PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 13 lutego 2014

Czy Artur Wosztyl musi zginąć?



Czy na naszych oczach trwa polowanie na ostatniego świadka, który słyszał, że Rosjanie nakazali pilotom Tu-154M zejście do poziomu 50 m a więc poniżej minimum lotniska?

Świadków, którzy słyszeli te - być może kluczowe dla smoleńskiej tragedii - słowa Rosjan, było dwóch, obaj byli członkami załogi Jaka-40: chor. Re­migiusz Muś i por. Artur Wosztyl.
Oddelegowana przez Władimira Putina do prowadzenia sprawy Tatiana Anodina oraz Je­rzy Miller i Maciej Lasek utrzymują, że to owi świadkowie kłamią, że rosyjscy kontrolerzy sprowadzali polski samolot jedynie do 100 m. Prawda jest zapisana na rejestratorach (czarnych skrzynkach) rozszarpanego na kilka­dziesiąt tysięcy kawałków polskiego samolotu rządowego. Rejestratorach, których Rosjanie nie oddają Polakom od prawie czterech lat.
Remigiusz Muś przejawiał szczególną determinację, by jego stanowcze zeznania zostały zweryfikowane przez odsłuchanie owych nagrań. 6 listopada 2012 r. martwego chor. Musia znalazła w piwnicy żona. Pro­kuratura natychmiast poinformowała o sa­mobójstwie. Prorządowe media rzuciły się z zapewnieniami, że chor. Muś był ostatnio smutny.
Ale to nie był początek. W styczniu 2011 r. od jadącego ulicą Rembertowa samochodu
terenowego marki SsangYong odpadło koło. Kierowca, Artur Wosztyl, jechał wolno, więc nic się nie stało. Wszystkie śruby były na wpół odkręcone. 4 grudnia 2013 r. Artur Wosztyl wsiadł do samochodu wraz z ks. Aleksandrem Jacyniakiem. Tym samym, który kilka miesięcy wcześniej w roczni­cowej homilii mówił o niewyjaśnionych samobójstwach i śmiertelnych wypadkach wielu osób zajmujących się poszukiwaniem prawdy o smoleńskiej tragedii lub wiele niej wiedzących. Artur Wosztyl miał za­wieźć księdza z Rembertowa do Warszawy. W porę jednak dostrzegł, że w jego aucie nie działają hamulce, z uszkodzonego przewodu wypłynął cały płyn hamulcowy. Sytuacja powtórzyła się 25 stycznia tego roku. Artur Wosztyl jechał z żoną, ale także i tym razem zdołał uniknąć tragedii. Oględziny policji po­twierdziły podejrzenia mechaników - prze­wód hamulcowy został celowo przecięty.

Obaj - Remigiusz Muś i Artur Wosztyl - wie­lokrotnie zeznali, że bardzo dokładnie, kil­kakrotnie słyszeli sprowadzanie przez rosyj­skich kontrolerów samolotu z prezydentem RP do wysokości 50 m. Tego zapisu jednak nie ma w przekazanym Polsce stenogra­mie zapisu rejestratorów. Samych czarnych skrzynek Rosjanie nie oddają, jakby chcieli przedłużać okres spekulacji, czy to świadko­wie kłamią, czy też zapisy zostały po tragedii
sfałszowane. Z natury każdej cywilizowanej procedury śledczej będący w kręgu podej­rzanych sprawiają wrażenie, jakby bawili się bezsilnością polskiej prokuratury i strachem w oczach premiera Tuska.
A polscy prokuratorzy twierdzą, że prze­cież brali udział w odsłuchiwaniu owego zapisu. Jak to „branie udziału” wyglądało, pokazała Anita Gargas w filmie „Anatomia upadku”. Rosjanie mieli słuchawki na uszach i odsłuchiwali, a polski prokurator wojskowy, płk Zbigniew Rzepa, stał z boku i patrzył, jak Rosjanie słuchają. Jemu słuchawek nie dali, a - widać - nie śmiał poprosić (nie przyszło mu do głowy?), żeby i jemu słuchawki dali albo żeby może dla niego puścili jeszcze raz? Nie, polskiemu prokuratorowi prowa­dzącemu śledztwo w sprawie śmierci pre­zydenta RP i polskiej elity całkowicie wy­starczyło, że sobie popatrzył, jak Rosjanie słuchają zapisu polskich czarnych skrzynek, więc oświadcza, iż „brał udział w odsłuchiwaniu”. Dom wariatów? Bareja by tego nie wymyślił? Gorzej - to wersja oficjalna, którą polski rząd, polska prokuratura, największe media III RP z całą powagą do dziś uznają za kanoniczną. Tylko kamera Anity Gargas zarejestrowała w oczach prokuratora Rzepy cień zażenowania i wstydu. Chyba z powodu tego widocznego wstydu przestał być rzecz­nikiem Prokuratury Wojskowej. Nie pokazał tej sprawności, co jego kolega, prokurator płk Ireneusz Szeląg, którego wygłaszane z mie­dzianym czołem piramidalne wygibasy („nie stwierdzono trotylu... co nie znaczy, że nie było trotylu”) przejdą do historii matactwa.

Sowieckie szkolenia
Gen. Andrzej Błasik był pierwszym w RP sze­fem Sił Powietrznych, który nie przechodził szkolenia w akademii sowieckiej, lecz w Eu­ropie Zachodniej i w USA. Za jego kadencji w Siłach Powietrznych wpływy sowieckich absolwentów zmniejszyły się gwałtownie, bo generał opierał się na młodych oficerach, tak jak on z zachodnimi, a nie moskiewskimi, dyplomami. 23 stycznia 2008 r. dwudziestu z nich, jego najbliższych współpracowników, najlepszych pilotów polskiej armii, eksper­tów od szkoleń i bezpieczeństwa lotów, zginęło w tajemniczej katastrofie samolotu CASA. Dwa lata później, po śmierci gen. Błasika w Smoleńsku, szefem Sił Powietrznych RP został gen. Lech Majewski, absolwent so­wieckich akademii i tak wielki entuzjasta mo­skiewskich szkoleń oraz procedur, że nakazał je nawet w obsłudze amerykańskiego F-16.
Miesiąc temu ów entuzjasta moskiewskich metod został przez prezydenta RP awanso­wany na generalnego dowódcę Polskich Sił Zbrojnych. A kilkanaście dni temu zechciał ponowić swoje oskarżenie, że lądujący w Smoleńsku godzinę przed pojawieniem się tupolewa Jak-40 nie miał warunków do lądowania, był przez rosyjskich kontrolerów do lądowania zniechęcany, a więc jego do­wódca, por. Wosztyl, złamał przepisy i na­
raził pasażerów oraz załogę na niebezpie­czeństwo. W roku 2010 dochodzenie w tej sprawie przeprowadziła Komisja ds. Badania Wypadków Lotniczych i stwierdziła, że wa­runki pozwalały załodze Jaka-40 na lądowa­nie zgodnie z regulaminem lotów. A jednak gen. Majewski właśnie powrócił do oskarże­nia. Dlaczego?
Gdy 10 kwietnia 2010 r. Jak-40 wrócił do Warszawy, na pokład natychmiast wszedł wojskowy prokurator i skonfiskował rejestra­tor lotu. Jest na tym rejestratorze zapisane, że to właśnie Rosjanie nakazali pilotom Jaka-40 zejście do lądowania, i jest tam zapisane, że widoczność wynosiła wówczas 1500 m (więc znacznie powyżej minimum wynoszącego 1 tys. m). Ale odsłuchiwanie zapisu tego re­jestratora przez państwo polskie trwa prawie cztery lata. Dom wariatów? Nie, spójna stra­tegia, możliwa tylko przy dominacji mediów z powagą potakujących każdemu absurdowi, uporczywie niedostrzegających kłamstw na­wet najbardziej bezczelnych, bo pewnych swej bezkarności.
Liczba absurdów, jakie od czterech lat podaje nam się do wierzenia w sprawie smoleńskiej, przebiła rekordy najbardziej prymitywniej propagandy komunistycz­nej. A jednak ludzie jedzą tę paszę, a nawet pożerają łapczywie, jakby miała ocalić ich przed nimi samymi. Zaciekle zobojętnieli, nie chcą wiedzieć, bo nie chcą się wstydzić swego strachu. Świadomość upodlenia za­głuszają rechotem.

Element konstytutywny
Istna epidemia tajemniczych śmierci osób związanych z wyjaśnianiem sprawy smoleń­skiej to tylko nagłe przyspieszenie zjawiska, które jest stałym elementem III RP, powie­działbym - jej elementem konstytutyw­nym. Ludzie niewygodni i zbyt dociekliwi umierają nagle - zawały, wylewy, wypadki, samobójstwa...
Jak m.in. niebezpieczni dla matki wszyst­kich afer III RP, czyli dla sprawy Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego - jej od­krywca, inspektor Najwyższej Izby Kontroli Michał Falzmann, i prezes NIK Waldemar Pańko. I po ich śmierci prowadzący w NIK sprawę FOZZ Anatol Lawina. Jak dyrektor Biura Informacyjnego Kancelarii Sejmu Ja­nusz Zaporowski i kilka miesięcy po nim nagle zmarły kierowca jego feralnej lancii oraz policjanci, którzy pierwsi przybyli na miejsce wypadku. Jak odkrywca powiązań mafii paliwowej i GRU Marek Karp, jak ko­mendant policji Marek Papała. Jak główny świadek w sprawie zabójstwa Papały, Artur Zirajewski, który zmarł nagle w swojej celi, podobnie jak kolejni świadkowie i oskarżeni w sprawie Olewnika, którzy z pogruchota­nymi żebrami „wieszali się” w celach, w ja­kich - w ramach wzmożonego nad cennymi świadkami nadzoru - akurat demontowano kamery.
Nie udało się wyjaśnić zabójstwa Jacka Dębskiego, wiele wątpliwości budzi rzekome samobójstwo Andrzeja Leppera. Trudno nie uznać za dziwny zbieg okoliczności śmiertelnego zasłabnięcia podczas tańca płk. Leszka Tobiasza z WSI, głównego świadka w „afe­rze marszałkowskiej”, który kilkanaście dni później miał po raz pierwszy zeznawać w sądzie i wiele powiedzieć.
I tak dalej, i tak dalej, lista jest długa.

Epidemia
Internet pełen jest informa­cji i spekulacji o kilkunastu (ponad dwudziestu?) tajem­niczych nagłych zgonach powiązanych z katastrofą smoleńską. Przy­pomnę tylko niektóre. 10 kwietnia i później ewangelicki bp Mieczysław Cieślar kilku oso­bom pokazał esemesa, którego otrzymał od jednego z pasażerów tupolewa, ks. Adama Pilcha, z wiadomością, że przeżył on kata­strofę. 18 kwietnia bp Cieślar zginął w wy­padku samochodowym.
2 czerwca 2010 r. w Moskwie zmarł nagle operator TVN Krzysztof Knyż, który był z kamerą na miejscu smoleńskiej katastrofy jednym z pierwszych. Jako przyczynę śmierci podano zakażenie, zachodnia prasa pisała o zabójstwie. 6 czerwca 2010 r. w wypadku samochodowym zginął prof. Marek Dulinicz, szef grupy archeologów, którzy szykowali się do badania terenu tragedii. Jego śmierć opóźniła wyjazd polskich archeologów o kilka miesięcy. Także w czerwcu 2010 r. zadławił się kawałkiem mięsa i zmarł Siergiej Trietiakow, były agent KGB, który zbiegł do USA. Dokonał on rekonstrukcji wydarzeń z 10 kwietnia 2010 r. i pisał: „Rosjanie mają scenariusze zabijania zachodnich przywód­ców, mogą one być realizowane”.
Kolejne tajemnicze śmierci to zamordowa­nie lotniczego eksperta Eugeniusza Wróbla, który krytycznie wypowiadał się o smo­leńskim śledztwie; powieszenie lotniczego eksperta Dariusza Szpinety, który działania polskich i rosyjskich władz opisywał jako „Operacja »Kłamstwo smoleńskie«”; rze­kome samobójstwo gen. Sławomira Peteli­ckiego, który krytykował ustalenia komisji Millera i premiera Tuska za niezwrócenie się do NATO o pomoc przy badaniu katastrofy, a także ujawnił treść esemesa rozsyłanego wśród polityków PO: „Katastrofę spowodo­wali piloci, którzy zeszli we mgle poniżej 100 m. Do ustalenia pozostaje, kto ich do tego skłonił”. Dbający o formy Petelicki nawet do radia chodził w mundurze, ale samobójstwo
popełnił w szortach, podczas meczu Polska-Czechy na Euro 2012 i poszukał takiego miejsca w publicznym garażu, gdzie akurat nie sięgają kamery. Samobójstwo ogłoszono natychmiast, ale z sekcją zwłok generała, po­dobnie jak z sekcją zwłok chor. Musia, proku­ratura poczekała dwa dni, mimo że zapewne prokuratorzy wiedzą, iż niektóre środki obez­władniające (jak np. pavulon) można wykryć tylko przez 12 godz. po śmierci.
Kolejny zmarły tragicznie ekspert lotniczy Krzysztof Zalewski wielokrotnie kwestiono­wał ustalenia Tatiany Anodiny i jej polskich potakiwaczy. W Tadżykistanie śmiertelnie pobity został por. Adam Adamski, pirotech­nik Biura Ochrony Rządu. Czy rzeczywiście 10 kwietnia 2010 r. pełnił służbę na Okęciu, dotąd nie wyjaśniono. Na zawał serca zmarł niedawno dr inż. Włodzimierz Abramo­wicz z Instytutu Podstawowych Problemów Techniki PAN i Massachusetts Institute of Technology, jeden z najlepszych na świecie specjalistów badających przebieg i skutki zderzeń obiektów, m.in. samolotów. Zajmo­wał się katastrofą smoleńską, wkrótce miał ogłosić wyniki swoich badań.
Zastanawiające są także: kilka miesięcy ukrywane i dotąd niewyjaśnione morder­stwo znającego najgłębsze państwowe tajem­nice szyfranta polskiego wywiadu Stefana Zielonki; samobójstwo dyrektora kancelarii premiera Tuska, Grzegorza Michniewicza, popełnione akurat w dniu powrotu tupolewa z remontu w zakładach Olega Deripaski, druha Władimira Putina ze służby w KGB. Trudno nie mieć wątpliwości, czy na pewno naturalne były przyczyny śmierci prof. Je­rzego Urbanowicza, kryptografa, specjalisty od spraw bezpieczeństwa informatycznego, organizatora pierwszej konferencji naukow­ców na temat katastrofy smoleńskiej. Zmarł on na zawał w dniu, w którym przekazał
raport o tym, że Państwowa Komisja Wyborcza wyniki polskich wyborów oblicza na serwerach znajdujących się na terenie Rosji. PKW nigdy tej informacji nie zaprzeczyła.
Wystarczy. „Gazeta Wy­borcza” zawyrokowała, że żadnego z tych zgonów nie należy wiązać z katastrofą smoleńską, bo na to „nie ma dowodów”. Ponieważ wiarygodność „GW” nie jest zerowa, lecz minusowa, należy z uwagą odnotować fakt, iż tak starannie zajęła się wymienionymi powyżej rojeniami.

Czekanie
Czy przyglądając się, jak działa polskie pań­stwo: obecny rząd, prokuratura, BOR, policja, jak skuteczni są w ochronie tych, których mają chronić, w wykrywaniu morderców, jak błyskawicznie i gorliwie ogłaszają „brak udziału osób trzecich”, jak manewrują, by nie udało się rzetelnie zbadać prawdziwych przyczyn - czy widząc tę upiorną skutecz­ność, mamy prawo wierzyć, że Artur Wosztyl nie posmutnieje nagle i nie popełni samobój­stwa? Albo nie ulegnie drogowemu wypad­kowi? Albo zawałowi serca?
Pewnie nie wszyscy pamiętamy „Wizytę starszej pani” Friedricha Durrenmatta, więc przypomnę. Oto praworządna społeczność niegdyś bogatego, ale teraz podupadłego, miasteczka Giillen czeka na śmierć jednego spośród siebie. Tego, na którego obca, lecz w istocie wszechwładna, Starsza Pani wy­dała wyrok. Naraził się jej kiedyś, a Starsza Pani nie zapomina. Społeczność Giillen oczywiście z oburzeniem odrzuciła bez­czelne żądanie Starszej Pani, by ktoś zabił Alfreda Ula, ale tak naprawdę - czeka. Bo po jego śmierci miasteczko dostanie od Starszej Pani miliard. Mieszkańcy Giillen nie chcą mieć z tą okropną sprawą nic wspólnego, lecz powoli zaczynają żyć tak, jakby spo­dziewali się znacznego przypływu gotówki. W kluczowym momencie gaszą światło, by nie widzieć tego, co się wydarzy. Gdy światło się zapala, lekarz podchodzi do martwego Alfreda i stwierdza zawał serca.
Czy my, mieszkańcy Priwiślańskiego Kraju, także gasimy światło, zamykamy okiennice, bo nie chcemy widzieć tego, co się wydarzy? Czy bezczynnie czekamy na śmierć Artura Wosztyla, by dostać za nią kolejne miesiące skundlonego spokoju, że Starsza Pani się nie gniewa?

WSieci

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz