PiS - konstytucja 2010.pdf

niedziela, 20 grudnia 2015

Nietykalni



Gdy Kaczyński był premierem, Centralnym Biurem Antykorupcyjnym
zdaniem niezawisłego sądu dowodzili przestępcy. Ułaskawił ich prezydent Duda, aby mogli powrócić do władzy..

   Wiceprezes PiS Mariusz Ka­miński twierdzi - nie inaczej niż większość doświadczonych recydy­wistów - że skazano go „za niewin­ność”. Były szef CBA ma jednak zdecydowanie lepszą sytuację niż oni. Otóż sądy Kamińskiemu mogą „skoczyć”, ponieważ jego polityczni wspólnicy sprawują obecnie niczym nieograniczoną władzę. Prezydent Andrzej Duda spełnił prośbę koleżki o ułaskawienie. Mariusz, obecnie mi­nister koordynator ds. służb specjal­nych, okazał się człowiekiem nader wątpliwego honoru, bo obiecywał, że choćby go łamano kołem, to nie poprosi o protekcję. „Nie interesu­je mnie prawo łaski. Mnie interesuje pełne uniewinnienie przed sądem” - podkreślił Kamiński (27 maja dla radia RMF FM). Duda z kolei wy­szedł na łamacza Konstytucji oraz komedianta, bo ułaskawił osobni­ka, który wciąż jeszcze uchodził za niewinnego.
   - Postanowiłem uwolnić wy­miar sprawiedliwości od tej sprawy, w której zawsze ktoś by powiedział, że sądy działały na polityczne zlece­nie - próbował tłumaczyć prezydent. Innymi słowy: zrobił grzeczność Te­midzie. Bo kolega podobno wcale jej nie potrzebował. „Nie słyszałem, żeby ktokolwiek kwestionował krysz­tałową uczciwość Kamińskiego” - bredził w telewizji minister Andrzej Dera z Kancelarii Prezydenta. Gorą­co więc Derę namawiamy, żeby prze­czytał sobie ciąg dalszy tego artykułu na głos... Najlepiej kilka razy.
   Sąd Rejonowy dla Warszawy-Sródmieścia (w trzyosobowym skła­dzie zawodowym) orzekł, że były szef CBA i kilku jego podwładnych
dopuścili się przestępstwa. Przy słyn­nej prowokacji wobec wicepremiera i ministra rolnictwa Andrzeja Lep­pera (tzw. afera gruntowa) notorycz­nie przekraczali uprawnienia, zlecali fałszowanie dokumentów i podżega­jąc osoby trzecie do korupcji, sami

„wykreowali przestępstwo”.
   Wyrokiem z 30 marca 2015 roku Kamiński i jego były zastępca
Maciej Wąsik dostali za to po 3 lata więzienia, a podlegli im niegdyś dy­rektorzy Zarządu Operacyjno-Śledczego Grzegorz Postek oraz jego zastępca Krzysztof Brendel - po 2,5 roku. Wobec wszystkich orzeczo­no 10-letni zakaz zajmowania stano­wisk publicznych. Razem z Kamińskim Duda hurtem ułaskawił też pozostałych. Dwa dni później premier Beata Szydło mianowa­ła więc Wąsika sekretarzem stanu w Kancelarii Premiera. Będzie tam nieformalnym wice-Kamińskim. Po­stek prowadzi na razie „doradztwo w zakresie prowadzenia działalności gospodarczej”, a Brendel ma firmę detektywistyczną. Ale „szef wszyst­kich szefów” zapewne o nich nie zapomni.
   Akcję CBA przeciwko Lep­perowi zapoczątkowała działal­ność Andrzeja K., z wykształcenia prawnika, który zaraz po studiach zaciągnął się w 1990 roku do Urzę­du Ochrony Państwa. Po przeszko­leniu wywiadowczym w Kiejkutach zniknął z przestrzeni publicznej. Wypłynął w ZChN - za rządów Ak­cji Wyborczej Solidarność był do­radcą ministra łączności Tomasza Szyszki. Później pracował w Pol­skiej Agencji Rozwoju Przemysłu. Gdy Lech Kaczyński był prezy­dentem Warszawy, Andrzej K. zo­stał radcą prawnym stołecznego ratusza przydzielonym do obsługi biura edukacji. Dorabiał do pen­sji w radzie nadzorczej Warszaw­skiego Parku Technologicznego. W kwietniu 2006 roku wylądował we Wrocławiu, gdzie dostał posadę wiceprezesa spółki Telefonia Dia­log, „córki” kombinatu miedziowe­go KGHM. Załatwili mu ją senator PiS Jarosław Chmielewski i prze­wodniczący rady nadzorczej Dialo­gu Maksymilian Bylicki. Ten dru­gi, absolwent szkoły muzycznej na kierunku fortepianu, był wcześniej w Urzędzie m.st. Warszawy dyrek­torem biura edukacji, a następnie szefem zespołu doradców Lecha Kaczyńskiego. Podsumowując: An­drzej K. miał nadzwyczaj

   i jej otoczeniem biznesowym. Według naszych źródeł przez wiele lat pozostawał na tzw. niejawnym etacie Agencji Bezpieczeństwa We­wnętrznego, następczyni dawnego Urzędu Ochrony Państwa.
   Były dziennikarz Piotr Ryba wszedł z wiceprezesem Andrzejem K. w komitywę dzięki senatorowi Chmielewskiemu. Dostał w firmie Dialog etat dyrektora ds. logistyki. „Poznałem Rybę przez Ryszarda Czarneckiego (wtedy w Samoobro­nie, obecnie członek komitetu poli­tycznego PiS - red.) albo jakieś inne osoby z kręgów wrocławskich. Ryba i Czarnecki uchodzili za część inte­lektualną Samoobrony” - wspomina Chmielewski.
   Członkowie zarządu Dialogu podejrzewali Andrzeja K. o łapów­ki i ustawianie przetargów, ale zwle­kali z zawiadomieniem prokuratury. Postanowili działać po sygnale bi­znesmena Tomasza Kurzewskiego (producent filmowo-telewizyjny), że wiceprezes oferuje pośrednictwo w odrolnieniu dowolnych gruntów. Andrzej K miał sugerować, że może to załatwić dzięki układom w War­szawie. 7 grudnia 2006 r. wiceprezes
Dialogu Marcin Olewnik zawia­domił swojego „prywatnego znajo­mego” Kamińskiego o przekrętach przetargowych w spółce. Ponieważ CBA zlekceważyło tę informację, 11 grudnia Olewnik wraz z prezesem Sławomirem Szychem złożyli wi­zytę Adamowi Lipińskiemu (PiS). Był on wówczas szefem gabinetu po­litycznego premiera Jarosława Ka­czyńskiego i grzecznie wysłuchał, co goście mają do powiedzenia w spra­wie perspektyw i problemów spółki.

Wyraźnie się ożywił,
   gdy usłyszał o „możliwościach” Andrzeja K. dotyczących nierucho­mości. Natychmiast zatelefonował do Kamińskiego i jeszcze tego sa­mego dnia Olewnik i Szych zostali zaproszeni do siedziby CBA. Cze­kali tam na nich: Wąsik, Ernest Bejda (drugi z zastępców Kamiń­skiego) i Martin Bożek (dyrektor Samodzielnego Wydziału Prawnego CBA, wcześniej funkcjonariusz UOP i ABW). Ich również nie interesowa­ły łapówki w Dialogu, podniecali się za to tematem gruntów.
   Na polecenie Kamińskiego Bo­żek w towarzystwie oficera opera­cyjnego W.S. (były policjant) po­jechali do Wrocławia. 14 grudnia konferowali w hotelu z Szychem, Olewnikiem i Kurzewskim. Następ­nie agenci spotkali się w innym ho­telu ze ściągniętym tam przez Ku­rzewskiego deweloperem Jackiem Wróblewskim. To jemu Andrzej K. zaproponował we wrześniu 2006 roku interes z gruntami. Cztery lata później Wróblewski zeznał: „Popro­szono mnie, żebym zrelacjonował tę rozmowę z 26 września. Po czym pa­nowie z CBA zapytali, że skoro An­drzej K. już mnie zna, to czyja bym im nie pomógł. Że oni by podstawili jakąś nieruchomość celem przepro­wadzenia akcji. Stanowczo odmó­wiłem, więc poproszono mnie tylko o to, abym spotkał się z nim i powie­dział, że mam kogoś, kto jest znajo­mym moim i Tomka Kurzewskiego, a oni już dalej będą prowadzić so­bie sprawę. Najpierw nie było mowy o nagrywaniu. Później powiedzieli, że ktoś od nich będzie obserwował spotkanie z Andrzejem K. i nasza rozmowa będzie rejestrowana. Że dostanę jakiś gadżet [do nagrywa­nia]. I rzeczywiście dostałem niby gumę do żucia, którą nawet moż­na było częstować. Włożyli mi to do kieszeni marynarki. Proszono mnie, żeby tak poprowadzić rozmowę, aby pan K. wyartykułował kwotę, jakiej żąda za swoje usługi. Ale on nie sprecyzował, ile chce. Tylko powie­dział, że »bardzo, bardzo grubo«, bo interesują go wyłącznie duże nieru­chomości. Ta rozmowa z K. odbyła się 15 grudnia i nie trwała dłużej niż - minut. Po miesiącu

panowie z CBA poprosili
   mnie, żebym jeszcze spotkał się z tym podstawionym panem, który będzie występował jako właściciel gruntu (agent „pod przykryciem” przedstawiający się jako Andrzej Sosnowski - red.), i poinstruował go o procedurach odralniania”.
   15 grudnia CBA wszczęło spra­wę operacyjnego rozpracowania do­mniemanej korupcji w Ministerstwie Rolnictwa. Na podstawie danych z podsłuchów telefonicznych oraz pomieszczeń ustalono, że Andrzej K. utrzymuje kontakty z Rybą, a ten dobrze zna Leppera. I nic ponadto. Ale Kamińskiemu wystarczyło to do stwierdzenia, że K. „posia­da wpływy” w ministerstwie. 18 grudnia zatwierdził plan „operacji specjalnej”. Bardzo się spieszył, bo obecność Leppera w rządzie nie­miłosiernie uwierała Jarosława Kaczyńskiego. 11 stycznia 2007 r. Kamiński wystąpił do prokuratora generalnego z wnioskiem nr 002/07 o zgodę na „kontrolowane wręczenie korzyści majątkowej” Andrzejowi K. oraz „innym osobom ustalonym w toku kombinacji operacyjnej”. Za „pośrednictwo w załatwieniu w Mini­sterstwie Rolnictwa wyłączenia grun­tów z produkcji rolnej”. W uzasad­nieniu szef CBA podkreślił, że on i jego ludzie posiadają „wiarygodną informację” o panującej w minister­stwie korupcji. To przeświadczenie było rzekomo efektem rozmowy „przykrywkowca” Sosnowskiego z Andrzejem K.

Kamiński kłamał,
   bo do pierwszego ich spotkania w warszawskiej restauracji doszło dopiero 14 stycznia. Czas pokaże, że kłamał wielokrotnie. Przykłado­wo: czym innym jest płatna protek­cja, której objawy u Andrzeja K. były ewidentne (dla popełnienia prze­stępstwa wystarczy deklaracja, choć­by nieurzeczywistniona i niemająca żadnego faktycznego umocowania), a zupełnie czym innym domniema­na korupcja funkcjonariuszy pub­licznych pozostająca wówczas tylko hipotezą. Sąd w uzasadnieniu wyro­ku z 30 marca 2015 roku orzekł, że Kamiński, Wąsik, Postek, Brendel i Bejda „posiadali co najwyżej sygnał iż może dochodzić do korupcji w Mi­nisterstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi, którego nie sposób utożsamiać z wia­rygodną informacją o przestępstwie, co umożliwiałoby przeprowadzenie [zgodnej z ustawą o CBA] operacji specjalnej”.
   Wniosek nr 002/07 zaaprobo­wał 12 stycznia Jerzy Engelking, zastępca Zbigniewa Ziobry, cho­ciaż wedle obowiązujących wów­czas przepisów mógł to uczynić tyl­ko i osobiście prokurator generalny. Mimo że wciąż nie było żadnych śla­dów korupcji, 19 stycznia agent Sos­nowski dał Andrzejowi K. 10 tys. zł na „koszty własne”.
   Sąd nie miał wątpliwości, że do­szło do wykreowania przestępstwa przez CBA: „ W takiej sytuacji wy­danie zarządzenia o kontrolowanym wręczeniu korzyści majątkowej w celu weryfikacji wpływów [Andrzeja K.] w ministerstwie (...), a także swoi­stego sprawdzenia w ten sposób, czy w tej instytucji ma miejsce korupcja, było niedopuszczalne w świetle przepisów polskiego prawa. Zakładano bo­wiem podżeganie A.K. do wręczenia korzyści majątkowej w Ministerstwie Rolnictwa”.
   Agenci wypatrzyli 39,75 ha pod Mrągowem. Ziemia pozostawała
w rękach prywatnych, więc musieli sfałszować kwity, że jest ona włas­nością Sosnowskiego. Tylko i wy­łącznie ABW mogło wówczas wy­tworzyć im jakiekolwiek dokumenty legalizacyjne, bo Kaczyński dopiero 31 sierpnia 2007 r. wydał zarządze­nie o podobnych uprawnieniach dla CBA. Kamiński i jego ludzie posta­nowili więc

sfałszować dokumenty
   na własną rękę, nie bacząc na fakt, że popełniają przestępstwo. Sąd uznał, że Kamiński, Wąsik, Po­stek i Brendel „celem wyłudzenia poświadczenia nieprawdy przez pod­stępne wprowadzenie w błąd funkcjonańusza publicznego nie tylko zlecili podrobienie odpowiednich dokumen­tów, co ostatecznie nastąpiło, ale tak­że kierując działaniami osób podle­głych im służbowo, doprowadzili do wprowadzenia tych dokumentów do obrotu”.
   Poczynając od 27 stycznia, CBA zaczęło inwigilować kilkunastu par­lamentarzystów Samoobrony i pra­cowników biura partii. Sąd później ocenił, że „wręcz zabronionym przez prawo było występowanie o zarzą­dzenie kontroli operacyjnej wobec innych osób wyłącznie z tego powo­du, że pojawiały się w otoczeniu [An­drzeja K. i Piotra Ryby] czy odbywały z nimi spotkania, lub tylko dlatego, że były one członkami określonej partii politycznej”.
   Podsłuchiwano także urzędni­ków Ministerstwa Rolnictwa, jed­nak pominięto PiS-owskiego sekre­tarza stanu Henryka Kowalczyka, w którego gestii leżały decyzje doty­czące odrolnienia. Sąd dostrzegł to i podsumował: „Zważywszy na to, że [Andrzej K.] miał kontakty z polity­kami różnych ugrupowań, w tym po­litykami ugrupowania, które reprezen­tował H.K., wprost razi nieobjęcie go kontrolą operacyjną i świadczy dobit­nie o rzeczywistej motywacji oskar­żonych”. Teraz już się wyjaśniło: Ka­czyński dał Kowalczykowi posadę ministra bez teki w rządzie Szydło i obdarzył go funkcją przewodniczą­cego Komitetu Stałego Rady Mini­strów. Zawsze to był „ich” zaufany człowiek.
   Ustawa o CBA nie określa, na jaki maksymalny okres można zarzą­dzić operację specjalną. Najważniej­sze jest to, że absolutnie nie wolno jej przedłużyć. - Jeśli nie odbędzie się w zaplanowanym czasie to finito. We wniosku nr 002/07 Kamiński po­prosił o zgodę na trzy miesiące. Czy­li od 13 kwietnia działalność funk­cjonariusza „pod przykryciem” i jakiekolwiek „kontrolowane wręczenia” Andrzejowi K.

stały się nielegalne.
   Sosnowski zdążył jeszcze dać mu telefon komórkowy Nokia z zesta­wem akcesoriów. 5 kwietnia Kamiń­ski wystąpił z wnioskiem nr 006/07 o „przedłużenie czynności polegającej na wręczeniu korzyści majątkowej”.
I znowu nieuprawnioną aprobatę wyraził zastępca Ziobry (tym razem Tomasz Szalek). Sąd: „Jest to kolej­na okoliczność świadcząca o przekro­czeniu uprawnień przez Szefa CBA”.
   Operacja zaczęła się rozsypywać, bo rzekome „wpływy” Andrzeja K. nie istniały, a Ryba mógł co najwy­żej dowiadywać się w ministerstwie, jak sprawy stoją. Dodatkowym prob­lemem było to, że dokumenty doty­czące gruntów podrobili amatorzy. Urzędnicy z Mrągowa szybko zo­rientowali się, że sprawa śmierdzi przekrętem, i zawiadomili prokura­turę. Podobna informacja dotarła również do ministerstwa. Od koń­ca maja 2007 roku działający już bezprawnie Sosnowski przestał być bierny. Z polecenia swoich szefów odgrażał się Andrzejowi K., że jak ten nie przyspieszy odrolnienia, to zażąda zwrotu poniesionych kosz­tów. Krótko mówiąc:

szantażował i podżegał
   do przestępstwa. Nie na wiele się to jednak zdało. Sprawa gruntów miała swój głośny finał 6 lipca 2007 roku, kiedy to Sosnowski przyniósł do hotelu walizkę znaczonych pie­niędzy i usiłował wręczyć Andrzejo­wi K. 2,7 min zł. Po to, żeby zaniósł Rybie, a ten przekazał kasę wciąż nie wiadomo komu. Kamiński wymarzył sobie, że końcowym odbiorcą będzie ówczesny wicepremier Andrzej Lepper. Operacja spaliła na pa­newce - prawdopodobnie na skutek przecieku, którego źródła do dzisiaj nie ustalono. Ryba nie chciał słyszeć o wziątce, zaś Andrzej K. po przeli­czeniu gotówki uciekł z hotelu. Bez walizki. Obu panów CBA zamknęło i poddało obróbce. Za złożenie ze­znań obciążających Leppera zaofe­rowali im łagodne wyroki. Okazało się, że wiedza Andrzeja K., mimo jego najszczerszych chęci, jest nie­wiele warta, a Ryba poszedł w zapar­te i upierał się, że nie ma nic wspól­nego z korupcją. Obaj dostali więc zarzuty płatnej protekcji. Były funk­cjonariusz K. w nagrodę za współ­pracę z CBA został skazany na 54 tys. zł grzywny, a Ryba zainkasował 2,5 roku więzienia. W październiku 2015 roku Sąd Okręgowy w Warsza­wie uchylił ten wyrok i sprawa wróci­ła do ponownego rozpoznania.
   A co by było, gdyby nadzieje Kamińskiego się spełniły? Okazu­je się, że

byłby dramat.
   Sąd: „Brak zgody na operację spe­cjalną organu uprawnionego niwe­czyłby wszystkie zebrane w sprawie dowody (...). Prokurator Generalny w tym przypadku nie miał możliwości scedowania uprawnienia do wyraże­nia zgody na przeprowadzenie czyn­ności operacyjno-rozpoznawczych na swojego zastępcę”.
Podsumowując wszystkie do­konania Kamińskiego i spółki, sąd stwierdził, że wyłudzając zgodę na podsłuchy, permanentnie manipu­lowali faktami lub wręcz oszukiwali warszawski sąd okręgowy i prokura­tora generalnego.
   „Szef CBA [Kamiński] i Dyrek­tor Zarządu Operacyjno-Śledczego CBA [Postek] wskazywali w uza­sadnieniach okoliczności jawnie nie­prawdziwe” - zauważa sąd. W in­nym miejscu uzasadnienia czytamy, że oskarżeni „podchodzili do przepi­sów prawa w sposób lekceważący”, często „popełniali oszustwa proceso­we”, bo „mieli przekonanie o swojej wszechwładzy.
   A beniaminek Kaczyńskiego Mariusz Kamiński „zachowywał się, jak osoba stojąca ponad prawem, bo zlecał czynności, co do których już w początkowym okresie funkcjono­wania CBA był informowany, że prze­prowadzić ich nie może”.
   Teraz Duda mu załatwił, że wszystko będzie jak kiedyś...
ANNA TARCZYŃSKA

„Władza wykonawcza nie może kon­kurować z władzą sądowniczą, a Prezydent RP nie jest organem mo­gącym „uwolnić wymiar sprawiedli­wości" od sprawowania władzy w konstytucyjnie zakreślonym ob­szarze" (uchwała Zgromadzenia Przedstawicieli Sędziów Apelacji Warszawskiej z 23 listopada 2015 r.)





„Jako minister w Kancelarii Prezydenta RP( nadzorujący Biuro Prawa i Ustroju oraz Biuro Obywatelstw i Prawa Łaski w okresie od jesieni 2008 do lipca 2010, chciałbym tu z całą odpowiedzialnością oświadczyć, że (...) ułaskawia się osoby uznane przez sądy za winne. Ułaskawienie nie jest uniewinnieniem. (...) Trzeba też jeszcze raz przypomnieć, że akt łaski nie zmienia wyroku sądu i nie podważa winy skazanego, a z kodeksu postępowania karnego wynika wprost, że skazany może zasługiwać na łaskę m.in. wtedy, gdy cieszy się nienaganną opinią środowiskową i gdy doszło do naprawienia szkody wyrzą­dzonej przestępstwem" (oświadczenie Andrzeja Dudy z 8 marca 2011 r.).





„Przyznanie prezydentowi prawa do wiążącego nakazywania sądom umorze­nia postępowania karnego oznaczałoby przyznanie mu kompetencji do wyłą­czenia pewnej kategorii spraw spod zakresu wymiaru sprawiedliwości, co godziłoby w samą istotę władzy sądowniczej. (...) Zagrożony byłby również interes publiczny, gdyż prezydent mógłby w łatwy sposób pozbawić opinię publiczną prawa do wiedzy na temat nieprawidłowości, których dopuścili się funkcjonariusze publiczni" (opinia prawna Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka z 23 listopada 2015 r.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz