez repor­terki TVN Antoni Macierewicz nie przepuścił okazji, żeby dopiec tej stacji. Nowy szef dyplomacji był łaskaw powie­dzieć, że wśród ambasadorów „nie ma świętych krów”, a każda godzina dłuższego przebywania usuniętych sze­fów służb na ich stanowiskach stwarzała zagrożenie dla bezpieczeństwa Polski. Minister Waszczykowski często mówi, że w czasach PRL był represjonowanym uchodź­cą. Czy mógłby opowiedzieć szerzej o represjach, jakie go spotkały?

Najwyżej wzniósł się prezydent Duda, pokazując wy­miarowi sprawiedliwości, gdzie jest jego miejsce. Ułaskawiając byłego szefa CBA Mariusza Kamińskiego (oczywiście na siłę, wbrew woli samego zainteresowane­go), prezydent powiedział, że to jest sprawa polityczna, każdy wyrok sądu drugiej instancji wywołałby komenta­rze polityczne. Wobec tego prezydent postanowił wziąć to na siebie, „uwolnić wymiar sprawiedliwości” od nie­zręcznej sytuacji, jak gdyby jego decyzja polityczna nie była. Zwierzchnik nas wszystkich, będąc już w płaszczu, w zaimprowizowanej na korytarzu rozmowie z dzienni­karzami zbeształ z imienia i z nazwiska sędziego, który ośmielił się skazać pupila PiS. Oczom i uszom nie wie­rzyłem, że oto prezydent Najjaśniejszej w imieniu całego narodu traktuje sędziego jak sztubaka, który w dodatku za długo pisał uzasadnienie wyroku. Głowa państwa, najwyższy przedstawiciel władzy wykonawczej, w cza­sie pogawędki z dziennikarzami trans­mitowanej na cały kraj, daje po łapach sędziemu! Teraz już każdy sędzia w Pol­sce wie, jak ma orzekać, żeby nie narazić siebie i swojej rodziny. Oby sędziowie nie dali się zastraszyć. I oby zbyt często nikt nie spie­szył im z odsieczą, nie pragnął im ulżyć. Nie sądzę, żeby Hollande, Gauck czy Obama pozwolili sobie „uwolnić” wymiar sprawiedliwości w trakcie postępowania. Jedyna pociecha, jak mówi prof. Zoll, to że prezydent obawiał się, że sąd drugiej instancji może okazać się niezawisły.
Siły wyzwoleńcze prowadzą wojnę błyskawiczną, blitzkrieg. Nie zmarnowały czasu w porównaniu z rozmemłaną Platformą. Jak najszybciej uwolnić Kamińskiego, jak najszybciej przejąć służby, jak najprędzej rozprawić się z Trybunałem Konstytucyjnym (splamionym zresztą przez Platformę), błyskawicznie wyciąć PSL z Prezydium Sejmu, od zaraz ograniczyć dostęp opozycji do konfitur w sejmo­wej komisji ds. służb, jak najszybciej okopać się na Woro­nicza (TVP), Madalińskiego (PR) i na Brackiej (PAP).
Trzeba ze smutkiem przyznać, że przez minionych osiem lat Platforma i PSL nie zrobiły niczego, by umocnić niezawisłość tych instytucji-wina Tuska, tak często nad­używana i ośmieszana, tym razem jest chyba autentycz­na. Hokus-pokus i już pakiet demokratyczny przemienił się w pakiet autokratyczny.
Zwolennicy ułaskawienia ministra Kamińskiego wysu­wali coraz to nowe komiczne „argumenty”. Jeden był taki, że dopóki trwa postępowanie sądowe, Kamiński nie może objąć funkcji ministra, koordynatora służb specjalnych. Biedactwo! Chyba nikt nie traktuje tego argumentu serio, wszak nie ma ludzi niezastąpionych, o czym PiS, który stracił tylu swoich najlepszych synów i córek, a dziś rządzi niepodzielnie, wie chyba najlepiej.
Drugim argumentem na rzecz ułaskawienia byłego sze­fa CBA miała być jego krystaliczna uczciwość. Nie przyjął nawet odprawy, kiedy Tusk bestialsko wyrzucił go z CBA. Otóż Kamiński nie jest żadnym wyjątkiem. Wystarczą trzy nazwiska: Torquemada, Dzierżyński i Michnik. Ten pierwszy to jedna z najbardziej ponurych postaci wszech czasów, okrutny szef inkwizycji w Hiszpanii w XV w., pry­watnie złoty człowiek, znany z cnót nauki i pobożności. Był ascetą i wegetarianinem. Spał na deskach, nie nosił innego ubrania niż habit zakonny, pieniądze oddawał na Kościół, a mimo wszystko miał na sumieniu tysiące ofiar i zasłużył sobie na określenie „bestia Pana Boga”. O tym, jak skromny i wrażliwy był Feliks Dzierżyński, nie trzeba nikomu przypominać. No i wreszcie wróg publicz­ny nr 1 Adam Michnik, który - jako znany asceta - nie przyjął milionów, jakie mu przypadły w czasie prywaty­zacji „Wyborczej”, ale Polskę tak czy owak wyprowadził na manowce.

Przewiduję, że ukoronowaniem zwycięstwa armii wy­zwoleńczej, będzie zatknięcie biało-czerwonej na da­chu przy ul. Czerskiej i akt łaski ze strony prezydenta. Ułaskawienie Michnika przez Dudę byłoby dla niego największą karą.
Daniel Passent


Ducha nie gaście!
Naród polski, przynajmniej jego część, dał się wypro­wadzić w pole jak dziecko, a przecież to jest lud najmądrzejszy w okolicy, wiodący w regionie. Kiedy pp. Duda i Szydło odmieniali przez wszystkie przypad­ki słowa „zgoda, jedność, razem i wspólnie”, większość wyborców zamiast puknąć się w czoło i pomyśleć „zgo­da - z kim?”, sięgała jak lunatycy po listę nr 1. Pięćset złotych też piechotą nie chodzi. Jak kogoś zapytać, czy jest przekupny, to będzie oburzony. Ale sprzedać głos za pięć stów? Czemu nie? - wszak to dla dobra dziecka.
Kiedy prezes zapowiadał pakiet demokratyczny, czyli prawa i szacunek dla opozycji w Sejmie, nikt nie sądził, że chodzi o prawo do obradowania całą noc. Jak dzieci! Za czasów Platformy marszałek kończył debatę o dwu­dziestej i gasił światło, żeby zdążyć na kolację do Sowy. A dzisiaj każdy może zobaczyć, jak posłanka Pawłowicz wygląda w nocy.
Kiedy przyszła premier Szydło zapewniała, że nie wilk tylko baranek będzie ministrem obrony, elektorat ode­tchnął z ulgą i postawił na jedynkę. Kiedy wielki strateg {copyright by Andrzej Duda) ukrył Kaczyńskiego, Macie­rewicza, Pawłowicz i Ziobrę za kulisami, dorośli wyborcy uwierzyli jak dzieci, że straszny kwartet sobie poszedł. W nagrodę dostali jeszcze Beatę Kempę w roli ministra. Kiedy ich zapewniano, że nareszcie Polska będzie pań­stwem prawa - nie przeszło im przez myśl, że za kilka dni prezydent ułaskawi partyjnego kolegę w trakcie apelacji. Prawnik, prezydent Polski, strażnik konstytucji - na oczach kamer i dziennikarzy z imienia i z nazwiska zbeształ sędziego, który w majestacie Rzeczpospolitej ośmielił się skazać kryształowo uczciwego człowieka. Gdyby Barack Obama publicznie wychłostał sędziego, Ameryka - najstarsza demokracja świata - by się zago­towała. Kto by sobie na to pozwolił? Może prezydent Chin, o którego komunistycznym rodowodzie ostatnio było u nas cicho, bo nawiedził go nasz prezydent. Przez chwilę Chiny były jedwabne. Teraz znów będą z dru­tu kolczastego.
Od kilku lat partia prezesa opowiada bajki o ruinie i zgliszczach (podczas gdy faktycznie chyli się ku upad­kowi Platforma Obywatelska). Prezydent Duda bardzo zafrasowany jeszcze kilka dni temu mówił, jak jest źle, bardzo źle, oj, jak niedobrze. A co mówił polski minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak podczas swoje­go debiutu w nowej roli w Brukseli? Zapewniał Europę, że polskie służby graniczne są doskonałe, profesjonalne i znakomicie chronią zewnętrzne granice Unii. Czyli ko­lejny cud.
Mało cudów? Proszę bardzo: „Polska to kraj ogromne­go sukcesu” (!), Polska to kraj, który uważa, że polityka klimatyczna jest ważna, „Polska jest wzorem pod tym względem” - powiedział minister środowiska Jan Szyszko 26 listopada, przed konferencją klimatyczną ONZ w Pa­ryżu. Voila! Wczoraj maruder - dziś lider. Macie już dość cudów, czy chcecie jeszcze obejrzeć tę pamiętną fotogra­fię Beaty Szydło, która pozowała na tle ruiny, ale drugi raz jej tak nie pokazano, bo komu jest dobrze w ruinie?

Felietonista ma dziś żniwo jak śmierć w czasie cholery. Kiedyś najtrudniej było znaleźć co tydzień nowy temat, a teraz nawet nie trze­ba się schylać - po prostu klęska urodzaju. Lawina, powódź tematów i pomysłów. Weźmy choćby tę nieszczęsną flagę unijną. Kiedyś - cały felieton. Dziś - jeden akapit. Toż to prezent dla satyryków i komi­ków. Premier zapytana, dlaczego usunięto flagę, odpo­wiedziała tylko, że polska flaga jest piękna. Widocznie więcej argumentów nie przygotowano. A to jest przecież sygnał dla Rosji, że Polska nie trzyma się kurczowo Unii i - kto wie - może znów stanie się „bliską zagranicą”? Dla Brukseli to sygnał, że wartości europejskie - owszem, ale wyłącznie przelewem, a w ogóle to niech ten Tusk się pakuje, szczoteczka do zębów, i przed Trybunał Stanu. Broń Boże niech nie wynajmuje mieszkania na dwie ka­dencje, jak Komorowski. W taki sposób dbamy o pozycję Polski w Unii. Dla Berlina to sygnał, że nie przyjmiemy pierwotniaków i gruźlików. Jeżeli już, to interesują nas zdrowi, wykształceni chrześcijanie, a nie imigranci, do których tęskni „oszalałe lewactwo” [copyright by mi­nister Waszczykowski). Dla Chińczyków to sygnał, że jak przyjadą już ze swoim kapitałem i zobaczą jedną flagę, to nie będą wątpić, czy są już w Europie - czy jeszcze w Polsce? No i wreszcie sygnał na użytek wewnętrzny: Tu jest Polska, a nie żadne kondominium. Stąd hasło: Unijną szmatę wyprowadzić!
Niektórzy patrzą na to, co się dzieje, z troską i ze smut­kiem. A przecież można na to spojrzeć z nadzieją. Amba­sador Arabski odwołany z Madrytu. Zemsta? Boże broń! Raczej pierwsze zwycięstwo ministra Waszczykowskiego w walce z arabskim terroryzmem (copyright by internet). I jaka świetna zwolniła się posada! Panie ministrze - pro­szę o mnie pamiętać. Znam hiszpański, sprawdziłem się w Chile, Tusk i Kopacz trzymali mnie na uboczu, można powiedzieć, że byłem represjonowany. Chociaż, chociaż - może raczej wziąć WBK? Ukończyłem studia ekono­miczne, od lat mam w tym banku rachunek, po portugalsku też się dogadam. W odróżnieniu od premiera Morawieckiego ja się bankom zagranicznym nie wysługi­wałem, a mój tatuś nie usprawiedliwiał w Sejmie łamania prawa. (Ogłoszenie: „Zamienię dziadka w Wehrmachcie na ojca w Solidarności Walczącej”). Jeżeli chodzi o TVP czy o Polskie Radio, to nie mam szans, bo tam biorą tylko po stażu w PZPR.

A mimo to - głowa do góry! Były zabory, okupacja, so­cjalizm, demokracja, przeżyjemy i narodową spra­wiedliwość. Czytam akurat piękną książkę Elżbiety Mar­kowskiej i Katarzyny Naliwajek-Mazurek „Okupacyjne losy muzyków”. Nie wolno było grać polskiej muzyki. Najwybitniejsi - Panufnik, Lutosławski, Woytowicz - grali w kawiarniach. Państwo ich nie subwencjonowało. „Nie szkodzi, że nie mogłem grać Chopina - i tak grano go wciąż na koncertach prywatnych, a tych było mnóstwo. Nigdy jeszcze Warszawa nie tętniła takim życiem koncer­towym, jak w czasie okupacji”. Damy radę!
Daniel Passent


Renament
Jeszcze tegorocznej wiosny na warszawskim Krakowskim Przedmieściu w obecności ludzi jednej płci, wiary i wieku ks. Stani­sław Małkowski odprawiał egzorcyzmy, by wypędzić Zło z prezydenckiego pałacu. Kpiłem z tego, przyznaję. Najgorsze, że nie ja jeden. A tymczasem najwidoczniej się udało, bo żadnych nowych egzorcyzmów się nie szykuje. Dobro zalęgło się na dobre. I emanuje.
Prezydent Duda uwolnił wymiar sprawiedliwości od wy­miaru sprawiedliwości i koło demokracji się zamknęło. Ułaskawiając przeczysty kryształ, o którym spoufaleni mówią krótko Mariusz Kamiński, dał dowód stałości swo­ich poglądów. Cztery lata temu jeszcze jako poseł PiS prze­konywał w Sejmie, że ułaskawia się tylko osoby uznane przez sądy za winne. „Ułaskawienie nie jest uniewinnie­niem”. Jak mówił wtedy, tak dziś postąpił, tylko odwrotnie. Chyba na złość Kamińskiemu, który jeszcze w maju akt łaski nazywał bezczelnością.
Nową jakością trzeciej świeżości zalatuje od rządu, aż nos wykręca. Minister infrastruktury Andrzej Adam­czyk na pytanie dziennikarza, od czego zacznie dobrą zmianę, odpowiedział bez namysłu: „Wpierw musimy zrobić renament”. Ciekawe, czy o kolejnictwie wie tyle samo, co o języku ojczystym. Na razie wziął sobie do po­mocy wiceministra Jerzego Szmita, faceta, któremu dwu­krotnie odebrano prawo jazdy za wykroczenia drogowe. Teraz będzie odpowiadał za budowę szos i autostrad. Wy­bór pochwalił wicemarszałek Sejmu Brudziński: „Niedo­bre doświadczenia Szmita mogą się przełożyć na sprawne zarządzanie tym obszarem”. To świetny pomysł, uważam. Teraz minister spraw wewnętrznych Błaszczak na stano­wisko komendanta głównego policji powinien szukać kogoś, kto na przykład zabił teściową. Jego niedobre do­świadczenia mogą się przydać itd.

Szefem wojskowego kontrwywiadu został w rządzie PiS niejaki Piotr Bączek. Kwalifikacje? Opisał je Wojciech Czuchnowski w „GW”. Otóż w 2011 r. Bączek wsławił się uruchomieniem śledztwa, by usta­lić, kto na furtce jego domu umieścił martwą wiewiórkę. Uznał to bo­wiem za odwet za jego działalność polityczną u boku Antoniego Macierewicza. Wiewiórkę wprawdzie umorzono, ale furtka została i teraz śmiało wdarli się przez nią do MON znani nam już eksperci od pękających parówek, rozpylania cystern helu oraz sklejacze tekturowych samolocików, które podpalali za­pałkami w szopie. Oni wszyscy są znów tam potrzebni, bo minister Macierewicz zarządził, że wyjaśnienie kata­strofy smoleńskiej jest „najwyższym wyzwaniem i hono­rem Wojska Polskiego”. Obrona kraju to sprawa drugo­rzędna, niech się sam broni.

Tym bardziej że rząd „ręki milionopalcej w jedną miaż­dżącą pięść zaciśniętej” (Majakowski) musi teraz walczyć z pornograficznymi przedstawieniami w teatrach, kłamli­wą propagandą w TVP i nagradzanymi na świecie - czort wie dlaczego - antypolskimi filmami. A ja mam dla was taki pomysł, Towarzyszu Rządzie (też Majakowski). Czy nie prościej by było pewnej nocy po prostu unieważnić całą tę lewacką twórczość, a przy okazji „Wyborczą”, POLITYKĘ, Lisa, Żakowskiego i innych bezczelnych dziennikarzy minionego reżimu? Prof. Gliński, pierwszy wicepremier i minister kultury, ma chyba prawo kom­promitować się na własną rękę, szczególnie że świetnie mu to idzie. Jednak najlepszy pomysł ma Beata Kempa z biura pani premier. Żąda, by karać, kierując się nie obo­wiązującym prawem, ale dogmatami Kościoła - za sam zamiar, za samą myśl, że można np. wystawić na scenie laureatkę Nagrody Nobla. Albo „PanaTadeusza”, bo to też niezłe porno. Tytułowa postać - wiadomo - najpierw ciot­kę, potem siostrzenicę...
Stanisław Tym


Nokturn PiS-dur
Szkoda, że nie mamy prezy­denta. Niby ktoś go zastępuje, jakiś kancelista, ale to jednak nie to samo. Jeszcze nie tak dawno wydawało nam się - jemu chyba też - że został zaprzysiężony jako głowa państwa. Pamiętam, bardzo pięknie wtedy mówił. O potrzebie wzajemnego szacunku, budowaniu wspólnoty wszystkich Polaków bez względu na różnice poglądów. Wspominał również, że jest człowiekiem niezłomnym, człowiekiem wiary. Przysięgał stać na straży konstytucji, zresztą jej tekst specjalnie na tę uroczystość został ręcznie przepisany. Po awansie na kancelistę doszedł chyba do wniosku, że ważniejsze są dla niego widokówki wysyłane z No­wogrodzkiej. Też ręcznie pisane. Na jednej z kartek było: „Konstytucja utrwala postkomunizm w Polsce. Trzeba ją zmienić”. Po naszej ustawie zasadniczej jeżdżą zresztą również zapoznani wokaliści, sejmowi wspólnicy tego z Nowogrodzkiej, mó­wiąc o niej „postbolszewicka” i „kwachowa”. Może więc przysięga na taką konstytucję w ogóle się nie liczy, a jej strażnik Trybunał Konstytucyjny po­winien spalić się ze wstydu?
W każdym razie warto było zarwać tę jedną noc, by wysłuchać w Sejmie cyklu nokturnów PiS-dur, najnow­szego dzieła Jarosława Kaczyńskiego na temat powoływania i odwoływania sędziów TK. Solista Stanisław Piotrowicz, prokurator z czasów ciemnego PRL, w III RP znany z umorzenia sprawy księdza pedofila, a dziś przewodniczący komisji sprawiedliwości i praw człowieka, nawrzucał byłym przewodniczącym Trybunału. Poniżacie demokratycznie wybrany parlament - krzyczał. Im dłużej grzmiał na mównicy ten kryształowy obrońca ładu konsty­tucyjnego, tym bardziej Sejm zbliżał się do dna.
Zdemolowana Platforma Obywatelska postanowiła wyjść z sali i poszło jej to fantastycznie. Pochód nosił wy­raźne znamiona demokracji, czuło się, że posłowie mają bardzo wiele do powiedzenia. Potwierdziło się to w sej­mowych korytarzach, kiedy składali sobie gratulacje,
że znaleźli najlepsze wyjście. Jacek Sasin po raz pierwszy w życiu miał rację, gdy im doradzał: Zróbcie so­bie Trybunał na uchodźstwie.
Marszałek senior Kornel Morawiecki z Kukizowego zaciągu uznał za stosowne wznieść się ponad sejmowe naparzanki. „Prawo, które nie służy narodowi, to jest bezprawie. Ponad prawem stoi dobro narodu” - powiedział. I to właśnie chciała usłyszeć pisowska orkiestra: że prawo jest nieważne, ważne jest dobro narodu, a tym dobrem są oni - PiS, czyli Jarosław Kaczyński, nasz mąż opatrznościowy i Polak jak Węgier brunatny.
Tej pamiętnej nocy tylko debiutanci sejmowi z No­woczesnej nie pękli pod naporem pisowsko-kukizowskiego oceanu troski o ojczyznę. Posłanka Kamila Gasiuk-Pihowicz protestowała przeciwko upolitycz­nianiu Trybunału, mówiąc, że nie można uchwałą Sejmu skracać ka­dencji sędziów, bo są nieusuwalni. „Czy chcemy, by decyzja prezesa jednej partii była prawem?” - spy­tała. Wygięte w łuk triumfalny usta Jarosława Kaczyńskiego, krótki re­chot i słowa „dokładnie tak” były jego odpowiedzią. I jednocześnie zapowiedzią - kolejnych mętnych i tendencyjnych rozstrzygnięć. Choćby w sprawie Smoleńska. Już niepotrzebne jest międzynarodowe śledztwo ani wrak samolotu. Po­twierdził to fachowiec, wiceminister kultury Jarosław Sellin: „Tu-154 rozpadł się w powietrzu, bo były wybu­chy. To jest udowodnione”. Trudno z tym idiotyzmem dyskutować, ale wiadomo, że będzie po temu okazja.

Zakończę anegdotą. Rozmawia dwóch facetów (po­słów?) : - Wie pan, kolego, uczeni udowodnili, że każ­dy człowiek wykorzystuje tylko jedną trzecią swojego mózgu. - Tak? To bardzo możliwe. Ciekawe, co się dzieje z tą drugą połową.
Stanisław Tym

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz