PiS - konstytucja 2010.pdf

sobota, 15 lutego 2014

Wojna Marka Raczkowskiego



Raczkowski o tym, jak w młodości otaczała go heroina jak teraz wygoniła go z rysowaniem do piwnicy.

 Rozmawia PIOTR NAJSZTUB

PIOTR NAJSZTUB: Jesteś w żałobie po Seymourze Hoffmanie?
MAREK RACZKOWSKI, RYSOWNIK:
- Niemal. Akurat ostatnio tak go pokocha­łem, że zacząłem oglądać jeden po drugim filmy z jego udziałem. Odkryłem film, któ­rego nigdy wcześniej nie wdziałem, „Woj­na Charliego Wilsona”. On tam stworzył postać obrzydliwą, po prostu przecudowną, budzącą ogromną sympatię, a jedno­cześnie antypatyczną wyjątkowo. Chyba najbrzydszy był w tej roli. Jednak miłoś­cią do niego zapałałem po obejrzeniu dość kontrowersyjnego filmu „Magnolia”, gdzie gra wzruszająco dobrego pielęgniarza.

Miał 46 lat. Znaleziono go w łazience, z wbitą strzykawką z heroiną.
Odetchnąłem trochę z ulgą, jak usłysza­łem o tej strzykawce i heroinie.

Dlaczego z ulgą?
Bo ja nie zażywam heroiny... na szczęś­cie. Doświadczenie pośrednie z heroiną mam niestety i to jest obecnie moje naj­większe nieszczęście, ale to mnie osobiście nie dotycz.


Znałeś hedonistów?
- Znałem totalną liczbę heroinistów w liceum. Moi wszyscy najbliżsi przyjacie­le w szkole średniej, czyli w drugiej poło­wie lat 70., po prostu walili w żyłę, tak jak dzisiaj pali się trawkę. To było najgorsze właściwie liceum w Warszawie, na Szczęś­liwickiej, a wśród całego towarzystwa byli tam i bandyci, i tacy najwrażliwsi, najinte­ligentniejsi. I jakoś na tej heroinie powsta­ła grupa towarzyska, która mi najbardziej odpowiadała intelektualnie. Choć czułem się trochę obok, bo sam nie ćpałem. Ale też nikt mnie nigdy nie namawiał. Byłem kie­dyś z nimi w Kamiennym Potoku na kon­certach i kempingu, było tam dużo bardzo ładnych dziewczyn, które ćpały heroinę, kompletnie nieprzystępne. Obojętne na wszystko i to mniej jakoś tak urzekało, a jednocześnie przerażało, załamywało. Byłem cały czas totalnie załamany, pełen jakiegoś bólu, a jednocześnie nie chciałem się od tego ich widoku uwolnić, odejść. Heroina była wtedy stale wokół mnie obecna, mój najlepszy przyjaciel umarł z jej powodu. Chociaż dzięki heroinie wyciągnęliśmy go z wojska, zawożąc mu narkotyki.

W jaki sposób?
- To jest dość straszna historia, ponie­waż właściwie w jakiś sposób przyłożyłem rękę... Chociaż wtedy nie byłem świadomy tego, jak się to kończy, nikt nie był świado­my. Mak rósł za płotem naszego liceum, wystarczyło nazbierać, a potem na jakiejś świeczce sok podgrzać, coś się z tego ro­biło. Miałem też wtedy kolegę, który takie wielkie butle przynosił z jakąś wodą strasz­ną i on taką wielką butlę wypijał duszkiem, żeby chociaż troszeczkę przestać dygotać.

Wywarze słomy makowej, tzw. makiwarę. I przyduszat sobie przełyk, żeby tym nie wymiotować.
- Dokładnie. Więc tego mojego przyjacie­la po maturze wzięli do wojska, do nor­malnej, zasadniczej służby wojskowej, dwuletniej. Postanowiliśmy z kolegą go stamtąd wyciągnąć. To była moja jedyna wizyta w prawdziwej ówczesnej fabryce heroiny. Jakieś duże mieszkanie, wszed­łem i zacząłem przeżywać chore emocje erotyczne, ponieważ tam na tapczanach leżały piękne dziewczyny, półprzytomne, w dziwnych pozach. Upiorne miejsce, ale jak się ma 18 czy 19 lat, trwa PRL i się nie wie właściwie, na co się patrzy, to... W każ­dym razie zakupiliśmy heroinę dla kolegi i szybko do pociągu, żeby się nie zepsuła, trzeba było ją bardzo szybko dowieźć. Po­jechaliśmy na przysięgę gdzieś na drugi ko­niec Polski. On sobie dal w żyłę w toalecie i natychmiast opuścił wojsko.

Jako narkoman.
- To była wtedy przepustka na wolność z wojska.

Dlaczego mówisz, że to straszna historia i przyłożyłeś rękę?
- Ktoś mógłby powiedzieć, że może by żył, gdyby tam został, bo wojsko jednak robi mężczyznę z chłopaka.

Mam wątpliwości.
- Też mam wątpliwości, bo to był taki chu­dziutki okularnik, czytający książki.

Czemu ty wtedy nie zacząłeś brać heroiny, skoro tak cię otaczała?
- Dlatego, że miałem cudownych, kochają­cych mnie rodziców, strasznie fajną rodzi­nę. A potem już za dużo o niej wiedziałem, żeby próbować. A dziś widzę to u siebie w domu i jestem przerażony. Mam już głę­boką wiedzę na temat detoksu, ośrodków Monaru, ośrodków ks. Nowaka. I nieustan­nie się tym zajmuję.

Pomagasz komuś?
- Próbuję, ale już jestem totalnie załamany.

Widzisz to na co dzień, a sam bierzesz narkotyki, kokainę, palisz marihuanę...
- No to są w ogóle różne światy! Co ma wspólnego marihuana z heroiną? Po pro­stu jest zaliczana do tego samego działu. A już alkohol nie. Tego, że ja sobie wyciągnę kreskę, tak jak wiele znanych osobistości ze świata mediów, polityki itd., nie należy po­równywać z tragediami, z jakimi obecnie się mierzę. W tej chwili obcuję ze śmier­cią młodych ludzi i nie mogę nigdzie zna­leźć pomoc, wszyscy mnie olewają. To jest trochę tak, jakbyś idąc ulicą, zobaczył bez­domnego, zabrał go do domu i zaczął z nim mieszkać, karmić go i dbać o niego. Wszy­scy byliby przerażeni!

Odsunęliby się.
- I jakbyś jeszcze wziął dwóch albo trzech do domu i powiedział: „jak ja mam po­zwolić im leżeć na ulicy?”, wszyscy by uznali, że jesteś świr. Ale gdy umrzesz, to wtedy będą o tym opowiadać, już cię chwaląc. A dopóki żyjesz, dopóki to się dzieje, trzeba po prostu to robić. Więc ja sobie tworzę przyszłą opowieść o mnie, która będzie chwalebna, natomiast dopó­ki żyję i to się dzieje, to wszyscy patrzą na mnie dziwnie...

Dlatego rozmawiamy w piwnicy? Mieszka­nie zajęte ludzkim nieszczęściem?
-Tak.

Nadal nie mogę się nadziwić, że w młodości nawet cię nie skusiło, żeby spróbować, bo zewsząd cię otaczała.
- Nawet nie było czegoś takiego, że ja to rozważałem. Wtedy miałem taką naiwną opowieść na ten temat, że ja się po prostu mogę naćpać wszystkim, co widzę wokół, pięknem, miłością, mądrością, sztuką itd. Takie rzeczy gadałem narkomanom, ćpunom, że przecież można się naćpać samym tlenem, życiem, powietrzem, trójwymiaro­wą rzeczywistością, sztuką. No i oczywi­ście całą tą sferą erotyczno-miłosną. Zaraz, zaraz. Mówiliśmy o śmierci Seymoura, ale jest jeszcze Charlie Sheen! To jest dopiero ciekawa postawa! Człowiek, który otwarcie mówi o ćpaniu kokainy. To już zupełnie co innego. No nie wyobrażam sobie, żeby ktoś wprost mówił, że po prostu bardzo lubi ko­kainę, uważa, że to jest fajne, i bezczelnie mówi o tym wszystkim prosto w oczy.

On ci imponuje?
- Nie wiem, czy jestem osobą, którą należy pytać, czy ktoś mi imponuje. To jest pyta­nie, po którym czuję się lekko...

Dotknięty...
- Może dotknięty nie, bo nie jestem czło­wiekiem, którego można dotknąć. Ale py­tanie, czy ktoś mi imponuje, uważam za niestosowne.

Cofam je więc. Ty się też dosyć „niehigienicznie" prowadzisz.
- Nie wiem, czy to jest prawda, ale niech ci będzie.

Nie boisz się, że przyspieszasz w ten sposób koniec.
- Palenie papierosów mnie rzeczywiście przeraża i po prostu jestem zupełnie bez­radny wobec tego nałogu.


Ale też dużo pijesz, czasem coś wciągniesz.
- Nie piję dużo, piję umiarkowanie, a poza tym nie piłem do 40. roku życia w ogóle.

Więc masz zapas.
- Czuję się dobrze, mam ważniejsze rzeczy na głowie niż to, ile będę żył. To, jak będę żył, mnie bardziej interesuje niż ile.

Narkotyki pomagają w rysowaniu? Wiesz, że jest o tobie taka opinia, że niektóre rysunki są jak po marihuanie, że taki jest w nich odlot.
- Nie potrzebuję do tego marihuany i ni­gdy nie potrzebowałem. I nie palę marihu­any od dłuższego czasu, bo mi się znudziła. Więc nikt mi nie wmówi, że to jest narko­tyk, który uzależnia. Żeby rysować, trzeba przestać myśleć stereotypami, uruchomić nowe połączenia w mózgu, spojrzeć i zo­baczyć, jakie coś naprawdę jest.

Czyli tworzenie jest dla mózgu czymś podobnym jak zażycie narkotyków?
- Ostatnio namalowałem kilka obrazów i przez ostatnie letnie miesiące malując je, byłem po prostu strasznie tym naćpany... Ale mnóstwo ludzi zna ten stan, kiedy robimy coś i to nam wychodzi, je­steśmy tym pochłonięci. Ja w ogóle nie znam takiego stanu jak nuda, zastanawia­nie się - co tu robić? Więc np. sięgać po narkotyki, żeby się nie nudzić, to jest ja­kieś niepojęte. Oczywiście to, że taki stan można osiągnąć, czerpać z samej sztuki, nie znaczy, że nie można tego jeszcze bar­dziej podkręcić. Jest taki cudowny nar­kotyk jak LSD, o którym w ogóle się nie mówi, bo go nie ma, a to jest coś cudow­nego i nie uzależnia. I nie żałuję, że po prostu sobie nurkowałem pod wpływem tego narkotyku, ponieważ to, co widzia­łem... Ktoś powie: „Ale idziemy w góry, patrzymy na jakieś piękne przepaście i szczyty, po co jeszcze do tego LSD?”. Ja na to: ale będzie jeszcze lepiej, jeszcze faj­niej, na chwilę, to jest jakieś nienasycenie nieustanne. I to nie chodzi o wypełnienie pustki, tylko o...

O dodanie pełni.
- O jakieś przelanie wszystkiego... Chyba mógłbym narobić szkody, mówiąc o tym w ten sposób, właściwie wolałbym o tym nie mówić. Nie chciałbym mówić o tym wszystkim, bo to jest bardzo indywidu­alna sprawa. I przyznając sobie prawo do robienia rzeczy zabronionych, wcale nie twierdzę, że to ma być powszechne. Cho­ciaż jestem pewien, że karanie za posia­danie i używanie jest zupełnie pomyloną sprawą. A na dodatek wszyscy uznają za zupełnie normalne, że Hoffman czy Amy Winehouse ćpają, a jednocześnie zamy­ka się do więzienia zwykłego człowieczka za to, że „coś” miał. Te ustawy i przepi­sy są niesprawiedliwe, błędne i kiedyś bę­dziemy się tego wstydzić. I dopóki się je stosuje tylko wobec biedaków i najłatwiej­szych do złapania, a wielcy handlarze nar­kotyków i celebryci sobie to robią i nikogo to nawet nie gorszy... Nikt nawet nie jest oburzony, że Seymour Hoffman kupował, uczestniczył w tym całym procederze, po­siadał, przysparzał dochodów przestęp­czym organizacjom!

Jesteś zwolennikiem legalizacji wszystkich narkotyków?
- Jestem przede wszystkim przeciwnikiem wsadzania, karania więzieniem ludzi uza­leżnionych i użytkowników wszystkich narkotyków.

Opiekujesz się teraz młodymi, bezdomnymi narkomanami...
- Teraz już tylko jednym.

Na czym polega ten problem, że nikt nie chce im pomóc?
- Mnie nikt nie chce pomóc. Trudno jest umieścić kogoś takiego w ośrodku, a następnie ten ktoś jest wyrzucany z tego ośrodka za to, że do mnie zadzwonił itd. To jest trochę sekciarskie, dziwne. Nikt tam nie chce ze mną rozmawiać, ponie­waż nie jestem ojcem. Dzwonię do znanej mi świetnie terapeutki, prosząc o pomoc, i słyszę rzeczy, które mogę usłyszeć w TOK FM albo w Internecie przeczytać. Wszyscy patrzą na mnie z politowaniem: „ale sobie narobiłeś chłopie kłopotów”. Gdyby to były moje dzieci, to jednak inaczej by ze mną rozmawiali, ale nie są.

I co się z nimi stanie? Umrą?
- Liczę, że w końcu uda mi się doprowa­dzić do pozytywnego finału. Teraz to jest kwestia dostania się do ośrodka na bardzo długą terapię.

A jak długo oni już są u ciebie?
- W tej chwili to jest jedna osoba, ale przez jakiś czas były dwie, miałem tutaj szpital, kroplówki, zszywałem rany, działy się rze­czy takie, że myślałem, że zwariuję. Teraz to znowu do mnie wróciło, chociaż już my­ślałem, że się skończyło. I wraca kwestia umieszczenia kogoś w ośrodku.

Marek, a jak się nie uda, to co zrobisz?
- Właśnie nie wiem, w tej chwili jestem na etapie całkowitej, totalnej bezradności. Chciałbym uciec od tego, zmienić adres, numer telefonu, zniknąć i tyle, ale nie po­trafię, może dlatego, że jest mróz, śnieg i zima. To spadło na mnie znowu, a już my­ślałem, że doprowadziłem rzecz do końca ogromnym kosztem. A teraz się okazało, że nic z tego. I jestem bezradny, nie mogę kogoś wywlec z domu na ulicę i zostawić w śniegu, na dworze. Mieszkam na par­terze, wszystko pootwierane, nie potrafię tego zrobić. Dopóki się nie stanie coś ta­kiego ostatecznego, że będę musiał we­zwać policję i pogotowie.

A szpitale?
- Musi być najpierw próba samobójcza, to już przechodziłem wielokrotnie, przy­jeżdża pogotowie, policja, robią w domu rewizję, ta cała upokarzająca procedu­ra, ale pal sześć. Wtedy jest szpital, wtedy coś, ktoś. A dopóki nic się takiego nie sta­nie... A wystarczyłaby jakaś jedna pomoc­na dłoń. Nie sądzę, żeby to było strasznie niemożliwe, żeby mi pomóc. Tylko wszy­scy uważają, że...

Że zwariowałeś...
- Nawet nie, tylko że to jest jakiś żart po prostu albo że nie zasługuję na pomoc, bo to są jakieś moje sprawki. A to nie są moje żadne sprawki!

Jak rysujesz w tych warunkach?
- Po prostu. Ja już w takich sytuacjach wy­myślałem rysunki i to całkiem niezłe. Sam siebie podziwiam. Ale jestem w takiej sy­tuacji, że muszę wymyślić rysunek, choć­by nie wiem co. Choćby ktoś mi umarł, choćbym dowiedział się tego dnia, że mam raka, to i tak bym zrobił rysunek. Nie ma takiej opcji, żebym powiedział, że nie zro­bię. Zamykam się tu w piwnicy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz