PiS - konstytucja 2010.pdf

piątek, 17 stycznia 2014

Fałszywe oskarżenie

Polecam również inną wersję : Miłosierdzie jak na lekarstwo

Wszystko wskazuje na to, że najczęściej przywoływany w mediach jako dowód szalejącej w Kościele pedofilii przypadek był sfingowany

MARZENA NYKIEL
Cała sprawa wygląda jak scenariusz z dobrego sensacyjnego kina. Na­stolatka oskarża księdza o upicie i molestowanie. Nie ma świadków, nie ma dowodów, są poszlaki. Starszy od niej o 30 lat proboszcz, znający dziewczynę od przed­szkola, wszystkiemu zaprzecza. W jego obro­nie staje ponad dwa tysiące parafian, których podpisy widnieją pod listem do arcybiskupa. W wersję dziewczyny wierzą pojedyncze osoby. Mimo to sąd wydaje wyrok skazujący, biskup usuwa księdza z parafii, zaś media nazywają go pedofilem. Duchowny nie daje jednak za wygraną. Zdobywa dowody swojej niewinności i przekazuje je prokuraturze. Ma nagrania, na których nastolatka przy­znaje, że sprawa była ukartowana. Prokura­tura gubi dowody i umarza sprawę.

Ks. Mirosław Bużan był proboszczem parafii św. Jadwigi w Bojanie k. Gdyni od początku jej istnienia. W1997 r. odkupił od brata działkę z budynkiem w surowym stanie. Folia za­miast okien, siennik rozłożony na betonie - tak wyglądała pierwsza plebania. Choć po­trzeby budowlane były duże, szkolne pensje przeznaczał na posiłki dla uboższych dzieci, a latem organizował kolonie w założonym przez siebie ośrodku. Jego zapał promienio­wał na mieszkańców. W trzy lata postawili na wzgórzu piękny kościół, przy którym ksiądz wybudował przedszkole, sprowadził kucyki i stworzył mały zwierzyniec. Ze starannością dbał też o wnętrze świątyni. Z Dortmundu ściągnął organy, gdy dowiedział się, że można je zdobyć za półdarmo. Dziś konku­rują z oliwskimi. W tysięcznej parafii kwitło życie wspólnotowe, ministranci, chór, oaza, koła biblijne. Przyjeżdżali rekolekcjoniści, misjonarze i wierni z Trójmiasta. - Od zera budowaliśmy parafię i materialną, i duchową. To było niezwykłe doświadczenie. Wszystko to zostało nam z dnia na dzień zabrane - mówi jedna z parafianek.

Rekonstrukcja zdarzeń
5 grudnia 2009 - dzień, który wywrócił bojanowski świat do góry nogami. 15-letnia Aleksandra M., którą ks. Bużan przygotowy­wał do bierzmowania, zadzwoniła z prośbą o rozmowę. Już miesiąc wcześniej mówiła duchownemu, że myśli o samobójstwie i ma trudną relację z matką. Wiedzieli o tym jej nauczyciele i rówieśnicy. Już jako 13-latka piła i paliła. Często przesiadywała ze star­szymi chłopakami na terenie budującej się szkoły, gdzie spotykało się szemrane to­warzystwo. 5 grudnia zadzwoniła z prośbą o natychmiastowe spotkanie. „Ja się zabiję, jak mnie ksiądz nie przyjmie” - powiedziała.
- Słyszałem, że jakoś dziwnie bełkocze. Próbowałem jej wytłumaczyć, że idę właś­nie na imieniny, potem na wesele. Zaczęła płakać, mówiła, że jest z koleżanką na cmen­tarzu, że sobie coś zrobi. Nie mogłem odmó­wić - opowiada duchowny. - Pierwszą moją reakcją było pytanie: „Jak ty wyglądasz? Co ty piłaś?” - wspomina. Ponieważ w kancela­rii wikary przygotowywał spotkanie z mło­dzieżą, ksiądz zabrał dziewczynę do miesz­kania. Rozmowa trwała blisko pół godziny. Nastolatka powtórzyła to, co przed miesią­cem. Przy wyjściu, już przy salce, gdzie trwało spotkanie młodzieży, proboszcz powiedział, że to miejsce na dobre spędzenie wieczoru. Zastrzegł, że w ciągu 10 min zadzwoni, by sprawdzić, czy dotarła do domu. - Objąłem ją tak, jak zwykle każdego, i powiedziałem: „Bę­dzie dobrze, bądź silna. Trzymaj się, babo”. I poszła - opowiada ksiądz.
Bał się o jej stan. Gdy zadzwonił, telefon był wyłączony. Zadzwonił więc do ojca na­stolatki z pytaniem, czy córka jest w domu. - Kiedy okazało się, że nie wróciła, powiedzia­łem, by poszedł po nią na budowę szkoły, bo jest wstawiona i będzie jakaś tragedia. Nie­długo potem, gdy byłem już na imieninach, oddzwonił z informacją, że Ola wróciła, ale jest pijana i twierdzi, że piła na plebanii. Za­przeczyłem. Po imieninach razem z wikariu­szem pojechaliśmy na wesele. Wróciliśmy ok. 1.30. Zacząłem myśleć o całej sprawie, o tych zarzutach. Nie mieściło mi się to w głowie. Nie patrząc na zegarek, wysłałem esemesa o  treści: „Naskarżyłaś na mnie”. Napisałem jak do dziecka, bo tak ją traktowałem. Cho­dziło mi o takie szkolne skarżenie na kogoś. Nie spodziewałem się, że to zaważy na całej sprawie - przyznaje duchowny.

Ślepy wyrok
Esemes rzeczywiście okazał się gwoździem do trumny. Sędzia Grzegorz Kachel zinter­pretował go jako przyznanie się do winy. Zda­niem sądu dziewczyna przyszła na plebanię na zaproszenia księdza, który podał jej wódkę i drinki, po czym doprowadził do „innej czyn­ności seksualnej”, „polegającej na całowaniu w usta, szyję, ucho oraz masowaniu ręką po plecach”, przy jednoczesnym przytrzymy­waniu nastolatki siłą. Niepodlegające żadnej wiarygodnej weryfikacji zeznania dziew­czyny stały się jedynym wyznacznikiem przyjętej wersji zdarzeń. Nie pomogły relacje świadków księdza. Bez znaczenia okazała się dla sądu informacja o frywolnym prowadze­niu się nastolatki i o jej skłonności do konfa­bulacji. Nie uwzględniono też powtarzającej się w zeznaniach informacji o pogróżkach, które proboszcz otrzymywał od lat.
7 czerwca 2011 r. Sąd Rejonowy w Wejhe­rowie uznał duchownego za winnego mole­stowania seksualnego i rozpijania nieletniej, skazując go na rok i cztery miesiące pozba­wienia wolności w zawieszeniu na cztery lata oraz na 2 tys. zł grzywny i pokrycie kosztów sądowych - łącznie ok. 5 tys. zł. Otrzymał też dwuletni zakaz pracy związanej z wy­chowywaniem, opieką i katechizacją dzieci. Nie pomogła apelacja. Mimo wykazanej przez obronę niewłaściwej oceny dowodów i wskazania błędów w ustaleniach faktycz­nych Sąd Okręgowy w Gdańsku podtrzymał wyrok pierwszej instancji 12 grudnia 2011 r. Klamka zapadła. Proboszcz musiał opuścić parafię i zawiesić działania duszpasterskie.

Drugie dno
Większość mieszkańców Bojana od początku twierdziła, że za sprawą stoi Kazimierz T., były ORMO-wiec, dziś biznesmen zajmujący się od lat dużymi zleceniami energetycznymi.
Zasłynął jako najlepiej zarabiający radny w powiecie wejherowskim. Lokalne media donosiły, że w roku 2009, czyli w roku oskar­żenia księdza, Kazimierz T. zarobił 2,4 min zł. Z karierą polityczną musiał się rozstać po tym, jak pobił sąsiada. Dorobił się podobno na skupowaniu ziemi za bezcen i stawianiu transformatorów energetycznych pod Trój­miastem. Pieniądz się kręcił. Lubił się nim chwalić, podobnie jak znajomościami. Za­wsze powtarzał, że nie ma sprawy, której nie potrafiłby załatwić. Jego największą ambicją było pozbycie się z Bojana ks. Bużana. - Pan T. wiele razy mówił, że trzeba skończyć z tym czarnym. Odgrażał się, że „gówniarz z Łebna nie będzie nami rządził” - mówi Elżbieta Halman. Inny mieszkaniec miejscowości twierdzi, że Kazimierz T. wściekł się na do­bre, gdy duchowny odmówił mu wyborczego wsparcia. Wybory przegrał. Rozczarowanie połączone z zazdrością o szacunek mieszkańców wsi musiały być spore, bo okolica została zasypana anonimowymi, wulgarnymi pasz­kwilami obrażającymi proboszcza. Rozsyłano je do księży i do okolicznych przedsiębiorstw. Pisano też skargi do kurii. - Wiedzieliśmy, że to zemsta Kazimierza T. Od początku chodził i się chwalił, że „wypie...ł czarnego z parafii” - wyznaje Barbara Dziecielska. Inna mieszkanka Bojana zapytana o cel pana T., odpowiada: - Zniszczyć księdza. Powiedział, że wydał milion, może wydać drugi, by du­chowny tu nie wrócił.

Uboga, wielodzietna rodzina państwa M. nagle się wzbogaciła. Rodzice Oli zmienili samochód, wyremontowali dom, podobno były też wczasy. Nagłą poprawę sytuacji materialnej tłumaczyli zaciągnięciem kre­dytu na 40 tys. zł. Kto udzieliłby pożyczki wielodzietnej rodzinie utrzymywanej przez kierowcę śmieciarki? Państwa M. widziano też nazajutrz po rzekomym zajściu na pleba­nii w domu Kazimierza T. Sprawa nastolatki ujawniła coś jeszcze - okazało się, że pan T. nie pierwszy raz próbował skompromitować proboszcza. Dwa lata wcześniej namawiał inną wielodzietną rodzinę do wytoczenia ks. Bużanowi sprawy o pobicie ich syna. Gimnazjalista podczas pobytu na koloniach
parafialnych wdał się w zatarg z uczestnikami innej grupy. Sytuacja była na tyle groźna, że wychowawczynie zadzwoniły po księdza. Przyjechał na miejsce i odbył męską rozmowę z chłopakiem, ale do rękoczynu nie doszło. Chłopak został za karę odesłany z kolonii. Gdy dowiedział się o tym Kazimierz T., nie ustępował, dopóki matka chłopca nie zgłosiła sprawy na policję. Kazimierz T. chciał ciągnąć sprawę dalej. - Zaczepił mnie na drodze. Za­proponował, że da mi pieniądze na dobrego adwokata, bo to się będzie ciągnęło. Gdy odmówiłam, powiedział, że da nam jeszcze na remont mieszkania i samochód - wspo­mina matka chłopca. Pieniędzy nie przyjęła. Sprawa została zamknięta.

Żaden z powyższych wątków nie zaintere­sował sądu. Wyrok zapadł głównie na podstawie pomówienia nasto­latki. - Nie zrobiłem tej dziewczy­nie żadnej krzywdy, przeciwnie, chciałem jej pomóc. Nie spodzie­wałem się, że może za tym stać jakaś intryga - mówi ksiądz. - Brzydzę się pedofilią. Uważam, że każdy, kto się jej dopuścił, po­winien ponieść ciężką karę. Ale śledztwo musi być prowadzone rzetelnie - dodaje.
Postanowił dowieść swojej nie­winności w inny sposób. Popro­sił siostrzeńca, którego znajomy spotykał się z siostrą dziewczyny, żeby poznał się bliżej z Aleksan­drą i nagrał rozmowę, w której zapyta ją o całą sprawę. - O tym, że to wszystko zostało uknute, wiedziałem od kolegów jeszcze przed zapadnięciem wyroku. Chciałem pomóc wujkowi - mówi nam Sebastian. Nie spodziewał się, że dziewczyna przyzna się do wszystkiego tak jednoznacznie.
S.: [...] To prawda, że całowałaś się z tym księdzem? [...].
A.M.: No co ty, zwariowałeś? Myślisz, że mo­gło być coś między mną a księdzem? Wżyciu, chłopie.
S.: No to czemu ludzie tak gadają?
A.M.: No, była taka sytuacja wymyślona. Ale tak naprawdę nic między nami nie było. I się trochę zrobiła sprawa, ale nie rozmawiajmy na ten temat, bo nie ma o czym nawet [...]. S.: K..., jak nie ma o czym gadać? Jak sprawa została tak nagłośniona, to kiedy masz za­miar mi o tym powiedzieć naprawdę? [...]. A.M.: To wszystko, no to była pewnego ro­dzaju gra, kumasz? [...] Chodziło o jakieś pieniądze. Naprawdę nie mogę ci nic więcej powiedzieć, bo znamy się za krótko. Jeżeli ci na mnie zależy, to musisz mi zaufać. Nie okłamuję cię - nic między mną a tym księ­dzem nie było. Kumasz?
- Gdy słuchałem tego nagrania, byłem bliski zawału serca. Nie sądziłem, że przyzna się do wszystkiego tak wprost - wspomina ks. Mirosław. Obawiając się, że jedna rozmowa może nie wystarczyć, poprosił siostrzeńca o kolejne nagrania. Kupił drugi dyktafon, by nie było podejrzenia manipulacji materia­łami. Sebastian zarejestrował trzy nagrania z Aleksandrą, każde na innym dyktafonie. Podczas drugiej rozmowy przyznała, że jej zeznania składane w prokuraturze i sądzie były przez kogoś układane.
Ja mówiłam na tych przesłuchaniach tak, jak mi kazali. Do czasu wyroku nie zastanawia­
łam się, że przeze mnie to się tak poważnie skończy. Nie chcę wiedzieć... Seba, nie wie­działam, że w ogóle zrobię komuś życiową krzywdę. A w ogóle ksiądz i tak by, bez kitu, on nigdy by nie zrobił mi nic złego! Kumasz?
Mimo że treść tego nagrania była już wy­starczająco mocna, Sebastian zarejestrował jeszcze jedną rozmowę.
S.: [...] Mówiłaś, że ktoś tak tobie kazał mówić - możesz mi powiedzieć, co to za osoby? [...].
A.M.: No przecież ci mówiłam, że ten T. i moi rodzicie... Nie wiem, co cię męczy ta sprawa i czemu tak wypytujesz.
S.: Bo chciałem wiedzieć przecież jak naj­więcej o osobie, z którą się spotykam, nie? [...] 1 co? Ten T. taką świnią się okazał, k...,
0                    zaplanował całe przedstawienie?
A.M.: Nie wiem, czy on sam, czy ktoś jeszcze tam był, ale on na pewno był.
Ks. Bużan zlecił przygotowanie ekspertyzy fonoskopijnej biegłemu sądowemu z Łodzi Bogdanowi Rozborskiemu. Ten uznał, że nagrania są oryginalne i autentyczne. Wy­kluczył też możliwość jakiejkolwiek mani­pulacji. Proboszcz złożył do prokuratury zawiadomienie o fałszywym oskarżeniu go o przestępstwo, którego nie popełnił, a za które został skazany prawomocnym wyrokiem. Dołączył też wszystkie cztery dyktafony wraz ze stenogramem. - Pani prokurator zapytała mnie, czy oprócz tej opinii i dyktafonów mam coś jeszcze. Od­
powiedziałem, że mam wszystkie kopie za potwierdzeniem oryginału, ponieważ „róż­nie to bywa, nawet w prokuraturze” - mówi duchowny. Nie spodziewał się wtedy, że wy­powiada prorocze słowa.

Losy księdza w rękach esbeka
Od początku nie robiono proboszczowi nadziei, że sprawa ma szanse powodzenia. Prokurator Aleksandra Badtke stwierdziła poza protokołem, że nie słyszała jeszcze, by jakiś ksiądz zdołał się wybronić. Już na wstę­pie odmówiła przyjęcia ekspertyzy Bogdana Rozborskiego. Powołała własnego eksperta - Jerzego Doleckiego, emeryta zrzeszonego w spółce z o.o. o szumnej nazwie Polskie Towarzystwo Kryminalistyczne Centrum Badawczo-Szkoleniowe. Nie miało znacze­nia, że Dolecki nie figuruje na liście biegłych sądowych, nie ma wystarczających kompe­tencji badawczych i jest byłym esbekiem zatrudnionym w IV Wydziale, zajmującym się „ujawnianiem łączności tajnopisowej”, 15 grudnia 1981, dwa dni po wprowadzeniu stanu wojennego.
Dolecki stwierdził, że dostarczone na czterech dyktafonach nagrania są kopiami. Uznał też, iż „nie jest możliwe potwierdze­nie autentyczności nagrań” i nie zostały na nich utrwalone wypowiedzi Aleksandry M. Z materiałów procesowych wiemy, że nie po­trafił w żaden sposób obronić tych tez. Opi­nia w sposób kategoryczny zdyskredytowała wartość dowodową nagrań, choć zeznania eksperta były miałkie i niespójne. Równie kuriozalnie przedstawia się sprawa identy­fikacji głosu zarejestrowanego na taśmach. Dolecki oparł swoje badanie na jednym, pry­mitywnym parametrze, popełniając podsta­wowe błędy metodologiczne. - Ekspertyza Jerzego Doleckiego to tekst dyletanta. Nie­spójny, miejscami wewnętrznie sprzeczny. Widziałem w życiu wiele ekspertyz, ale nigdy tak słabej - wyznaje Rozborski. Przedstawił prokuraturze miażdżącą analizę krytyczną opinii Doleckiego. Potwierdził, że „wypo­wiedzi dziewczyny oznaczone w stenogra­mach symbolem A.M. są wypowiedziami Aleksandry M.”. Co ciekawe, przekonanie takie wyraziła poza protokołem sama pro­kurator Badtke. Dlaczego więc nie zarządziła konfrontacji ekspertów? Dlaczego odmówiła powołania trzeciego? Obrońca dziewczyny, Bogdan Senyszyn, prywatnie mąż walczą­cej z Kościołem posłanki Twojego Ruchu, stwierdza, że nie widzi podstaw do powoły­wania jeszcze jednego biegłego tylko dlatego, że komuś nie podoba się konkluzja opinii.

Zbieranie haków
Jak się okazuje, przyjęcie „dyletanckiej” eks­pertyzy Doleckiego było jedyną szansą umorzenia prokuratorskiego śledztwa. Dolecki spisał z dyktafonów daty nagrań, które mo­gły być ustawione w sposób dowolny i nie­rzeczywisty. Bez żadnej weryfikacji uznał je za daty rzeczywistych nagrań. Właśnie to było kardynalnym błędem, z którego sko­rzystała prokuratura. Przyjmując datowanie Doleckiego, sprawdziła połączenia i logowa­nia BTC telefonów Sebastiana i Aleksandry, stwierdzając, że nie było w tym czasie żad­nego kontaktu.
Innym argumentem miał być fakt, że Se­bastian w toku postępowania zaprzeczył, jakoby znał Aleksandrę M. i nie potrafił jej wskazać na rozpoznaniu. Jak było na­prawdę? W toku postępowania chłopak tra­fił do więzienia za wyłudzenie. Nie wysłał przesyłki, którą ktoś zamówił u niego przez Internet. Przyznaje, że na rozpoznaniu nie wskazał dziewczyny, ponieważ był oszo­łomiony środkami, które mu podano, oraz warunkami, w jakich transportowano go na komisariat. - Nogi i ręce miałem skute kaj­dankami. Pytałem funkcjonariusza, dlaczego wiozą mnie w taki sposób. Tłumaczył, że to ze względu na to, jak wysoki wyrok mi grozi - wyjaśnia. Potwierdza to także w oświadcze­niu, które skierowane już zostało na drogę prawną. - Rozpoznanie miało odbyć się za lustrem weneckim, a ja zostałem wprowa­dzony do małego pokoju, gdzie były dwie grupy dziewczyn po pięć w grupie. Cała ta sy­tuacja i okoliczności spowodowały we mnie szok i ogromny stres - tłumaczy.
Jeszcze bardziej bulwersująca jest sprawa jego zeznań w prokuraturze. Przyznaje, że nie czytał protokołu przed podpisaniem. - Byłem przesłuchiwany ponad cztery go­dziny. Powstało kilkanaście stron zeznań. Byłem zestresowany, zmęczony, podpisywa­łem, jak leci, bez czytania.
Dopiero niedawno, gdy przysłano mu ze­znania do więzienia, przeczytał je na spokoj­nie. - Są tam rzeczy, których nie mówiłem, np. to, że nie spotykałem się z Olą. Nie wiem, skąd pani prokurator to wzięła - dodaje. Mimo że prokuratura nie znalazła dziew­czyny, której głos miałby zostać nagrany na taśmach, Sebastian został oskarżony o two­rzenie fałszywych dowodów.

Ślepy zaułek
Zdaniem Bogdana Rozborskiego eksper­tyza Jerzego Doleckiego powinna zostać odrzucona w całości. Prokuratura przyjęła ją jednak za podstawę postępowania. Ekspert samozwaniec okazał się dla niej bardziej wia­rygodny niż zaprzysiężony i zobowiązany
ślubowaniem biegły sądowy. - Nie narażał­bym swojego dorobku, by wydawać opinię pochopną. Długo myślałem nad tą sprawą, ważyłem różne aspekty. Nie znajduję żad­nych okoliczności, które by mnie odwodziły od tego, co napisałem. Nie mam najmniej­szych wątpliwości, że zarejestrowany na na­graniach głos jest głosem Aleksandry M. - przyznaje Rozborski.
Prokuratura pozostaje głucha na jego argumentację. Jednocześnie gubi wszyst­kie cztery dyktafony przekazane jej przez księdza. „Do utraty dyktafonów mogło dojść po uprzednim zsunięciu się ich do kosza na śmieci, a następnie poprzez omyłkowe po­traktowanie ich za odpady” - czytamy w uza­sadnieniu Prokuratury Okręgowej w Słup­sku, która umorzyła sprawę zagubienia dowodów. Prokurator Paweł Wnuk stwierdził też, że „utracone dyktafony nie przedsta­wiały znaczącej wartości materialnej, a ich utrata nie doprowadziła m.in. do utrudnie­nia prowadzonego przez Prok. Okręgową w Gdańsku postępowania karnego”.
- Zagubienie dowodów to kolejne ku­riozum. Warto zauważyć, że w sprawie prezydenta Sopotu Jacka Karnowskiego prokuratura umorzyła postępowanie dla­tego, że nie było oryginalnych dowodów.
Nie wiem, dlaczego prokuratura w jednej sprawie z powodu braku oryginalnych na­grań umarza, a w drugiej oskarża. To rażąca niekonsekwencja - mówi mec. Janusz Masiak, obrońca księdza.

Zastraszanie świadków
Mieszkańcy Bojana mówią, że Kazimierz T. jest skłócony z większością sąsiadów. We wsi panuje też atmosfera strachu. Jednemu z mężczyzn, który zeznawał w sądzie, dziw­nym zbiegiem okoliczności spalił się samo­chód przed domem. Kobiecie, która ujęła się za księdzem w telewizji, splądrowano mieszkanie. Były ORMO-wiec ma się jednak dobrze. Pytany o nagrania odpowiada z po­gardą: „Ja nie mam problemu, to Bużan ma problem”. - Wszyscy się go boją. Wiedzą, że ma znajomości i pieniądze - wyznaje miesz­kanka Bojana. Z pewnością na opłacenie takiego adwokata jak Bogdan Senyszyn pie­niądze się przydadzą. Ktoś musiał też wpaść na pomysł powierzenia mu sprawy. Sam do wielodzietnej rodziny z małej wsi raczej by
nie trafił. Senyszyn przygotowuje już pozew o zadośćuczynienie i odszkodowanie. Chce pozwać zarówno „sprawcę”, jak i kurię.
Ks. Bużan nie rezygnuje jednak z dowo­dzenia swojej niewinności. Pod koniec stycz­nia odbędzie się kolejna rozprawa.

Czekając na oczyszczenie
- Chodzi mi tylko o prawdę. Wierzę, że kiedyś do niej dojdziemy. Nie ma dnia, żebym o tym nie myślał. Budzę się z tym i zasypiam, choć minęło już tyle czasu – mówi ks. Mirosław. Nie spodziewał się, że sprawę taśm można aż tak skomplikować. - Przecież gdybym cokolwiek zrobił Oli, nie posyłałabym do niej mojego siostrzeńca. Musiałbym być samobójcą, by wysyłać chłopaka ze świadomością, że dowie się, jakiego ma wujka - dodaje. - Jeśli się nie oczyszczę, nie mam dokąd wracać. W maju mam jubileusz 25-lecia kapłaństwa. Nie mam parafii, jestem na wygnaniu. W całym tym dramacie pochowałem rodziców, w tym roku matkę, dwa lata temu ojca. Trzymają mnie jedynie modlitwa i wiara w sprawiedliwość. Mam nadzieję, że ten cały szatański łańcuch zła uda się wreszcie przerwać.

WSieci
Polecam również inną wersję : Miłosierdzie jak na lekarstwo



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz