PiS - konstytucja 2010.pdf

sobota, 18 stycznia 2014

Pajęczyca



Kiedyś wysyłała Jarosławowi Kaczyńskiemu kasztany, które miały neutralizować negatywne promieniowanie. Od kilku lat posyłana jest przez PiS na kluczowe misje medialne. Janina Goss, bo o niej mowa, ma teraz zrobić porządek w „Gazecie Polskiej Codziennie”.

Piotr Śmiłowicz

Posiedzenie zarządu woje­wódzkiego Porozumienia Centrum w Łodzi, połowa lat 90. Zarząd debatuje nad jakąś ważną uchwałą. W koń­cu, po kilku godzinach, jej treść zo­staje uzgodniona i przegłosowana. W tym momencie na salę wpada Janina Goss. - Co wyście podjęli za uchwałę? - pyta. I dodaje: - Zaraz zadzwonię do pani Jadwigi Kaczyń­skiej i to odkręcę. I rzeczywiście, po jakimś czasie jest telefon z centrali PC w Warszawie, że uchwała ma być anulowana.
To anegdota, którą do dziś opo­wiadają sobie działacze PiS, żeby pokazać sposób działania Janiny Goss. Osoby tyleż tajemniczej, co wpływowej - kiedyś w PC, a dziś w Prawie i Sprawiedliwości. Choć formalnie pełniącej tylko funkcję skarbnika łódzkich struktur partii.
Ostatnio o Janinie Goss jest gło­śno w związku z wydarzeniami w „Gazecie Polskiej Codziennie”. Drugi tydzień września. Na czołów­kach wszystkich mediów informa­cja o prowokacji, jaką dziennikarz „GPC” przeprowadził wobec preze­sa gdańskiego sądu okręgowego Ry­szarda Milewskiego. To pierwszy ta­ki przypadek, by materiał z bardzo wyrazistego politycznie i niszowe­go dziennika tak mocno przebił się do mainstreamowych mediów. Ale akurat wtedy samej „Gazety Pol­skiej Codziennie” nie można nigdzie dostać.
Jest dostępna tylko w War­szawie. To efekt zerwania umowy ze spółką Rejtan, która zajmowała się przewożeniem gazety z drukarni do kolporterów. Zerwanie tej umo­wy to była jedna z pierwszych de­cyzji, jakie podjęła Janina Goss, gdy została prezesem wydającej „GPC” spółki Forum. A została prezesem po tym, jak większość udziałów w Forum przejęły podmioty gospo­darcze związane z PiS.
Po jakimś czasie zostaje zawarta umowa z nową firmą transportową i „GPC” wraca do kiosków w całym kraju. Ale straty są nieodwracalne. W dodatku, także decyzją pani pre­zes, część zespołu nie dostaje wy­nagrodzeń. Chcieliśmy spytać Jani­nę Goss o przyczyny jej decyzji, ale była dla „Wprost” nieuchwytna.
Wśród osób zainteresowanych sprawą panuje opinia, że Goss ze­rwała umowę ze spółką Rejtan, bo związany z nią jest teść Toma­sza Sakiewicza, naczelnego „GPC”. Niektórzy podejrzewają, że Goss w imieniu Kaczyńskiego będzie
chciała bezpośrednio wpływać na pracę redakcji i linię pisma. Któ­re co prawda ma poglądy zbliżone do PiS, ale do tej pory redagowa­ne było przez dziennikarzy, a nie polityków.
Pewne jest jedno. Jakiekolwiek decyzje będzie podejmować Jani­na Goss, będzie to na pewno zgod­ne z wolą Jarosława Kaczyńskie­go. Bo jest to osoba, którą obdarza on szczególnym zaufaniem. Któ­ra nie pierwszy raz została posłana w trudną medialną misję.
Janina Goss to postać w łódzkim PiS na poły legendarna. Jednak opinie o niej są niemal jedno­brzmiące: apodyktyczna, konflik­towa, charakteropatka, pociągająca za wszystkie sznurki. To ona ukła­da zawsze listy wyborcze, a zara­zem unika obejmowania odpowie­dzialnych funkcji. Samotna, nie lubi kobiet. Zdecydowana, dobra organizatorka, bezgranicznie odda­na Jarosławowi Kaczyńskiemu.
Według zgodnych opinii łódz­kich działaczy PiS Goss karierę za­wdzięcza przede wszystkim bliskiej znajomości z Jadwigą Kaczyńską, matką Lecha i Jarosława. Ta znajo­mość miała się zacząć na początku lat 60., gdy Jarosław i Lech kręci­li w Łodzi film „O dwóch takich, co ukradli księżyc”. Bracia mieli wte­dy mieszkać wraz z mamą u Janiny Goss lub jej rodziny. Goss jest jed­nak zaledwie siedem lat starsza od braci, więc w tamtym czasie mu­siała być dorastającą panną. - Sły­szałem tę historię, ale nie bardzo w nią wierzę. Gdy w 1990 r. przyjmowałem Janinę Goss do Porozu­mienia Centrum, chyba nie znała jeszcze braci Kaczyńskich - mówi Wiesław Urbański, pierwszy prezes PC w Łodzi.
Łódzcy działacze nie pamięta­ją jej z burzliwych lat 80. - „Soli­darności” i podziemia w stanie wo­jennym. Ale już w latach 90., jako działaczka PC, była zaprzyjaźniona z Jadwigą Kaczyńską i przyjeżdżała na niedzielne obiady do jej żoliborskiego domu. Przy okazji przywozi­ła pani Jadwidze zioła na poprawę zdrowia. Bo właśnie parzenie ziół to jedna z pasji Janiny Goss.
Przyjaźń z Jadwigą Kaczyńską i udział w rodzinnych obiadach si­łą rzeczy zbliżyły Janinę Goss do Jarosława Kaczyńskiego. Któremu z kolei miała przekazywać - jak re­lacjonowała w 2007 r. „Gazeta Wy­borcza” - kasztany neutralizujące negatywne promieniowanie. - To B
podobny przypadek jak Małgorza­ty Raczyńskiej, kontrowersyjnej szefowej telewizyjnej Jedynki za rządów PiS - opowiada była dzia­łaczka Prawa i Sprawiedliwości.
- Podobno Lech Kaczyński, który rzadziej bywał na tych rodzinnych obiadach, miał nieco chłodniejszy stosunek do Janiny Goss niż Jaro­sław - dodaje.
Porozumienie Centrum było w latach 90. targane konfliktami. Jednak Goss, która w tych konflik­tach miała swój udział, do końca zo­stała przy Jarosławie. To pozwoliło Jarosławowi wymienić ją w wyda­nej w 2006 r. książce „O dwóch ta­kich...” wśród najbardziej spraw­dzonych działaczy, obok Ludwika Dorna, Przemysława Gosiewskiego czy Adama Lipińskiego.
Gdy w 2001 r. powstało PiS, od początku odgrywała w nim klu­czową rolę. Nie chciała startować w żadnych wyborach, formalnie pełniła tylko funkcję skarbni­ka. Łódzcy działacze wiedzieli jed­nak, że jej opinia może być kluczo­wa dla ich dalszej kariery w partii. To wtedy przylgnęło do niej prze­zwisko Tekla - od pajęczycy Te­kli z „Pszczółki Mai”. Partię mia­ła bowiem oplatać siecią swoich wpływów. - To ona decydowa­ła, kto jest w łódzkim PiS ważny, a kto przepadnie - opowiada łódz­ki działacz, proszący o zachowanie anonimowości.
Janinę Goss charakteryzowało nie tylko zachowanie, ale i oryginal­ny sposób ubierania się - na ogół w długie, powłóczyste szaty, często robione własnoręcznie na drutach.
- Nieraz się zdarzało, że na uroczy­stościach 11 listopada, gdzie wszy­scy uczestnicy pojawiali się w ciem­nych ubraniach, Goss przychodziła ubrana w jaskrawe kolory. To po­wodowało, że niektórzy nie trakto­wali jej poważnie - opowiada łódz­ki polityk.
Szczególną misję Goss otrzyma­ła oczywiście w czasie, gdy PiS by­ło przy władzy. Została posiana na newralgiczny, medialny odcinek. Wiosną 2006 r. została członkiem rady nadzorczej TVP, wybranej przez nową KRRiT, zdominowa­ną przez PiS, Samoobronę i LPR. Formalnie Goss miała pewne przy­gotowanie do zasiadania w radzie - z zawodu jest prawnikiem, przez lata pracowała jako radca praw­ny w samorządowym kolegium odwoławczym, wojewódzkim in­spektoracie ochrony środowiska,
PSS Społem i Banku Gospodarki Żywnościowej. Ale jak twierdzi in­ny członek rady w tym czasie To­masz Rudomino, o mediach miała słabe pojęcie. - Choć piliśmy ra­zem herbatę, w sprawach telewizji mieliśmy kompletnie inne poglą­dy. Nie mogę powiedzieć, że była znawczynią materii - wspomina Rudomino. - Była za to uczynna, punktualna. Bardzo lubiła rozmawiać o sadzonkach, kwiatach i ro­ślinach w ogóle. Chyba się na tym dobrze znała - dodaje.
W lutym 2007 r. to Goss wyko­nała misję błyskawicznego odwoła­nia Bronisława Wildsteina z funkcji prezesa TVP. Na Wildstenia zapadł polityczny wyrok liderów koali­cji i jeszcze tego samego dnia zwo­łana została rada nadzorcza TVP.
To Goss złożyła formalny wniosek o odwołanie prezesa „za brak kon­taktów z radą”. Następcą Wild­steina został Andrzej Urbański, a Goss w nagrodę objęła stanowi­sko przewodniczącej rady nadzor­czej TVP. Pośpiech był spowodowa­ny tym, by uprzedzić ewentualną próbę zablokowania akcji przez przewodniczącą Krajowej Rady Ra­diofonii i Telewizji Elżbietę Kruk, przeciwną odwołaniu Wildsteina.
Przy odwołaniu Wildsteina to Goss rozdawała karty. Potem jed­nak nie była w stanie zapobiec za­wieszeniu Andrzeja Urbańskiego i powołaniu na p.o. prezesa TVP Piotra Farfała.
W 2009 r. minister skarbu Alek­sander Grad w trybie nagłym wyga­sił kadencję rady nadzorczej, w któ­rej zasiadała Goss. Zaraz potem została jednak powołana do rady nadzorczej Polskiego Radia, w ra­mach koalicji medialnej PiS-SLD. Zasiadała w niej do 2011 r., po czym wróciła do Łodzi.
- Dopóki Janina Goss będzie miała wpływ w łódzkim PiS, tak długo ta partia w Łodzi nie będzie istnieć - mówi Agnieszka Wojcie­chowska, dziś liderka PJN w Łodzi, która przez lata współpracowała z Goss w PiS.
Potwierdzają to inni. Goss zarzą­dza partią nie tylko z tylnego sie­dzenia, ale w sposób trochę ana­chroniczny. - Zebrania wyglądają jak spotkania u cioci na imieninach. Zaczynają się od tego, że ona siedzi za stołem prezydialnym, a działacze wpłacają jej składki jako skarbniko­wi. Bo ona nie uznaje czegoś takiego jak przelewy bankowe. Potem jest rozmowa, z tym że często nie ma żadnego protokołu, porządku ob­rad. Bywa tak, że ktoś zaczyna coś mówić, a Goss mu przerywa i mó­wi: „Siadaj, Kaziu, ja im powiem” - opowiada działacz PiS.
Dziś PiS w Łodzi ma zaledwie kilkuset członków. Człowiekowi z ulicy bardzo trudno się zapisać, bo często natyka się na nieufność Goss, której zdarzało się już drzeć na oczach innych działaczy dekla­racje członkowskie. W ubiegłym roku w łódzkim PiS znów doszło do czystki. Większość czołowych działaczy znalazła się poza partią, wprowadzono zarząd komisarycz­ny, a komisarzem został zaufany Ja­niny Goss. Tym razem pretekstem była zbyt bliska współpraca z PO. Gdy Goss zostawała szefową rady nadzorczej TVP, powiedziała swoim łódzkim kolegom, że „jedzie robić porządek do stolicy”. Czy w takim razie prezesowanie spółce Forum to ostatni przypadek takich „po­rządków”? Zważywszy na zaufanie, jakim niezmiennie darzy Goss Ka­czyński, chyba nie.
A podana niedawno przez kogoś na Facebooku informacja, że Goss może zostać kandydatem PiS na premiera, wcale nie musi być tylko czarnym humorem.       


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz