PiS - konstytucja 2010.pdf

wtorek, 22 grudnia 2015

Oswajanie świata



Czuję w społeczeństwie tęsknotę za silnym państwem, która może kojarzyć się z ideologią faszystowską - mówi. W czasie spotkań czytelnicy pytają go
o politykę, grzechy Kościoła, a nawet o pornografię.

JACEK TOMCZUK

Spieszenie się z porównywaniem dzisiejszej Pol­ski do hitlerowskich Niemiec jest przedwczes­ne, budzi strach i zaciemnia umysł. Ciągle mamy wolność słowa, nie słyszałem o aresztowaniach czy wywózkach do obozów koncentracyjnych - przekonuje ks. Adam Boniecki we Wrocławiu na Targach Dobrych Książek.
Sala na 300 osób pęka w szwach. Ci, dla których zabrakło krzeseł, siadają na podłodze. Ktoś notuje, ktoś nagrywa komór­ką. Wielu trzyma na kolanach najnowszą książkę ks. Bonieckie­go „Abonent chwilowo nieosiągalny”. Były redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego” wspomina w niej 48 wybitnych, bli­skich sobie postaci: od Marka Edelmana, Barbary Skargi po Je­rzego Turowicza czy ks. Józefa Tischnera. Temat autorytetów, duchowych przewodników jeszcze się pojawi, ale ludzie chcą przede wszystkim wiedzieć, co ksiądz myśli o bieżącej polityce.
   - Przeciwnicy obecnej władzy muszą mówić spokojnie i kom­petentnie, żeby nie przegiąć w inwektywach, bo wtedy traci się wiarygodność. Nie ma też co się upierać, że wszystko to, co zro­biła PO, było świetne. Z drugiej strony wielu ludzi jest zachwy­conych, że nareszcie ktoś wprowadza porządek, skończy z tą obleśną, nieprzyzwoitą sztuką w teatrach, z rozpustą, przestaną obrażać nasze uczucia religijne. Ja już za długo gadam, co nie? - pyta ks. Boniecki.
   - Nieeee!!!! - odpowiada chór publiczności.
   - To taka starcza gadatliwość, a i tak rozkręcam się dopiero w trzeciej godzinie.
Śmiech z sali.
   I tak będzie już do końca spotkania: lu­dzie śmieją się z żartów księdza, cieszą z chwytliwych bon motów, łapią w lot alu­zje. Kiedy pada pytanie z sali, on wstaje z wygodnego fotela i podchodzi do pierw­szego rzędu. Potem wchodzi między ludzi.
W ruch idą aparaty fotograficzne.

MUR NIE DO PRZEBICIA
Rok temu ks. Boniecki trafił do szpi­tala, diagnoza: przemęczenie. Od tam­tego czasu chodzi o lasce, ale nie w czasie spotkania z publicznością. Jest lekko przygarbiony, ale krok ma pewny.
   - Mam wrażenie, że jest dość zmęczo­ny. Ale niech tylko pojawi się publiczność, odżywa, nabiera siły, jest cały dla ludzi - mówi Maja Kuczmińska z „Tygodni­ka Powszechnego”, która odpowiada za spotkania księdza z czytelnikami.
To we Wrocławiu odbywa się dzień po nocnym zaprzysiężeniu sędziów Trybunału Konstytucyjnego przez prezydenta Dudę.
   - To demokratycznie wybrany prezydent. Mam prawo prote­stować czy po prostu trzeba przeczekać do kolejnych wyborów? - pyta mężczyzna w kraciastej koszuli, wyraźnie zdenerwowa­ny Publiczność trochę się śmieje z naiwności pytania, ale ks. Bo­
niecki odpowiada poważnie: - Każdy ma prawo demonstrować. Tylko nic z tego nie wynika, jak pan pójdzie i stanie. Niech pan wymyśli coś lepszego. Chodzi o to, żeby było dobrze w Polsce, nie o to, żeby powiesić prezydenta - mówi.
   I dodaje: - Jeżeli ktoś mówi, że wola ludu jest ponad prawem, i Sejm go oklaskuje, to pytam: jak tak można? Jaka wola ludu? Komuniści tak twierdzili.
Ktoś inny chce wiedzieć, czy podzieleni Polacy potrafią ze sobą jeszcze rozmawiać.
   - Czasami trafiam na mur emocji nie do przebicia. Trzeba po­godzić się z tym, że niektórzy ludzie są tak przywiązani do swo­ich przekonań, że kiedy ktoś ma inne zdanie, stają się agresywni. Ja takich ludzi obchodzę szerokim lukiem i zwracam się do tych, którzy szukają, pytają - odpowiada.
   Kilkanaście dni wcześniej na rynku we Wrocławiu narodow­cy spalili kukłę Żyda, to tutaj działa ks. Jacek Międlar, sympaty­zujący z ruchem narodowym. Ktoś wypala: „Czy dużo księży pod sutanną nosi brunatną koszulę?”. Sala buczy, uznaje to za atak na ks. Bonieckiego.
   - W latach 70. w Rzymie na ulicy powiedziałem coś niepo­chlebnego na temat faszyzmu. Jakiś staruszek strasznie się na mnie wściekł, krzyczał, że faszyzm uzdrowił Włochy. Teraz czu­ję w polskim społeczeństwie tęsknotę za silnym państwem, któ­ra może kojarzyć się z ideologią faszystowską. Ale te tęsknoty są tak samo silne pod marynarką, jak i pod sutanną.
   A księża narodowcy? - Nie można używać Boga, ewangelii do nienawiści, za­bijania, niszczenia. Jeden czy drugi pro­boszcz powie: „muzułmanie zabiorą nam kościoły”. Jak będziemy do kościoła cho­dzić i będą pełne, to nam ich nie zabiorą. Spokojnie.
   Jeszcze goręcej robi się, gdy rozmowa schodzi na spektakl „Śmierć i dziewczy­na”, którego premiera odbyła się dwa ty­godnie wcześniej w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Mężczyzna deklarujący, że pochodzi z rodziny, która czyta „Tygo­dnik” od 1945 r., chce się dowiedzieć, czy pozytywna recenzja w „TP” oznacza, że pismo na stałe „będzie dostrzegać pozy­tywne aspekty porno”. Ludzie uznają py­tanie za prowokację, ale mężczyzna nie daje się zagłuszyć. Chce też wiedzieć, czy w 2003 r. ks. Boniecki siedział w pierwszym rzędzie na spektaklu, podczas któ­rego „spółkowało dwóch brazylijskich, błyskotliwych wirtuozów porno. I na dodatek ksiądz generał nie reagował”.
   - To, że we wrocławskim spektaklu jest scena tego typu, nie znaczy jeszcze, że cały spektakl jest porno. Czy mi się to podoba? Nie. Czy będę kontestował? Jedno wiem: nie ma lepszego spo­sobu na reklamę niż protesty kościelne. Tak samo było z Nergalem, darciem Biblii i krzyczeniem, za przeproszeniem, „Jedzcie to gówno”. Żałosny show, chamstwo, ale nie róbmy z tego woj­ny religijnej. Trzeba z tego balona spuścić powietrze, a nie jesz­cze bardziej nadymać, że to satanista. Jaki on satanista? Diabeł z jasełek.
   Ksiądz przypomina też sobie spektakl sprzed 12 lat. - Może to zabrzmi głupio i niewiarygodnie, ale tam była taka kotłowanina, że ja w ogóle nie widziałem tej sceny. Dopiero potem powiedzia­ła mi o tym Krysia Zachwatowicz, zresztą z największym obrzy­dzeniem. Przeszło mi to koło nosa - uśmiecha się.

SPOTKANIA, CZYLI TOUR DE POLOGNE
Słyszałam, że kiedy był naczelnym „Tygodnika”, takie spotkania były
rzadkością, jak ksiądz chciał się wypowiedzieć, to pisał artykuł albo przyjmował zaproszenie do mediów.
Wszystko się zmieniło w listopadzie 2011 roku, kiedy po programie „Kropka nad i” Moniki Olejnik otrzymał zakaz wy­stępowania w mediach - opowiada Maja Kuczmińska.
   Zakon marianów nakazał mu przepro­wadzkę do klasztoru w Warszawie i na­łożył bezterminowy zakaz występowania w telewizji, radiu i prasie. Powód? Ks. Bo­niecki nie dość gorliwie, jak na kościel­ne standardy, bronił obecności krzyża w Sejmie, a na dodatek stwierdził, że „po­wieszenie krzyża ukradkiem nie było for­tunne”. (Zrobili to pod osłoną nocy dwaj posłowie AWS).
   Władzom zakonnym nie podobało się też, że były naczel­ny „Tygodnika” krytykował klerykalizację życia społecznego w Polsce. Efekt zakazu można było przewidzieć: na spotkania z księdzem zaczęło przychodzić coraz więcej ludzi.
   - Zrozumiałem, że dla Kościoła jestem jak nieprzewidywal­ny synek dla rodziców - opisuje Boniecki. - Jak ma przyjść ktoś ważny do domu, to mówi się: „Masz tu dychę na kino”, żeby go nie było i żeby z czymś nie wyskoczył. Prowincjał, który zakazał mi wypowiedzi, był klerykiem, kiedy j a byłem generałem zakonu [wiatach 1993-1999 - przyp. red.]. W ten sposób się teraz rządzi. Ja nikomu takiego zakazu przez sześć lat nie wydałem.
   - Niektórzy bardzo się zdziwili, że ksiądz Boniecki tak po­kornie podporządkował się woli prowincjała - mówi Joanna Podsadecka, redaktorka książki „Abonent chwilowo nieosią­galny”. - Ale to konsekwencja jego wyboru z 1953 roku, tego, że kiedyś zdecydował się wstąpić do zakonu. Dla niego było jasne, że trzeba zrobić tak, a nie inaczej, skoro prowincjał ma takie życzenie.
    Piotr Mucharski, redaktor naczelny „Tygodnika Powszech­nego”, nie ma wątpliwości, że w całej tej historii chodziło tyl­ko o upokorzenie księdza, zakaz był demonstracją siły - Kiedy Kościół podejmie jakąś decyzję, to ostatnia rzecz, jaka przyjdzie mu do głowy, to powiedzenie, że popełnił błąd i teraz się z tego wycofa - mówi.
    Na czym polega siła Bonieckiego? - Adam jest wyjątkowym rodzajem księdza, który nie mówi ex cathedra, jest ciekawy ludz­kich rozterek, stara się na nie odpowiedzieć, jak tylko potrafi. On się nie gorszy. To nie jest facet, który dzieli twardo świat na naszą substancję kościelną i obcych, którzy chcą tę kościelną twierdzę wysadzić w powietrze - ocenia Mucharski.
   Przez trzy lata odbywał nieustanny tour de Pologne, duże miasta i miasteczka, biblioteki, szkoły, uniwersytety trzeciego wieku. Zdarzały się dwa, trzy spotkania dziennie.
   - Absolutna większość zaproszeń pochodzi od strony świeckiej - mówi Kuczmińska. Dlaczego? Boją się, wiadomo, że jest niewygodny, i nikt się nie chce narazić, zostać posądzonym o sprzy­janie. Kościół to wojsko. Po co kłopoty?

KOŚCIÓŁ JAK ARMIA
Ks. Boniecki pytany o kościół Polski odpowiada: poprawna odpowiedź to lud w drodze. Idzie za Chrystusem, jed­ni się ociągaj ą, inni gdzieś zboczyli, ale ten obraz jest najwłaściwszy. Doświadczyłem tego w Toruniu. Podczas wizyty poszed­łem odprawić mszę świętą do najbliższego kościoła. To był kościół Redemptorystów. Czekałem w zakrystii, przyszli ojcowie, a widząc mnie, mieli takie śmieszne miny (śmiech na sali). Jak już wychodziliśmy do ołtarza, jeden ojciec podszedł do mnie: „Przepraszam, ksiądz to jest ten ksiądz Boniecki?”. To była msza święta słuchaczy Radia Maryja, a jed­nak razem się modliliśmy. To było cudowne.
   - A ta mniej poprawna odpowiedź? - dociska prowadzący.
   - Kościół to armia, wojsko. Psychoza ludzi przygotowanych do boju. Atakujemy nieprzyjaciela, którego widzimy za każdym krzakiem, strzelamy słowem, ekskomuniką, czym się da. A przy tym Kościół jest podzielony, różnice dotyczą stosunku do re­formy Kościoła według wizji papieża Franciszka. Przeciwnicy są przekonani, że kiedy wrócimy do zasad ewangelicznych, to ten cały system władzy, struktury pewnych klas w Kościele, du­chownych, świeckich, biskupów, wszystko się rozpirzy.
Ksiądz opowiada też, co czuje, kiedy „Tygodnikowi” odmawia się prawa bycia pismem katolickim.
   - Nie przeczę, że jak mi ktoś pisze, że jestem głupi, lubuję się w zbieraniu medali czy że jestem rozsypującym się staruszkiem, jak napisał ostatnio jeden portal, to mnie nie obchodzi. Ale jak pi­szą, że nie mam prawa używać słowa „katolicki”, to boli naprawdę. To straszna bezczelność. To nawet lepiej, że „Tygodnik Powszech­ny” nie jest sprzedawany przez parafie - zapewnia ks. Boniecki i opisuje, jak wygląda dystrybucja katolickich pism przez kościoły.
   - Kiedy zostanie 10 niesprzedanych egzemplarzy, to pro­boszcz nie odsyła ich do kurii. Bo jak to wygląda, wszyscy sprze­dają, tylko nie on. No więc kupuje za stówę i ma spokój, nie? Można użyć do wyłożenia podłogi po umyciu. Nie chciałbym, żeby tak miało być z „Tygodnikiem”.

ŻYCIE CODZIENNE
Ksiądz dzieli tydzień na dwie części: poniedziałek i wto­rek jest w Krakowie, ma obowiązki w parafii św. Floriana (msza, spowiedź), kolegium w „Tygodniku”. Środa, czwar­tek są zarezerwowane na spotkania, potem jedzie do Warszawy, gdzie na blokowisku na Stegnach jest klasztor zakonu marianów. Ma tu obowiązki: rekolekcje, dni skupienia, opieka nad warszawskim Klubem „Tygodnika Powszechnego”.
   Jak mu się żyje w warszawskim klasztorze? - Staram się nie rozmawiać o polityce. Różnimy się z moimi braćmi w poglądach. Kiedy słyszę prowokujące wypowiedzi, zmieniam temat, proszę, by ktoś podał sól albo trochę więcej zupy - śmieje się.
   W niedzielę wraca do Krakowa. - Czas spowiedzi w Krako­wie dla księdza jest święty. On kocha Kościół i swoje obowiązki duszpasterskie. Powtarza, że taka jest jego rola, musi być zawsze - tej samej porze w konfesjonale - mówi Kuczmińska. - Nie od­mawia, kiedy ktoś chory chce się wyspowiadać w domu, potra­fi wsiąść w nocy w samochód i jechać kilkaset kilometrów, by udzielić ostatniego namaszczenia.
   - W redakcji „Tygodnika” jest masa lu­dzi przed trzydziestką, a jednak są z Ada­mem uroczo zakolegowani - mówi Piotr Mucharski. Ksiądz uczestniczy w kole­giach i ciągle rzuca żartami, ma anglo­saski dowcip. To jedna z jego strategii oswajania świata.
   Czy utrzymuje kontakt ze środowi­skiem kościelnym? - Oczywiście. Czasa­mi ktoś wyrazi solidarność, a ktoś inny wręcz przeciwnie. Są tacy, którzy woleliby, żeby ich z nim w żadnej poufałości nie wi­dziano. Nie wiem, jaką ma prasę w episko­pacie, ale chodzi do kardynała Dziwisza.
Słyszałem, jak kardynał mówił do niego „Adasiu”, to świadczy raczej o poufałości, która nie minęła. Sam Adam nie jest ty­pem człowieka frustrata, który napawałby się swoją krzywdą - opowiada Mucharski.
   W Krakowie ma prawdziwych od­danych fanów, niektórzy potrafią być uciążliwi: przychodzą do „Tygodnika”
-                      domagają się widzenia, czekają pod do­mem, dzwonią, ślą SMS-y. Ksiądz też dostaje obfitą korespondencję, często anonimową i niezbyt przyjemną. - To efekt tego, że jest się w życiu publicznym. Pro­ponujemy jako „Tygodnik” jakąś wizję Kościoła, która nie musi się wszystkim podobać, może budzić złość - mówi ks. Boniecki.

SPŁASZCZANIE, CZYLI ANEGDOTY I KREMÓWKI
- Bezwarunkowe autorytety nie są dzisiaj potrzebne, bo zwalniają ludzi z myślenia. Dla wielu to Jarosław Kaczyński czy ksiądz Rydzyk. I każdy, kto myśli inaczej, niech będzie wyklę­ty. Taką mamy dzisiaj epokę, że potrzeba oparcia, ojca, kogoś, kto stwarza klimat bezpieczeństwa - mówi ksiądz. - Niektórzy ubo­lewają, że w Kościele nie ma już takiego autorytetu, jak chociażby kardynał Wyszyński. A ja myślę, że to dobrze, że takiego autoryte­tu nie ma. Nie ma dziś oblężonej twierdzy, jaką był Kościół za PRL, więc tego typu wódz mógłby być nieznośny. Autorytetem dla katolików jest papież, ale jak się porozmawia z różnymi polskimi księżmi, to mówią: „A ten Franciszek, zamieszanie robi, populista”. Za mo­jej młodości to było nie do pomyślenia, żeby ksiądz tak powiedział o papieżu. Czy to źle? Dobrze, to bliższe prawdy, w duchu Francisz­ka jest to, żeby wystawić się na działanie oceny publicznej.
   Ktoś z sali zauważa, że autorytety są dzisiaj sprowadzane do żartów: ks. Józef Tischner do anegdot góralskich, a Jan Paweł II - kremówek. W ten sposób spłaszcza się autorytety.
   - Mnie też to brzydzi. Ale o papieżu opowiadam (śmiech). To spo­sób bronienia się przed ludźmi, którzy mówią coś niepokojącego. Upupiamy ich, żeby nie posłuchać tego, co do nas mówią. To nie­uniknione. Tak jest też z żyjącymi. Jak ksiądz wychodzi na ambonę, to wierni oczekują, że będzie mówił to co zawsze. Kiedyś na 3 Maja powiedziałem kazanie, że mieliśmy wspaniałe królowe z zagranicy, począwszy od pierwszej Dąbrówki, wymie­niłem kolejne, które były importowane. Powiedziałem, że najlepiej nam się uda­ła Żydówka. Zrobiło się nieprzyjemnie. Po co? O matce, królowej Polski? Trzeba było mówić o Częstochowie, Cudzie nad Wisłą. Tego się słucha, A ten wychodzi i mówi, że Żydówka - wspomina ks. Boniecki.
   - Wyśrubowaliśmy obraz księdza, zro­biliśmy z niego nadczłowieka, a teraz się wściekamy, że on nim nie jest. Z tego co pani mówi, wynika, że musielibyśmy zre­zygnować kompletnie z kazań, proszę bardzo, kto tu może głosić? Ostrożnie. Cza­sami ktoś, kto nie dorasta do ideału, może nam powiedzieć coś mądrego. Choć zga­dzam się, że arogancja księżowska czasa­mi jest nie do wytrzymania - mówi ksiądz.
    I opowiada taki dowcip: Pan Jezus mówi, że kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem w cudzołoż­nicę. Leci kamień w jej stronę i trafia. Jezus się odwraca i mówi do Marii: „Ma­musiu, tyle razy cię prosiłem, żebyś się nie wtrącała”.
Po spotkaniu sala pustoszeje powoli, kolejka po dedykację w książce ciągnie się na wiele metrów, - Babcia powiedziała, że­bym nie wracał bez zdjęcia z księdzem - mówi 20-letni student Siada obok gościa, prosi kogoś o zrobienie zdjęcia.
Współpraca Weronika Bruździak

Wszystkie wypowiedzi ks. Adama Bonieckiego pochodzą ze spotkania z czytelnikami4 grudnia na wrocławskich Targach Dobrych Książek w związku z wydaniem jego książki
„Abonent chwilowo nieosiągalny”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz