PiS - konstytucja 2010.pdf

środa, 9 grudnia 2015

Pani premier z końca wsi



Ksiądz z ambony pogratulował krajance, że tak wysoko zaszła. Spodziewał się oklasków. A tu cisza jak makiem zasiał. Za bardzo tu Beaty nie lubią.

ANNA SZULC

Czesław Smółka, sołtys wsi Przecieszyn, od 34 lat, na sam dźwięk nazwiska Szydło wy­raźnie się rozczula. - Człowiek z dumy pęka, że premierka właśnie z jego wsi, choć z samego jej końca! Że taka zwyczajna - tłumaczy.
Raz nawet - przypomina sobie - sąsiad widział Beatę Szydło w ogrodzie w gumow­cach. Synowa sołtysa widziała ją w Biedron­ce. A sąsiadka sąsiadki u miejscowej fryzjerki. - Niektórzy to robią sobie koafiury - opowia­dała potem - a nasza premierka nadal strzyże się na krótko. Garsonki też od lat takie same. Niebieskie głównie, czasem bordo. Tylko te limuzyny, którymi przyjeżdża do Przecieszyna, jakieś bardziej czarne i dłuższe niż przedtem. I ci faceci w czarnych garniturach. - Nie pasują do nas - mówi sołtys. - U nas ludzie są prości, skromni, cisi.

ZAPROŚ EDKA
Jednego takiego, co tu nie pasuje, spotkał niedawno w lesie Jan, emerytowany górnik. Wyszedł zza drze­wa znienacka. - Żeby chociaż normalnie zagadnął, a gdzie tam: drogę zagrodził i dowód każe wyciągać - wylicza nerwowo emeryt. Nie rozumie, jak tak można czło­wieka w lesie straszyć, wypytywać: a co tu robi, a po co przyszedł? Jak to po co? Nie widać? Grzybki w niedzielę sobie zbiera. A tamten, że grzybki to sobie może Jan zbierać najwyżej w tygodniu.
Bo w tygodniu Beata Szydło raczej nie pojawia się w rodzinnej wiosce, 1200 mieszkańców, głównie górnicy i byli gór­nicy. Przyjeżdża w weekendy, często wte­dy, gdy odbywają się festyny i jubileusze połączone z występami koła gospodyń wiejskich. W piątek wieczorem podjeż­dża wyboistą drogą na sam kraniec osa­dy, gdzie stoją dwa domy. W jednym mieszka matka pani premier, a w dru­gim jej mąż Edward, kiedyś też polityk, liberał, były członek Stronnictwa Kon­serwatywno-Ludowego. Poza tym peda­gog i przedsiębiorca. I jeszcze pszczelarz i myśliwy. Oraz, jak zachwalają sąsiedzi, dusza człowiek. Mówią: jak chcesz rozru­szać imprezę we wsi, zaproś Edka. Potań­czy, pośpiewa, kielicha wychyli, kawałem rzuci. Całkowite przeciwieństwo małżon­ki. Ostatnio trochę przytył, bo - ze względów wizerunkowych – przestał jeździć na polowania. Za to można go spotkać przed sklepem, na którym wisi tablica z reklamą czterech różnych firm udzielających kre­dytów typu chwilówki.
- Zawzięli się z tymi kredytami, ma­mią ludzi. Nic dziwnego, bieda u nas, brud i smród - wzdycha Krzysztof, miejsco­wy przedsiębiorca. Precyzuje: w Przecie- szynie śmierdzi, bo połowa wioski, mimo obietnic władz, nie ma kanalizacji, feka­lia mieszkańcy wylewają gdzie się da, naj­częściej pod osłoną nocy do rowów. Nawet ksiądz z miejscowego kościoła zauważył kiedyś ten smrodliwy problem, ale nie za­jąknął się, że kanalizację obiecywała Bea­ta Szydło, kiedy jeszcze była burmistrzem gminy Brzeszcze, do której należy Przecieszyn. -1 co? I gówno - zauważa przed­siębiorca. Po chwili, sentencjonalnie: do wszystkiego idzie się przyzwyczaić.
A jednak szlag go mało nie trafił, gdy niedawno ksiądz z ambony zaczął gratulo­wać sukcesów Beacie Szydło. Kiedy skoń­czył, spodziewał się oklasków. - A tu cisza jak makiem zasiał - śmieje się biznesmen. Śmieje się, bo wie, że Beaty nikt tu nie lubi, prawie połowa Przecieszyna popar­ła w wyborach Bronisława Komorowskie­go. Ale nawet ci, którzy głosowali na Dudę, niekoniecznie zrobili to z powodu obecnej pani premier.
- Prawda jest taka, że ludziom nie chce się klaskać dla Beaty, bo wielu jeszcze do­brze pamięta, jak było, gdy przez siedem lat rządziła gminą - wzrusza ramiona­mi Maria, urzędniczka, która zna obec­ną premier od dziecka. I wylicza: swojej następczyni Szydło zostawiła w spadku 9 milionów długu. Ale też ronda, basen i sklepy. Dziś w nieco ponad 20-tysięcznych Brzeszczach jest aż sześć dużych sklepów (to Szydło oferowała gminne zie­mie pod inwestycje). I rekordowo wysokie ceny za wodę, trzy razy wyższe niż w po­bliskim Oświęcimiu.
Brzeszcze to jednak przede wszyst­kim nierentowna kopalnia, której jesz­cze w zimie groziło zamknięcie. Pracowali tam i dziadek, i ojciec Beaty. Gdy na kopal­ni ogłoszony został strajk, Szydło zjawiła się od razu, by pomstować na wymierzo­ną w górniczy przemysł politykę Ewy Ko­pacz i PO. I tylko nieliczni pamiętali, że jako burmistrz była z kopalnią w sporach. Że właśnie przez kopalnię w urzędzie w Brzeszczach pojawił się komornik.
Dziś Brzeszcze są tak biedne, że likwi­dują straż miejską, choć w nocy po ulicach strach chodzić. Nawet miejscowi górnicy przyznają, że to nie tylko wina Tuska i Ko­pacz, że miasteczko ma kłopoty od czasu, gdy rządziła nim obecna premier.
- Ciągną się jak ten smród w Przecie- szynie - wzdycha górnik Łukasz. Wyjaś­nia: gdy Szydło zaczynała, Brzeszcze były gminą bogatą, w której miała powstać spe­cjalna strefa przemysłowa. Ale strefy nie ma. - Efekt? Opieka społeczna u nas nie wyrabia. Nawet pizzeria padła, bo ludzi nie stać na frykasy - martwi się.

PILNA BYŁA
Mała Beata chodziła do podstawów­ki w brzeszczach (a nie jak większość dzieci z jej sąsiedztwa do wiejskiej szkoły w Przecieszynie). - Nie bawiła się z naszy­mi, miała innych kolegów - mówi sołtys Smółka.
- Nie miała! Żadnych. Beata Szydło nie nawiązuje bliskich, ciepłych relacji, nie potrafi - zarzeka się urzędniczka Ma­ria. Taką właśnie zapamiętała ją z dzie­ciństwa: milczącą, wycofaną, chłodną. - Kończą się lekcje, Beatka chowa zeszy­ty i już jej nie ma. Idzie do domu odrabiać zadania. Zero prywatek, wagarowania z kolegami, plotkowania o najładniejszych chłopakach w klasie. I jeszcze ta twarz jak maska. Tylko jak dostała dwóję, to pąso­wiała. Ale częściej miała piątki, pilna była, zadania odrabiała na czas - dodaje.
- Na Beacie można polegać jak na Zawi­szy - twierdzi sołtys Przecieszyna.
- A kanalizacja? - dopytuję. Według Smółki to nie wina Szydło, tylko jednej pani, co zaprotestowała, jak chcieli przez jej pole rurę przeciągnąć.
Za to jak Szydło obiecała, że przybę­dzie na jubileusz miejscowego zespołu Przecieszynianki, to przybyła. Zawsze lubiła folklor. Z rodzinnej wsi wyjecha­ła w 1982 r., by studiować etnografię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Potem znalazła pracę w Muzeum Historycznym w Krakowie, zajmowała się głównie orga­nizacją pochodu lajkonika i Konkursem Szopek Krakowskich.
- To nie były łatwe czasy. Byłyśmy tylko we dwie, żadnego wsparcia marketingowców, działu promocji i organizacji wystaw, miałyśmy masę pracy - przyznaje Anna Szałapak, pieśniarka Piwnicy pod Barana­mi i ówczesna kierowniczka Beaty Szydło. Też zapamiętała ją jako osobę sumienną i pracowitą. I że już wtedy lubiła chodzić w niebieskich garsonkach.
Dlaczego zrezygnowała z pracy muze­alnika? - Racjonalny wybór. Dobrze prze­czuła, że rodzinne strony mogą jej dać większe możliwości - uważa Szałapak.
Szydłowie przenieśli się więc na sta­łe do Przecieszyna, Beata dostała pra­cę w ośrodku kultury w Libiążu, potem w Brzeszczach.
- Nieraz słyszałem od ludzi, że wtedy to była inna Beata niż dziś - zauważa po­chodzący z tej samej okolicy ksiądz i pub­licysta Kazimierz Sowa. Latem spotkał się z obecną premier na uroczystym jubi­leuszu stulecia liceum, do którego razem chodzili. - To miało być święto szkoły, a zrobił się festyn na rzecz PiS - wspomi­na. - Szydło przemawiała chyba trzy razy. Wielu innych absolwentów, w tym np. dwóch wybitnych krakowskich lekarzy, nie zaproszono - dziwi się ks. Sowa.
W 1998 r. Szydło wybrano na burmi­strza Brzeszcz. - Gwiazdą nie była, nie miała też w sobie tego, co cechuje najlep­szych lokalnych działaczy. Tego szcze­gólnego rodzaju empatii, wczucia się w problemy społeczności - mówi Kazi­mierz Czekaj, prawnik i samorządowiec z Małopolski. - Dla mnie była osobą po­zbawioną właściwości. Ale miała atuty: skromność, sumienność, pracowitość.
Byli współpracownicy do dziś pamięta­ją, że zostawała w urzędzie po godzinach. Opiekę nad domem i dziećmi przejęła jej matka. Razem z Edwardem zdecydo­wali się w końcu wysłać synów do szkoły z internatem, wybrali renomowaną szko­łę pijarów w Krakowie. Tu do dziś miesz­ka starszy syn Szydłów, Tymoteusz, który kończy seminarium duchowne. Młodszy Błażej studiuje medycynę.

RONDO IMIENIA BEATY
Marek Sowa, były marszałek woje­wództwa małopolskiego, dziś poseł PO i brat księdza Kazimierza, bywał w domu Szydłów. Beatę zna też z cza­sów, gdy zaczęła interesować się polityką. Był rok 2002, nieżyjący już Marek Na­wara, wówczas marszałek województwa małopolskiego, w ramach zainicjowane­go przez siebie ponadpartyjnego ugrupo­wania poszukiwał kandydatów do startu w kolejnych wyborach. Pewnego razu za­prosił do Chrzanowa grupę samorządow­ców, w tym m.in. Sowę i Szydło.
- Pojechaliśmy w kilka osób jednym sa­mochodem, ustalając wcześniej, że odma­wiamy Nawarze wspólnego startu - mówi Marek Sowa. Był w szoku, gdy podczas spotkania Szydło zdecydowała się przy­stąpić do obozu Nawary. - Kiedy wraca­liśmy, zapytałem ją, dlaczego zmieniła zdanie. A Beata, że to przecież marszałek, ma wpływy. Że ona rondo w Brzeszczach buduje, koparki zaczęły pracę. I że Nawa­ra może jej te koparki odebrać!
Zanim Szydło wstąpiła w 2004 r. do PiS, wypełniła deklarację członkowską PO. Ale jej nie przyjęto. - Przykre, ale kilku moich kolegów z regionu przeraziło się, że może zagrozić ich pozycji, zadecydowały inte­resy i ambicje - uważa Kazimierz Czekaj.
Dziś w Brzeszczach mówią, że może i Szydło szczególnie odważna nie była, ale zdarzało jej się narażać... księżom.
- Zarzucali jej, że nie urządza z nimi modłów, pielgrzymek, nie przemawia na kolejnej mszy w intencji poczętego życia. Że nie wiadomo nawet, co myśli o aborcji. I jeszcze flagi w domu nie rozwija w oknie w kościelne święta - wspomina Ewa, daw­na współpracownica Szydło z gminy. Pa­mięta, jak kiedyś szefowa po cichu rzuciła do podwładnych, że nie potrafi nabierać ludzi na ten cały Kościół.
Dlatego teraz Ewę pusty śmiech ogar­nia, gdy widzi Szydło z hierarchami
W jednym rzędzie. Zatonie widzi przy niej działaczy z Brzeszcz, którzy przez lata pracowali na sukces premier. I którzy ofi­cjalnie nadal ją popierają. - Zastanawiają się nawet, czy jedno z rond w Brzeszczach nie powinno się nazwać jej imieniem - nie może się nadziwić. Domyśla się, że lokalni działacze PiS mają Szydło za złe, że ich ze sobą nie zabrała do Warszawy.
- Może czuje, że premierem jest tylko na moment, więc nie chce ludziom ze swo­jej gminy mieszać w głowach i życiory­sach? - zastanawia się urzędniczka Maria.
Jan, emerytowany górnik, mówi, że ucieszyłby się, gdyby Beata Szydło prze­stała być premierem. - Znowu można by chodzić na grzybki także w niedzielę.
 Imiona niektórych rozmówców, Na ich prośbę zostały zmienione.
ŹRÓDŁO

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz