PiS - konstytucja 2010.pdf

poniedziałek, 10 lutego 2014

Polowanie na świętego



Szczucie okazało się skuteczne. Jurek owsiak się wkurzył i zrezygnował z pracy w radzie przy Rzeczniku Praw Obywatelskich. To jego odpowiedź na prawicowe oszczerstwa.

Wróg publiczny ma 61 lat, czerwone spodnie i żół­te okulary. To prawda, w tych kolorowych ko­szulkach, bransoletkach i łańcuszkach wygląda niepoważnie jak na swój wiek. Ale niech nikogo nie zmyli ten fałszywy wizerunek. Tak wygląda promotor zła, bezczelny bolszewik, lider lewicowego frontu ideologicznego, który przez ostatnie ćwierć wieku niszczył kulturowe fundamenty naszej Ojczyzny. To wszystko w ostatnim czasie mógł o sobie przeczytać w najbardziej pa­triotycznej prasie Jerzy Owsiak, twórca fundacji Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. - To prawdziwy cud, że Jurek jeszcze nie zwariował w tym zalewie gówna wylewanego na niego przez tych kretynów - pseudopatriotów - mówi Walter Chełstowski, jeden z założycieli fundacji i przyjaciel Owsiaka. - W ogóle nie powinien zwracać uwagi na tych obszczymurów kąsających go po kostkach, tylko robić dalej swoje.

JUREK, NIE DENERWUJ SIĘ
Gdyby nie Volkswagen ogórek, być może Owsiak byłby dziś anonimowym wytwórcą witraży, tak jak jego brat, który przejął po nim interes w latach 90. Ogórkiem Owsiak woził w latach 80. muzyków na koncerty rockowe. Dzięki temu zaprzyjaźnił się z Voo Voo i Wojciechem Waglewskim.
- Gdy poznałem Wojtka, wszystko się zaczęło - mówił przed laty.
To właśnie Waglewski zabrał go kiedyś do radia, gdzie miał udzielić wywiadu, ale inicjatywę przejął Owsiak. Przedstawił się jako właściciel zespołu i wygłosił z szybko­ścią karabinu maszynowego przemówienie, które było dadaistycznym słowotokiem.
- To było tak abstrakcyjne i tak zabawne, że słuchacze od razu zareagowali - wspomina radiowiec Jan Tomczak, który gościł go wtedy w swoich audycjach.
Urodził się w Gdańsku, wychował na warszawskim Czerniakowie. Na wy­marzoną Akademię Sztuk Pięknych nigdy się nie dostał, choć próbował kilka razy. Trafił w końcu do wojska w Ełku, skąd uciekł przez szpital psychiatryczny, udając chorobę. Zanim trafił do radia, był księga­rzem, terapeutą i witrażystą.
W radiu budził przerażenie, bo był odjechany i zupełnie inny.
Kiedyś usłyszał go Stanisław Młynar­czyk, który przyznawał radiowcom karty mikrofonowe, i z niedowierzaniem patrzył, że ktoś taki - jąkający się i robiący błędy ję­zykowe - może siedzieć przed mikrofonem Polskiego Radia.
- Nie mógł uwierzyć, że ludzie chcą tego słuchać - wspomina Tomczak.
Z jąkania Owsiak zrobił swój największy atut i szybko stał się marką radiową. - Był gejzerem pomysłów - dodaje Tomczak.
Pod koniec lat 80. wymyśla Towarzy­stwo Przyjaciół Chińskich Ręczników - grupę happeningową, która na wezwanie Owsiaka prowadzi akcję „Uwolnić słonia”
Setki słuchaczy piszą więc listy do dy­rektora warszawskiego zoo, domagając się uwolnienia słonia z klatki. Kulmi­nacja następuje w 1988 r., gdy Owsiak na jarocińskim rynku staje z wielkim transparentem z hasłem „Uwolnić słonia”. Jest mnóstwo śmiechu, bo nikt nie wie,
o co chodzi. Nie do śmiechu jest jednak ludziom z nielegalnej organizacji Wolność i Pokój, którzy też walczą o uwolnienie, ale Sławomira Dutkiewicza, który od wielu miesięcy głoduje w więzieniu, domagając się zastępczej służby wojskowej. Poma­rańczowa Alternatywa też w tym czasie robi happeningi, ale wymierzone w gen. Jaruzelskiego i komunistyczny reżim.
Ten epizod braku zaangażowania w opozycję lubią wyciągać Owsiakowi dzisiejsi antykomuniści, którzy wówczas byli dziećmi i niewiele z tamtych czasów pamiętają. Ma z tym chyba pewien problem i sam Jurek Owsiak. Bo gdy na początku lat 90. „Gazeta Wyborcza” napisała o nim, że był wentylem bezpieczeństwa, wyko­nującym odgórne zadanie rozmiękczania młodzieży pod przykrywką Towarzystwa Przyjaciół Chińskich Ręczników, bardzo się zdenerwował. Zjawił się w redakcji „Gazety” i zrobił awanturę.
„Wtedy sobie powiedziałem: Jurek, nie denerwuj się, bo czas wszystko pokaże” - wspominał po latach. „Czas i jeszcze raz czas spokojnie wszystko wyjaśni”.

NARODZINY GWIAZDY
Performer, happener, błazen, kolorowy ptak, showman, prezenter, brat łata. Nawet Walter Chełstowski ma problemy z pre­cyzyjnym określeniem roli, którą Owsiak wtedy odgrywał. Jedno jest pewne - na po­czątku lat 90., choć miał już czterdziestkę, stał się wielką gwiazdą radia, uwielbianą przez młodzież.
Do telewizji ściągnął go ówczesny dyrektor Dwójki - Maciej Domański. Początkowo miał zabawiać młodzież podczas ferii zimowych, a że program się spodobał - został na dłużej. „Róbta, co chceta” przypominało dom wariatów albo burleskę z wczesnych komedii Char- liego Chaplina. Goście biegali, przyjeżdżali na hulajnogach albo rowerach, wywracali się, podskakiwali, a Owsiak wkładał kolo­rowe peruki, był pomalowany jak pisanka albo przebierał się za Indianina. - To taki Kabaret Starszych Panów, tylko w innym wydaniu - tłumaczył.
Wszystko zmieniło się w 1992 r., gdy Owsiak zobaczył film zrealizowany przez lekarzy z Centrum Zdrowia Dziecka. Zbierali oni pieniądze na płucoserce, wykorzystywane podczas operacji dzieci. Tłumaczyli, że drżą podczas każdej ope­racji, by stara maszyna się nie popsuła, bo to oznacza śmierć dla małego pacjenta.
- To go ruszyło - mówi Chełstowski. Owsiak zaczął w programie pokazywać fragmenty filmu i apelować o wpłaty. Pieniądze przychodziły do programu w kopertach. Owsiak pamięta, że pierw­sze 4 min zł przekazał w trójkowym barze na Myśliwieckiej doktorowi Bohdanowi Maruszewskiemu z ręki do ręki.
Wtedy Chełstowski namówił dyrektora Dwójki, by zorganizować jakiś finał tego zbierania. Domański oddał Owsiakowi na jeden dzień studia, wozy transmisyjne i ośrodki regionalne.
Efekt przeszedł wszelkie oczekiwania.
- Ludzie przywozili pieniądze w plasti­kowych workach, plecakach i torebkach - wspomina Chełstowski. - W księgowo­ści Dwójki był pokój zasłany całkowicie pieniędzmi. Panie z księgowości brodziły w hałdach banknotów, próbując przez kilka dni zliczyć, ile tego w ogóle jest. Każdy każdemu, po ludzku, ufał.
I to był początek tej Wielkiej Orkiestry.
- Sformatowały się wtedy Orkiestra i jej medialny finał - mówi Chełstowski.
- Ale dopiero drugi finał potwierdził, że to nie przypadek i mamy do czynienia ze spontanicznym zrywem Polaków - do­daje Adam Sokołowski, który produkował program „Róbta, co chceta”.

PRZYKLEIĆ SIĘ DO ORKIESTRY
Jednego dnia Owsiak z happenera stał się najważniejszą instytucją charytatywną i wielką gwiazdą telewizji. - Gdy po audycji wracał autobusem z Myśliwieckiej, pasa­żerowie wciskali mu pieniądze do kieszeni - opowiada Sokołowski. - Żartowaliśmy, że powinien częściej jeździć, w ciągu roku dozbierałby bańkę.
Dość szybko medialny potencjał Owsia­ka dostrzegli politycy, którzy od 20 lat próbują się przykleić do Orkiestry. Pierwsza była premier Hanna Suchocka, która po finale Orkiestry zaprosiła organizatorów do URM. - Wtedy się delikatnie wykręcił i trzyma się tego od lat - mówi Chełstowski.
W latach 90. był królem wizji. Zdobywał Wiktory - nagrody dla najpopularniej­szych programów, jego twarz pojawiała się na okładkach gazet, udzielał setek wywiadów.
Skarżył się kiedyś znajomym: - Idę do sklepu kupić pół litra. Jak wezmę czystą, to powiedzą: udaje, a jak kupię kolorową whisky: nieźle się nakradł. - Całkiem wtedy stracił prywatność
 - dodaje Chełstowski.
Od samego początku pojawił się pro­blem, co zrobić z zebranymi pieniędzmi. Sokołowski mówi, że już po pierwszym finale się okazało, że od zebranych pie­niędzy trzeba zapłacić ogromny podatek od darowizny, a za sprzęt wysokie cło. Wy­szło na to, że z każdych 10 zł powinniśmy zwrócić państwu 6. - Pomysł fundacji pod­sunęli lekarze z Centrum Zdrowia Dziecka.
Pierwszą siedzibą fundacji było miesz­kanko na osiedlu Za Żelazną Bramą. Potem kolejne na Ochocie. Od wielu lat główna kwatera mieści się w willi na warszawskim Służewcu. Widać ją z daleka, bo od frontu wisi na niej wielkie czerwone serce. Pracuje tu 30 osób. Na ścianach plakaty z akcji Or­kiestry, na korytarzach paczki z papierami. Owsiak siedzi za biurkiem w niewielkim pokoiku, skąd kieruje tą wielką machiną.
Od początku obowiązywała zasada, że Owsiak nie bierze pieniędzy z fundacji. Dyrektorzy Dwójki o tym wiedzieli, więc zarabiał w telewizji.

ZZA WĘGŁA
W ciągu tych ponad 20 lat Owsiakowi udało się stworzyć sieć 120 tys. wolontariuszy gotowych na jedno jego skinienie ruszyć z puszkami w Polskę. Dla nich jest często jedynym autorytetem, którego słuchają.
- Mówi prosto, nie mydli oczu, jest otwarty, często żartuje i nigdy nie mówi: ja wiem lepiej. Raczej: różnimy się, ale ja szanuję twoje zdanie - opowiada C., który od 14 lat wspiera Orkiestrę. - Bywa cholerykiem - dodaje C. - Ale wtedy uspokaja go Dobies [Krzysztof Dobies, rzecznik prasowy fundacji - przyp. aut.].
M., która negocjowała z nim przed laty wsparcie dla organizowanej przez jej firmę akcji charytatywnej, zapamiętała początkową nieufność, dość dużą rezerwę i nadwrażliwość w ochronie wizerunku Orkiestry. - Potem wyjaśnił, że boi się, by go nie wykorzystano. A że nie są to jego pie­niądze, musi zachować podwójną czujność.
Owsiak przez wiele lat miał pozycję nietykalnego. Nikt nie śmiał go atakować wprost, więc strzelali zza węgła. Nawet ci, którzy go nie lubili.
- Gdyby zbierał na renowację samo­chodu, może byłoby to łatwiejsze, ale on ratował przecież chore dzieci - mówi Sokołowski.
Podszczypywany był jednak cały czas. Prawicy naraził się już po pierwszym finale, gdy na ławę oskarżonych trafiła córka marszałka Sejmu Andrzeja Kerna z Porozumienia Centrum, którą oskar­żono o kradzież pieniędzy WOŚP. - To prowokacja polityczna - uznał wtedy marszałek Kern.
Atakował Owsiaka Janusz Korwin-Mikke, twierdząc, że działalnością cha­rytatywną powinno się zajmować państwo, a nie jakaś Orkiestra. Atakowali hierar­chowie Kościoła za szerzenie nihilizmu. Rydzyk w Telewizji Trwam pokazywał organizowany przez Owsiaka festiwal Przystanek Woodstock jako zbiegowisko rozpustników, narkomanów i alkoholi­ków. (Choć Owsiak proces z Rydzykiem wygrał, do dziś się nie doczekał przepro­sin). Do tego doszły kłótnie o obecność na Woodstocku katolickiego Przystanku Jezus. Wszystkie te ataki sprowadzały się do tego, że Owsiak to antychryst psujący katolicką i patriotyczną młodzież.
- To przeciwstawienie radości Or­kiestry temu cierpiętniczemu stylowi reprezentowanemu przez polski Kościół. To walka o to, czy Polska ma być otwarta i radosna, czy narodowa i ponura - tłu­maczy Chełstowski.
Dziesięć lat kąsania Owsiaka zaczęło przynosić pierwsze efekty, a jego gwiazda przygasła. Widać to było po spadku oglą­dalności finału WOŚP. Wojciech Pawlak, który był wtedy dyrektorem Dwójki, próbował nawet przekonać szefa Orkie­stry, by ograniczyć czas emisji. - On ma mentalność rewolucjonisty, a moją pro­pozycję potraktował jako policzek i próbę ograniczenia WOŚP - mówi.
Ówczesny prezes TVP Bronisław Wildstein nie chciał iść na zwarcie, więc i Pawlak wycofał się z pomysłu. - Nie jestem wariatem, żeby walczyć z polskim świętym - tłumaczy dziś.

ODEBRAĆ WIARYGODNOŚĆ
Walka o sprowadzenie Owsiaka do parteru jeszcze się nie zakończyła. Przed tegorocz­nym, 22. Finałem WOŚP prawicowa prasa jak zwykle zaczęła akcję opluskwiania szefa Orkiestry: że sługus reżimu, że pacyfikował bunt młodzieży, że nie kocha Polski jak należy. Ale tym razem pojawiły się nowe pomówienia: że tak naprawdę nie wiadomo, co się dzieje z pieniędzmi, które zbiera.
- To jest najbardziej wredna insynuacja - mówi Jan Tomczak. - Co innego Owsiaka nie lubić, a co innego go oskarżać o kradzież. Chcą mu odebrać wiarygodność, żeby ludzie się od niego odwrócili.
Owsiak na te ataki reaguje źle. Puszczają mu nerwy, zachowuje się jak zranione zwierzę, wali na oślep, czym sprawia jeszcze większą radość tym, którzy go chcą zniszczyć. Jednego dnia prawicowcy piszą, że dorobił się na Orkiestrze, a gdy następnego dnia ten pokazuje swoje trzy­pokojowe mieszkanie w bloku, piszą, że to luksusowy apartament. Wyliczają przy okazji, ile kosztuje robot kuchenny, a ile płyta indukcyjna w kuchni.
- Cel ataków jest jeden - tłumaczy Chełstowski - zniszczyć coś, co jest krystalicznie czyste, i udowodnić, że stoją za tym resortowe dzieci i ubeckie układy. Jurkowi czasem puszczają nerwy, więc się sądzi teraz z tym czymś ze Złotoryi, choć to coś na to nie zasługuje. Każdy ma prawo nie wytrzymać. Ja bym raczej lał po mordzie.
Jerzy Owsiak w ogóle nie chce roz­mawiać na ten temat. - Jeszcze nie teraz - mówi jego rzecznik Krzysztof Dobies.
W ubiegłym tygodniu szef Orkiestry pojechał do Złotoryi, gdzie wytoczył sprawę prawicowemu blogerowi. - Nie obrażam się, że ktoś nas nie lubi - mówił po wyjściu z sądu. - Ale nie można bezkarnie mówić, że jestem hieną cmentarną albo że wypro­wadziłem z fundacji 46 min zł.
- Jurek ma świadomość, że pomógł stworzyć coś wielkiego i wspaniałego - mó­wi Walter Chełstowski. - Ja na jego miejscu po tym wszystkim powiedziałbym: dość. Ale on tego nie zrobi. Dopóki mu sił starczy, będzie robił Orkiestrę. Chcę powiedzieć tym wszystkim paranoikom, że należy mu się za to szacunek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz