PiS - konstytucja 2010.pdf

niedziela, 19 stycznia 2014

Jak zostałem „resortowym wnukiem”



Fałszywi obrońcy moralności oburzeni „Resortowymi dziećmi” udają, że nie wiedzą, iż książka jest tylko dalece spóźnioną reakcją na dominację funkcjonariuszy informacji w mediach III RP. Spóźnioną i bardzo odległą od metod, które ci funkcjonariusze w przeszłości stosowali

Sławomir Cenckiewicz

Nie wspomnę o lustracji rodziców i dziadków słusznych ideowo publicystów niepokornych: nazwisk nie będę wymieniać, bo nie chcę zniżać się do poziomu tych trojga mistrzów słowa" - napisała oburzona Dominika Wielowieyska w „recenzji” „Resortowych dzieci" na łamach „Gazety Wybor­czej". W TOK FM mówiła, że książka Doroty Kani, Macieja Marosza i Jerzego Targalskiego to „de facto lustracja rodzin" i „jakiś rodzaj patologii, który opanował część naszego dziennikarstwa. Głupawy atak, przygotowany przez dziennika­rzy wątpliwej proweniencji zawodowej".
Podobnie stanowczo potępiających deklaracji jest ostatnio w prorządowych gazetach i portalach wiele. „Powiedziałbym, że to faszystowsko-komunistyczna metoda, by tępić i prześladować ludzi za urojone lub rzeczywiste grzechy rodziców. Tak się działo np. w ZSRR, gdzie dzieci wrogów ludzi trafiały do sierocińca.
Tę tradycję kontynuują autorzy tej książki" - wtórował Wielowieyskiej ścigający się ze wszystkimi w radykalizmie Wojciech Maziarski. Z kolei bezradny wobec ujawnionych na kartach „Re­sortowych dzieci” dokumentów na swój temat Jerzy Baczyński z „Polityki" ubolewa nad kształtem ustawy o IPN, która „daje oso­bom podającym się za dziennikarzy prawo wglądu we wszystkie akta dowolnie wybranych osób i robienia z nich dowolnego użytku". Naczelny tygodnika „Polityka" przyznał tym samym, że - działając w klasycznym konflikcie interesów - środowiska powiązane w przeszłości z tajnymi służbami PRL, a po 1989 r. odgrywające istotną rolę w mediach, były przeciwne ujawnieniu akt bezpieki, a dziś - po 14 latach istnienia IPN - opowiadają się za limitowaniem do nich dostępu.
Skutkiem takiego ograniczenia byłby brak dostępu opinii publicznej do wiedzy o własnej przeszłości. A przecież brak wiedzy o elitach jest jednym z fundamentów kłamstwa i przemocy intelektualnej w życiu publicznym, które od 1989 r. trawią system III RP. Ta prawda jest zresztą jednym z głównych moty­wów „Resortowych dzieci".

Z SYMETRIĄ NA BAKIER
W środowiskach bliskich Baczyńskiemu takie książki wywołują nieskrywaną histerię. Po prostu nigdy nie powinny powstać. Jednak w nagonce na trio Kania, Marosz i Targalski najważniejsze wydają się podwójna etyka i faryzeizm kryty­ków. Można by bez końca pisać o „pałkarskim" i „cynglowym" dziennikarstwie środowisk lewicowo-liberalnych w Polsce, które krótko po 1989 r. zaczęło od oskarżeń na temat „iranizacji Polski" przez Kościół katolicki i „Fiihrera” Wiesława Chrzanow­skiego, następnie przeszło do wysyłania polityków prawicy do psychuszek, a w ostatnich latach rozwinęło się w zorganizowa­ny przemysł pogardy.
Fałszywi obrońcy moralności, dziennikarskiego warsztatu, rozsądku, stylu i umiaru w publicznej debacie oburzeni „Resorto­wymi dziećmi" udają, że nie wiedzą, iż jest to tylko dalece spóźnio­na reakcja na dominację funkcjonariuszy informacji w mediach III RP. Spóźniona i bardzo odległa od metod, które ci funkcjonariusze sami w przeszłości stosowali. W towarzystwie dziennikarskich „baloniarzy" w o wiele większym stopniu niż wśród prawicowych publicystów obowiązuje droga na skróty.
Potwierdzeniem tego jest wybryk Cezarego Łazarewicza, który nie zaglądając do podstawowych dokumentów archiwalnych, na łamach „Newsweeka” - używając języka salonu - „zlustrował” ojca Lecha i Jarosława Kaczyńskich, przypisując mu niesłusznie - nie mówiąc już o kwestiach obyczajowych - m.in. członkostwo w PZPR i rzekome wyjazdy na „zagraniczne kontrakty do Anglii, Belgii, Ho­landii, RFN, Włoch i Libii”. Albo któż dziś pamięta, jak w 2005 r., przy okazji swojej historycznej rubryki w „Gazecie Wyborczej” (a jakże), Włodzimierz Kalicki krytycznie omawiał działalność pisarsko-lustracyjną Jędrzeja Giertycha względem marszałka Piłsudskiego, nadmieniając, że to przecież „dziadek posła i lustratora Romana Giertycha" [jak rozumiem, ówczesny zapał lustracyjny wnuka miał być odziedziczony po dziadku). Pamiętam zresztą, jak niektórzy dziennikarze słusznych mediów wydzwaniali wówczas do mnie w poszukiwaniu IPN-owskich haków na ród Giertychów. Kiedy jednego z nich zapytałem, dlaczego ewentualne papiery SB o znie­nawidzonych w tamtym czasie Giertychach mają być autentyczne i godne wykorzystania, a o Wałęsie z gruntu fałszywe i niegodne historyka, zawsze słyszałem w słuchawce ciszę lub pozbawiony sensu bełkot W każdym razie niemal natychmiast ustały pytania o możliwość dotarcia do haków na konkurentów i przeciwników.

„RZYG POKORNYCH"
W proteście przeciwko „Resortowym dzieciom" na łamach „Newsweeka” Marcin Meller opublikował emocjonalny tekst pod charakterystycznie „odważnym” tytułem „Rzyg niepokornych". Wy­daje się, że ma rację, zarzucając Kani, Maroszowi i Targalskiemu, iż wpisali go do książki jakby z rozpędu i „na dokrętkę", przesadnie podnosząc go do rangi „twarzy TVN" porównywalnej z Justyną Pochanke czy Moniką Olejnik, bardzo płytko (zaledwie pół strony!) opisując przy tym historię jego dziadka i ojca, nie mówiąc już o samym Marcinie Mellerze - istotnym działaczu warszawskiego NZS w drugiej połowie lat 80. (o czym mogłem przekonać się osobiście, mając w pamięci obrazy z lat 1988-1989 czy wertując później ma­teriały bezpieki). Czytając tekst Mellera, jego histeryczne porówny­wanie autorów „Resortowych dzieci" do propagandy z Marca '68 (insynuując z gruntu nieuczciwy zarzut antysemityzmu) i wymy­ślanie prawicy od „religii smoleńskiej", pomyślałem o własnym doświadczeniu związanym z akcją zaprzyjaźnionej trójcy - „Polity­ki", „Gazety Wyborczej" i „Newsweeka”, które sekwencyjnie w ciągu dwóch lat (2007-2008) opublikowały kilka tekstów fałszywie oskarżających mnie o bycie „resortowym wnukiem". Pomyślałem wówczas, że w sumie powinienem napisać tekst o - trawestując tytuł artykułu Mellera - „rzygu pokornych".

Można powiedzieć, że zaczęło się całkiem niewinnie. Ujawnio­na przeze mnie w 2005 r. (na łamach tygodnika „Wprost”) garść podstawowych informacji o nieznanym mi osobiście dziadku Mieczysławie Cenckiewiczu - funkcjonariuszu Urzędu Bezpieczeń­stwa - dała asumpt do ataków na mnie. Najpierw piętnowano mnie jako współczesnego Pawlika Morozowa, który w Związku Sowiec­kim stał się wzorem do naśladowania po tym, jak zadenuncjował własnego ojca jako kułaka. W tym duchu na łamach „Polityki" pisała w styczniu 2007 r. Ryszarda Socha: „Dziadka Sławomir zlustruje | później, jako pracownik IPN, podobnie jak starszy od niego Ryszard Terlecki zlustrował swego ojca Olgierda, znanego pisarza". Krótko § później (w lutym 2007 r.) do popularnego programu „Pod prąd" zaprosił mnie Jerzy Zalewski, który podczas wywiadu wrócił do sprawy dziadka z UB:
„W »Polityce« czytałem, że zlustrowałeś kogoś z własnej rodzi­ny. I był to - dobrze to odbierając - czyn heroiczny. A odbierając niedobrze: w sumie ten młody Cenckiewicz to Świnia, bo lustruje kogoś ze swojej rodziny”. Opowiedziałem więc Zalewskiemu, jak to z tym „lustrowaniem dziadka” było: „Moi koledzy z IPN zapytali, czy miałem w rodzinie kogoś takiego jak Mieczysław Cenckiewicz. Powiedziałem, że owszem, wiem o kimś takim. A osobę tę spotka­łem pewnie parę razy w życiu, gdy byłem małym chłopczykiem, tuż po urodzeniu. I to jest najpewniej mój dziadek. Ponieważ po odej­ściu mojego ojca mama wychowywała mnie sama, nie mieliśmy z tą rodziną żadnego związku. Dlatego może jest mi łatwiej o tym mówić. Rzeczywiście, noszę takie samo nazwisko i uznałem, że to historia interesująca. Opowiedziałem ją w tygodniku »Wprost«
[...]. Wspomniałem, że niejaki Mieczysław Cenckiewicz - oficer, major SB w Gdańsku, potem na tzw. etacie N, czyli niejawnym - był dyrektorem sopockiego Grand Hotelu. I tyle. I mogę powiedzieć, że był w tym sensie bardzo złym człowiekiem. Po prostu służył złej sprawie w zbrodniczym aparacie represji. Nie ma powodu, żeby to ukrywać”.

Sprawa „dziadka z UB" powróciła z nową siłą w 2008 r. na fali wydanej przez IPN książki „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii" (napisana wspólnie z Piotrem Gontarczykiem), ale już w zupełnie innej interpretacji. Od tej pory stałem się wyłącznie „resortowym wnukiem", który w rodzinie miał rzekomo poznawać „abecadło lustracji" (sic!). Taką „prawdę" o mnie i mojej rodzinie wyłożył wówczas w „Newsweeku" Mariusz Chudy: „Cenckiewicz lubi iść pod prąd. Lustracyjne ostrogi zdobywał w gronie rodzinnym. Zlustrował swego dziadka, długoletniego dyrektora sopockiego Grand Hotelu. Dogrzebał się informacji, że dziadek był wyso­kim funkcjonariuszem Służby Bezpieczeństwa. Swoich odkryć dokonał, będąc pracownikiem gdańskiego oddziału IPN”.
Zanim książka o Wałęsie ujrzała światło dzienne, zadzwonił do mnie Roman Daszczyński z trójmiejskiej „Gazety Wyborczej”, aby poinformować mnie, że przygo­towuje właśnie moją sylwetkę do sobotnio-niedzielnego wydania. Nagle podczas rozmowy wypalił ze swoim ha­kiem - sprawą dziadka z IJB - wyrażając opinię (niby pytając mnie), czy ktoś taki jak ja powinien w ogóle pracować w IPN, skoro miał przodka w bezpiece. Był zdziwiony, kiedy na ten szantaż zareagowałem infor­macją, że kilka lat wcześniej sam opowiadałem o tym w mediach. Po czym dodałem: „Był zbrodniarzem.
Nie mam nic wspólnego z tym człowiekiem. Mówio­no mi, że widziałem go, gdy miałem roczek. Potem mój ojciec odszedł i nie utrzymywaliśmy kontaktów”.
W końcu Daszczyński opublikował tyleż obszerny, co kłamliwy portret mojej osoby w „Gazecie Wyborczej".
W artykule „Cenckiewicz walczy z grzechem" śledczy Daszczyński odtwarzał przebieg służby dziadka z UB i informo­wał, że „teczka Mieczysława Cenckiewicza przechowywana jest w gdańskim IPN, wnuk zaglądał do niej dwa razy - nieoficjalnie w 2001 r. [nieprawda - przyp. S.C.] i oficjalnie - w marcu 2004 r. Wziął kilkadziesiąt stron odbitek. Przeglądałem ją. Gdyby Cenckiewicz napisał książkę o swoim dziadku, być może byłaby to jedna z bardziej wstrząsających opowieści o PRL".
Co jakiś czas Daszczyński wraca do dziadka z UB.
Kiedy w zeszłym roku na łamach „Do Rzeczy" opubliko­wałem artykuł o Danucie Wałęsowej, znów poniosły go nerwy i - nie wiedzieć dlaczego - zwracając się do mnie po imieniu, pisał w „Wyborczej", znów wypominając mi dziadka, ale i ojca (który notabene ani komunistą, ani funkcjonariuszem resortu nigdy nie był!): „Wiemy jesteś Sławomirze mądrości św. Augustyna? Modlisz się za twojego nieprzyjaciela Lecha i kochasz go? Bo jeśli nie, to może problemem nie jest Wałęsa, ale Ty sam, Twój ojciec lub dziadek. Do kościoła z takimi ranami za­wsze warto chodzić, ale niezależnie od tego jakiegoś psychoanalityka odwiedzić nie zawadzi".

„WNUK JEST TAKI, JAKI JEST”
Suflowany w ten sposób motyw „dziadka z UB" stał się trwałym elementem mojego biogramu w Wikipedii (z którym zresztą nigdy nie walczyłem). Podchwy­ciła to „osobista ikona" premiera Tuska, która stale stygmatyzowała mnie „dziadkiem z UB" i „ubeckim wychowaniem” przy milczącej akceptacji dzisiejszych krytyków „Resortowych dzieci". „Wiem, że Cenckiewicz tak wychowany z dziadka UBEKA wierzy w ich dzieło i ich opisy, nie jest wstanie uwierzyć w przeciwników dzieło i ich relacje. Więc od początku perfidna, zdradliwa, nieuczciwa walka wnuka ubeka Cenckiewicza i spółki" - pisał Wałęsa na swoim blogu w grudniu 2008 r. W lutym 2009 r. stanął na schodach swojego kościoła parafialnego w Gdańsku-Oliwie, by powtórzyć swoje kłamstwa o „wychowaniu ubeckim": „Jeśli chodzi o Cenckiewicza, to przypomnę, że jest on wnukiem ubeka, który strasz­nie gnębił Polaków. Takiego człowieka IPN dopusz­cza do dokumentów? Należałoby się zastanowić, czy nie trzeba zmienić prawa w tej kwestii. A poza tym, gdyby prześledzić drogę życiową Cenckiewicza ubeka, to może wyjaśniłoby się, dlaczego jego wnuk jest taki, jaki jest".
Słowa Wałęsy stały się niedzielnym newsem, bezmyślnie i aprobatywnie powtarzanym przez mainstreamowe media. Wydałem wówczas krótkie oświadczenie dla Polskiej Agencji Prasowej o następu­jącej treści: „W dniu dzisiejszym w drodze na poranną mszę świętą pan Lech Wałęsa udzielił dziennikarzom  prasy, radia i telewizji znieważających mnie oraz moją rodzinę wypowiedzi, a następnie media powielały tę wypowiedź w trybie permanentnym. Jako historyk najnowszych dziejów Polski i współautor książki »SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii« nie zamierzam komentować słów człowieka nieposiadającego zdolności honorowej, która pozwoliłaby mu dyskutować o własnej przeszłości. Pragnę jedynie przypomnieć, że sprawa podniesiona przez p. Wałęsę była przeze mnie wielokrotnie omawiana już kilka lat temu. W swojej pracy naukowej niezmiennie powta­rzam prawdę, że funkcjonariusze komunistycz­nego aparatu przemocy, a także osoby służące im jako tajni informatorzy działali przeciwko Polsce".

ANTYKOMUNIZM JAKO SKAZA GENETYCZNA
Gwoli prawdy przyznać należy, że ze zwarte­go bloku aprobujących wynurzenia Wałęsy na mój temat dziennikarzy wyłamał się Piotr Stasiński z „Gazety Wyborczej" który napisał wówczas: „Nie wolno nikogo obarczać winą za postępki jego przodka. Kto tak czyni, fatalne świadectwo wysta­wia samemu sobie". W polemikę z nim wszedł od razu prof. Bronisław Łagowski na łamach postko­munistycznego „Przeglądu": „Wypowiedź Wałęsy nie oburza mnie, przeciwnie, widzę dla niej wiele usprawiedliwień. [...] Wnuk oczywiście nie jest od­powiedzialny za tamto bicie; on jest tylko durniem i łajdakiem na własny rachunek. Jednakże jakieś dziedziczenie ma tu miejsce; nie jest to dziedzi­czenie winy, lecz wrodzonego draństwa”. I dalej:
„W odpowiedzi na wybuch zupełnie zrozumiałej złości Wałęsy pan Cenckiewicz, jego prześladowca, tak mówi o swoim dziadku: »Był zbrodniarzem. Nie mam nic wspólnego z tym człowiekiem«. Coś jednak wspól­nego ma - skłonność do prześladowania. Komunizm, -i antykomunizm to są w końcu fikcje. Rzeczywistość, która się za nimi kryje, nazywa się prześladowaniem. Dziadkowe UB i wnuczkowy IPN to nastręczone przez »historię« narzędzia prześladowań; odmienne, bo przystosowane do zmiennych czasów. Dziadek Cenckiewicz przystąpił do komunistów z pobudek idealistycznych, bo przecież pod rządami Piłsudskie­go kariery dzięki komunizmowi się nie robiło. Pewnie wolałby idealistą pozostać także po wojnie i zwalczać swoich wrogów politycznych za pomocą zasobów ar­chiwalnych, ale pech chciał, że dano mu inne środki: rewolwer, kajdany, celę zakratowaną i wilgotną, karcer i pewnie jakichś pomocników do bicia. Jego wnukowi tego nie dano, moż­na więc powiedzieć, że mu się poszczęściło, a przy okazji także Wałęsie. Wyznaję, że antykomuniści wychowani w komunistycz­nych rodzinach czy środowiskach to dla mnie bardzo zagadkowe, a zarazem odpychające osoby. Cenckiewicz nie jest najlepszym przykładem tej kategorii ludzi, bo między nim a jego dziadkiem z UB oddalenie jest większe niż w wielu innych przypadkach, ale zostańmy przy tym kazusie".
Tak oto dla jednego z najwybitniejszych myślicieli lewicy opi­sanie agenturalności Wałęsy stało się podstawą do wykazania, że komuniści byli idealistami, ale ich genetyczni potomkowie - jeżeli będą antykomunistami - staną się dziedzicami zbrodniczej prak­tyki. Gdybym związał się z partią „zaufanych ludzi KGB”, byłbym uwolniony od winy, ale skoro przystałem do gangsterki z IPN, to czeka mnie kara!

„W D... MAM TAKĄ WOLNOŚĆ”
Bluzgi Wałęsy wspierało liczne grono bohaterów książki „Resor­towe dzieci”. Publikując apele, wspierając listy otwarte i protesty żądające wyrzucenia mnie z pracy, stali się oni w istocie rzeczni­kami wykluczenia, z którym rzekomo tak usilnie walczą. Warto wspomnieć, że już w czerwcu 2005 r. Jacek Żakowski roztrząsał na antenie TOK FM kwestię zasadności przyznawania mi stopni na­ukowych (doktorat, habilitacja), Grzegorz Miecugow entuzjazmował się moim rozstaniem z IPN, zaznaczając, że nie czytał moich książek („Dziennik”, 18 września 2008 r.), a Tomasz Lis grzmiał w „Polska The Times” (20-21 września 2008 r.), że „w d... ma taką wolność", w której „Cenckiewicz i Gontarczyk piszą swoją PiS-torię”.
Cała ta formacja - psując przez lata jakość polskiej debaty pu­blicznej i stygmatyzując swoich przeciwników, sięgając niemal po każdy oręż - oburza się na „Resortowe dzieci", udając, że w gruncie rzeczy nie wie, o co chodzi. Oczywiście w kwestii „resortowych dzieci", w sensie ścisłym, chodzi wyłącznie o środowisko funkcjona­riuszy formacji, którzy czerpali korzyści z bycia członkami resor­towych rodzin i pozostali wierni swemu pochodzeniu, krzywdząc nie tylko bezpośrednie ofiary swoich dziadów, ojców i matek, ale także „dzieci resortowych ofiar”. W tym sensie ja nigdy nie byłem „resortowym wnukiem", gdyż z „dziadkiem z UB" nie łączy mnie ani wychowanie, ani związane z jego pozycją społeczną przywileje, ale też, z tych samych powodów, nigdy nie byłem „resortowym wyrod­kiem". Celnie ujął to ostatnio Bronisław Wildstein, którego wspo­mniany wcześniej Marcin Meller wymienił wśród prawicowych „resortowych dzieci”: „Może ktoś, kto używa mojego nazwiska w kontekście »Resortowych dzieci«, powie, co uzyskałem w PRL i co osiągnąłem w III RP dzięki środowisku, z jakiego się wywodzę? Na czym wypłynąłem, co mi pomagało, gdzie się znalazłem dzięki pomocy układów PRL-owskich lub postkomunistycznych?"
Osobiście żałuję, że właśnie takiej wyraźnej uwagi meto­dologicznej w książce Kani, Marosza i Targalskiego zabrakło, a przynajmniej nie znalazła się w niej gradacyjna systematyzacja problemu - od potomków KPP-owskich rodzin, poprzez klasyczne „resortowe dzieci" (potomkowie funkcjonariuszy bezpieki i milicji) i „partyjne dzieci" (potomkowie funkcjonariuszy PZPR), aż do du­chowych synów partii i resortu, którzy choć rodzinnie i osobiście nie spełniają tych kryteriów, przystąpili po 1989 r. do ideologiczne­go frontu obrony postkomunizmu. I warto byłoby taką opowieść o „Resortowych dzieciach" uzupełnić przykładami prawdziwych „resortowych zbuntowanych", tych, którzy się wyłamali z rodzinnych schematów i zależności, rezygnując tym samym z przywi­lejów przynależnych „resortowym dzieciom". Jednak to temat na zupełnie inną dyskusję...

DRzeczy

7 komentarzy:

  1. Ptoszę Pana - w tym natłoku form literackich oraz bogactwie wyrafinowanego stylu, brakuje mi przysłowiowego "Tak lub Nie". Być możę jestem zbyt prosty aby wszytko wyłapać, być może jestem niedoukiem z wrodzonym "tempogłowiem",... ale poproszę o jasne dwa może trzy zdania komentarza, w których zawrze Pan swoją prawdę na ten temat. Proszę pozwolić maluczkim też zrozumieć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co tu rozumieć? Tak, dziadek był UB-bekiem. Nie, nie on zafundował mu stypendium w USA.
      Panie Cenckiewicz, tak trzymać.
      Pańskich książek nie czytam, wzrok już nie ten, a i niehumanistyczne wykształcenie są przeszkodą. Za to ma Pan we mnie wiernego słuchacza.
      Powodzenia...

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  2. ras sierpem raz mlotem pisową cholote !!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Cenckiewicz o czym ty właściwie piszesz? To, że Twój dziadzio był ubekiem to fakt i co z tego. Nie mogę cię za to winić. Natomiast, że ktoś ci nadał tytuł dr hab a nawet stopień dr to jest żenada i hańba. Tyle błędów metodologicznych i ten język, nielogiczny z takimi konstrukcjami stylistycznymi, że nie wiem kto to rozumie oraz ewidentnymi błędami merytorycznymi. Nikogo zatem nie dziwi fakt, że mogłeś się obronić tylko UKSW, bo tam wszystko przechodzi. By absolwentem tej uczelni na każdym poziomie to wstyd i hańba.Ten tekst jest na to dowodem. Niezrozumiały, nie logiczny z licznymi błędami gramatycznymi i logicznymi, nic dodać nic ująć. Możesz być jakimś autorytetem dla kogoś takiego jak ten Dad Kom (no cóż przynajmniej chłop przyznał się, że ma braki w wykształceniu to i wielu kwestii nie pojmuje, nie jego wina)ale nie dla mnie i wielu innych. Mam nadzieję, że w końcu znajdziesz się tam gdzie twoje miejsce czyli w więzieniu, oj już niedługo wyjdą na świt dzienny te machlojki z pieniążkami, oj wyjdą.......

    OdpowiedzUsuń
  4. Proszę dalej działać i robić swoje, poszukiwanie prawdy, tej nawet bolesnej dla kogoś, jest w końcu lecznicze. Mam pewność, że kiedyś Pańska działalność zostanie właściwie doceniona. Gratuluję mocnych nerwów i wyjątkowej kultury osobistej.

    OdpowiedzUsuń
  5. A może jest tak że dzisiaj mści się pan na Wałęsie za to że obalił komunizm i musi pan tyrać, coś ciągle udowadniać a nie żyć z UB-eckiej emeryturki dziadunia. A tak na marginesie. Zarzuca pan Wałęsie że chodził na smyczy UB-ecji ale dzisiaj sam pan z tymi UB-ekami spotyka się jak z najlepszymi przyjaciółmi, pije wódkę i spisuje ich wypociny jako świętości nad świętościami. Trochę pokory bo kryształowy pan nie jesteś.

    OdpowiedzUsuń