PiS - konstytucja 2010.pdf

piątek, 28 lutego 2014

Żeby Pietrzak



Rafał Kalukin

Kiedyś był po prostu Jankiem, gdy nastała ?Solidarność?, chciał być wieszczem

Trzecia Rzeczpospolita nie była łaskawa dla Jana Pietrzaka, ani też on dla niej. Im podrzędniejsze były lokale, w jakich grał, i pisma, do których pisywał felietony, tym ostrzej grzmocił w "ubekistan" i "michnikowszczyznę". Aż nadeszła IV Rzeczpospolita i legenda kabaretu wróciła na pierwszą linię frontu.

Pietrzak właśnie dostał na festiwalu opolskim Grand Prix za całokształt twórczości. "To jest ktoś, kto wymyślił dla nas, Polaków - bez względu na poglądy polityczne - hymn solidarności, tej ludzkiej. Jest ważnym autorytetem w tym świecie" - mówiła szefowa Programu I TVP, protegowana braci Kaczyńskich Małgorzata Raczyńska.

Większość dawnych znajomych podchodzi do wyborów pana Janka z wyrozumiałością. Gdy ich zapytać, kiedy ostatnio byli w Kabarecie pod Egidą, odpowiadają, że nie pamiętają, ale musiało to być bardzo dawno temu.

Daniel Passent, felietonista, niegdyś autor Egidy: - Ma poczucie humoru. Brat łata, nieprzeciętnie utalentowany, ma dar skupiania wokół siebie ludzi. Showman, biznesmen i polityk.

Jerzy Koperski, poeta, znajomy Pietrzaka z Hybryd z lat 60.: - Już straciliśmy ze sobą kontakt. Spotkałem go na ulicy. „Cześć, Janek” - mówię. A on: „A kto ty jesteś?”. Zawsze był niedostępny, bezwzględny i okrutny. Ale to piękna postać. Za ”Żeby Polska była Polską” będę go zawsze cenił.

Wojciech Pszoniak, aktor: - Nie jest człowiekiem łagodnym, rozluźnionym. Chce mówić o ważnych sprawach.

Piotr Fronczewski, aktor: - Liryczny, mimo swej wojowniczości i szorstkości.

Janusz Weiss, dziennikarz i satyryk: - Miły, ale traktował nas trochę z góry. Protekcjonalnie poklepywał po plecach.

Dawny znajomy: - Kiedyś był po prostu Jankiem. Zmienił się, gdy nastała "Solidarność" i stał się wieszczem. Drżącym głosem opowiadał, jak ludzie reagują na "Żeby Polska...". Miałem wrażenie, że mu odbiło.

Jak Pietrzak z komuną walczył

O tej walce opowiada autoryzowana biografia Andrzeja Niziołka "Człowiek z kabaretu".

Sierpień 1981 roku, środek karnawału "Solidarności". Na skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich wielotysięczny tłum blokuje miasto w proteście przeciwko prowokacji władzy.

Na platformę ciężarówki wspina się Jan Pietrzak - w białej koszuli, z gitarą. Śpiewa "Żeby Polska była Polską": "Z głębi dziejów, z krain mrocznych, / Puszcz odwiecznych, pól i stepów / Nasz rodowód, nasz początek / Hen od Piasta, Kraka, Lecha... / Długi łańcuch ludzkich istnień / Połączonych myślą prostą, / Żeby Polska, żeby Polska / Żeby Polska była Polską".

Wszyscy znają tekst patetycznej pieśni, tłum podchwytuje. Kamery zarejestrują ten moment i wieczorne serwisy pokażą Jana Pietrzaka w najodleglejszych miejscach świata.

Pieśń grana jest wszędzie. W fabrykach puszczana przez radiowęzeł. Robotnicy wstają od maszyn i śpiewają. Tytułowa fraza trafi na pomnik górników poległych w Jastrzębiu i do sygnału Radia Wolna Europa.

W listopadzie '81 Kabaret pod Egidą karmi patriotycznym uniesieniem Polonię. Triumfalna trasa po Stanach, wszędzie to samo: Pietrzak śpiewa "Żeby Polska...", a akowcy, żołnierze z armii Andersa i uciekinierzy z kraju płaczą.

Po występie schabowy i wódeczka z Polonusami. Otaczają artystów i wypytują, czy bardzo byli na UB męczeni. A rano dalej w trasę, i tak przez sześć tygodni.

Wojciech Pszoniak najgorzej znosi powtarzalność patosu. Po powrocie relacjonuje: "Greenpoint, sraczka, Michalski [impresario], żeby Polska, Rochester, żeby Polska, Chicago, trzy tysiące na widowni, lakierki cisną, kurczak łykowaty, Ziutek znowu ciągnął z partytury, whisky zabrakło, żeby Polska, Yonkers, zaciął mi się ekspres w rozporku, żeby Polska...".

13 grudnia '81 zastaje Pietrzaka za oceanem. Gości u rodziny w Kanadzie i zastanawia się, co dalej. W styczniu '82 administracja Reagana wpada na pomysł wielkiego widowiska o Polsce. Tytuł nasuwa się sam: "Let Poland be Poland" (Żeby Polska była Polską).

Prezydent Reagan, premier Thatcher i przywódcy innych mniej lub bardziej demokratycznych krajów mówią, że Polsce należy się wolność. Frank Sinatra śpiewa po angielsku uproszczoną wersję pieśni Pietrzaka.
Pietrzak też mógł tam być. Urzędnicy z Departamentu Stanu namierzyli go w Kanadzie i namawiali do udziału w programie. Oferowali amerykańskie obywatelstwo. Pietrzak się wahał, ale doszedł do wniosku, że jak będzie gościem antykomunistycznego show, reżim już nigdy nie wpuści go do Polski. A jeśli zostanie za oceanem, będzie musiał zmienić zawód.

Wraca do kraju.

Reagan zachowa w pamięci człowieka, który tak pięknie śpiewał o swoim kraju. Gdy w 1990 roku, już jako były prezydent, odwiedzi Polskę, spotka się z Pietrzakiem. Zdjęcie--relikwia: pogromca komunizmu trzyma tablicę z wygrawerowanym napisem "Let Poland be Poland", obok państwo Pietrzakowie.

Jak Pietrzak hymn "Solidarności" pisał

Pietrzak twierdzi, że napisał ”Żeby Polska była Polską” w 1976 roku, pod wpływem doniesień z Radomia i Ursusa.

Anegdota głosi, że tytułową frazę wymyśliła Agnieszka Osiecka i sprzedała Pietrzakowi za 100 zł. Z początku brzmiała inaczej: "Żeby Polska była polska". A nie np. sowiecka. Cenzura nie mogła tego puścić, więc Pietrzak dokonał zmiany. Teraz jest wieloznacznie i bezpiecznie.

W 1978 roku Jerzy Hoffman kręci film "Do krwi ostatniej" o Polakach, którzy z różnych stron ZSRR ściągają do armii Andersa. Reżyserowi udaje się przemycić kilka wątków, które dotąd skrywało milczenie, ale wymowa filmu jest po linii. Hoffman szuka pieśni do czołówki; ma ona pokazać, że Polskę Ludową tworzyli ludzie wywodzący się z różnych tradycji.

Według Ryszarda Marka Grońskiego, dziennikarza, w latach 70. autora Egidy, Hoffman zaproponował Pietrzakowi, by to on napisał pieśń. Dlaczego akurat Pietrzak? "Był stąd, z wewnątrz, z brzucha systemu. Miał prawo do krytyki. Wyrażał rozczarowanie ideowych zetempowców do tego, co nie odpowiadało ich wizji. Za Pietrzakiem przemawiał także jego rodowód: pieśń mógł napisać tylko ktoś, kto sam był autentykiem" - pisał Groński.

Przewija się w tekście pieśni korowód postaci: Piast, Krak, Lech, ksiądz Ściegienny, Drzymała, Norwid, nawet w zakamuflowanej formie Piłsudski ("ten formował legion, wojsko"). Jest też o "uczniu, który zrzucał portret cara". Groński pisze, że do 1981 roku zamiast "ucznia" był "Bolek" - w myśl komunistycznej legendy o młodym Bierucie, który w 1905 roku cisnął kałamarzem w portret ciemiężcy, dając sygnał do strajku uczniowskiego.

Jednak pieśń, pisał Groński, nie spodobała się komisji z Głównego Zarządu Politycznego LWP i została usunięta. Z notki o filmie zamieszczonej na stronie internetowej Filmpolski.pl wynika z kolei, że utwór Pietrzaka został wykorzystany. Sam Pietrzak w swej biografii słowem nie wspomina o filmie Hoffmana, który zresztą szybko popadł w zapomnienie.

Niezależnie od intencji twórcy wieloznaczność tekstu sprawiła, że każdy mógł odnaleźć w pieśni własną treść, a patriotyczna wymowa idealnie zestroiła się z nastrojami przebudzonego w karnawale "S" społeczeństwa. W stanie wojennym śpiewana po kościołach i na manifestacjach, potem triumfalnie wróci w 1989 roku.

I zaraz zniknie - bo po co ją śpiewać, skoro Polska już stała się Polską?

Ale Pietrzak jest innego zdania: "Po odzyskaniu niepodległości była sekowana przez michnikowszczyznę, zarzucającą pieśni nacjonalizm, szowinizm i coś tam jeszcze".

W 2005 znów ją śpiewał - na wiecach wyborczych PiS. Także LPR, nie pytając autora o zgodę, wykorzystała tytułowy motyw w swych spotach. Artysta nie protestował. Oświadczył, że "Żeby Polska..." to dobro narodowe.

Jak Wolna Polska nie doceniła Pietrzaka

W stanie wojennym o występach Egidy nie ma mowy, Pietrzak już dość zalazł komunie za skórę. Śpiewa do kotleta w knajpie w Wilanowie i czeka na lepsze czasy.

"Żołnierz Wolności" drukuje tekst o dworku modrzewiowym artysty. "Za czyje pieniądze?" - docieka. W rzeczywistości to żaden dworek - zwykły fiński domek. Gdy Pietrzak był za oceanem, milicja wdarła się do środka i wszystko zdemolowała.

SB wzywa Pietrzaka. „Jestem dla was za drogi jako agent” - stroszy się. Esbek: „ » Żeby Polska była Polską «niech pan odstawi. Polską zajmujemy się my”.

W dogorywającym PRL Egida znów objeżdża Polskę i ściąga tysiące ludzi do amfiteatrów i wielkich hal. Kabaret - niekabaret, jak w takich warunkach tworzyć nastrój? Bez dawnej finezji, ale z jeszcze większą żarliwością Pietrzak chłoszcze reżim. Bywa, że z pierwszego rzędu widowni oklaskuje Pietrzaka sam Lech Wałęsa. Pietrzak wielbi Wałęsę ponad wszystko.

Kpi, że Polacy zarabiają po 20 dolarów miesięcznie, a chleb jest droższy niż na Zachodzie. Premier Zbigniew Messner w Sejmie udowadnia, że to nieprawda.
A potem PRL wali się i nastaje wolność.

Za komuny Egida nigdy nie miała swojego lokalu, więc czas naprawić krzywdy. Prezydent Wałęsa obiecuje, że to zrobi.

Do wiceburmistrza Śródmieścia Jana Latkowskiego przychodzi urzędnik z kancelarii Wałęsy Szymon Pawlicki. Grozi, że jeśli gmina nie przyzna Pietrzakowi lokalu, prezydent wprowadzi do gminy zarząd komisaryczny. Naczelniczce wydziału handlu grozi też komisarzem funkcjonariusz UOP.

Burmistrz Jan Rutkiewicz zawziął się i lokalu nie przyznał. Przez kolejne lata Pietrzak będzie mówił, że "pan burmistrz wywodzi się z czerwonej pięknej dzielnicy i choć w porę przyłączył się do etosu, rodzinna nienawiść do prześmiewców dała o sobie znać".

Jak Pietrzak wierzył w socjalizm

O tej wierze w autoryzowanej biografii Jana Pietrzaka wiele nie przeczytamy.

O ojcu Wacławie zdawkowo opowiada, że był "niespokojnym duchem": przed wojną strajki robotnicze, wyrzucany z pracy. W czasie wojny "lewicowa konspiracja", "jakieś małe organizacje". Zdekonspirowany, zamordowany na Pawiaku.

Nie mówi wszystkiego. W dokumentacji Pawiaka zachowała się karta Wacława Pietrzaka: działacz KPP, więzień sanacji. W 1940 roku bierze udział w spotkaniu powołującym organizację Młot i Sierp, która później wejdzie w skład Związku Walki Wyzwoleńczej przekształconego następnie w PPR. W październiku 1942 roku wpada po prowokacji gestapo. Przez dwa miesiące męczony na Pawiaku.

Zmasakrowane zwłoki z raną krtani (co wskazuje na powieszenie) w grudniu '42 zostają przekazane rodzinie. Po swetrze własnej roboty Władysława Pietrzak rozpoznaje ciało męża.

Wacław Pietrzak pośmiertnie zostaje odznaczony Krzyżem Grunwaldu. Władysława Pietrzak angażuje się w budowę socjalizmu. W latach 1947-52 jest posłanką na Sejm Ustawodawczy.

Jan Pietrzak ma siedem lat, gdy na jego oczach przez Warszawę przetacza się katastrofa Powstania. Wychowuje się na gruzach stolicy, bawiąc się w wygrzebywanie spod ruin broni. Z powodu problemów wychowawczych, jakie sprawiał, choć nie można wykluczyć i ideologicznej pryncypialności matki, w wieku 11 lat idzie do szkoły kadetów.

Był rok 1948. Powie po latach: "Byłem wychowywany na janczara komunizmu".

"25-kilometrowe marszobiegi z podstawą cekaemu na plecach, dyscyplina. Historii ruchu robotniczego musiałem się nauczyć tak samo jak fizyki czy chemii" - wspominał w rozmowie z "Gazetą" kilka lat temu.

Kadeci są ozdobą defilad. Nastoletni Jan Pietrzak salutuje przed Bierutem.

Zdaje maturę, idzie do szkoły oficerskiej na radiolokację. Wstępuje do PZPR. Po latach będzie się szczycił swą krnąbrnością i bezczelnością wobec przełożonych.

W 1957 roku zostaje skierowany do stacji radiolokacyjnej pod Zgorzelcem. Chruszczow podpisuje z Eisenhowerem umowę o redukcji wojsk, z Układu Warszawskiego ma odejść pół miliona żołnierzy. Pietrzak pisze wniosek o zwolnienie i przechodzi do cywila.

Jak Pietrzak recytował wiersze u niedoszłego Lenina

Co ma zrobić młody człowiek, który zna się tylko na obsłudze cekaemu, a popaździernikowa Warszawa kusi jazzowymi klubami i dyskusjami o nowych trendach w sztuce?

Pietrzak zatrudnia się w Warszawskich Zakładach Telewizyjnych, przy taśmie montuje pierwsze polskie telewizory Belweder. Działa w radzie robotniczej.

"Nie miałem nic przeciwko zastanej rzeczywistości. Nie walczyłem z nią, ja z niej wyrastałem - byłem w ZMP, w partii. Socjalizm brałem wprost: to nasza fabryka, nasz kraj i mamy prawo mówić wyraźnie, co nam się nie podoba, a towarzysz sekretarz nie będzie nam dyktował, jaką uchwałę przyjmiemy. Dlatego w radzie robotniczej uchodziłem za krzykacza" (wywiad dla "Rzeczpospolitej", 1994).
Po pracy kręci się po Warszawie. Podłączy się pod protest studencki przeciw rozwiązaniu "Po prostu". Czasem ktoś wprowadzi go do Stodoły bądź Hybryd. Sam, bez legitymacji studenckiej, może o tym pomarzyć. Bez sukcesu stara się o angaż w zespole Mazowsze. Przesłuchanie w Studenckim Teatrze Satyryków - to samo.

W Hybrydach działa Estrada Poetycka. Kieruje nią Jerzy Koperski vel Leszin (chciał nazywać się Lenin, ale nie było zgody). Przewijają się dziesiątki młodych poetów, m.in. Edward Stachura. Patronuje im Władysław Broniewski. Po jego śmierci nazwą się Estradą Poezji i Pieśni Rewolucyjnej im. Broniewskiego.

W 1960 roku Koperski organizuje nabór. Znudzony spogląda na panienki z akademika marzące o sławie. I nagle na scenkę wchodzi Jan Pietrzak. Z żarem recytuje Majakowskiego i zostaje przyjęty.

Tak to zapamiętał Koperski. W "Człowieku z kabaretu" można przeczytać, że przepustką Pietrzaka do sławy był nie Majakowski, ale Norwid i Leśmian.

Hybrydy lat 60. to oaza kultury niezależnej. Grywali tu Namysłowski, "Ptaszyn" Wróblewski, Komeda. Przy barze siadał Cybulski. W DKF włoski neorealizm, francuska Nowa Fala, Bergman.

Recytowanie już się znudziło. "Estradowcy" wystawiają "Noc wojny w Prado", rewolucyjną jednoaktówkę o wojnie domowej w Hiszpanii. Klapa. Próbują więc z kabaretem. I chwyciło. Większość tekstów pisze student polonistyki Wojciech Młynarski. Organizacyjnie trzyma wszystko w garści Jan Pietrzak. Między nimi iskrzy.

Koperski: - Janek nie mógł się pogodzić, że to Wojtek uchodził za bardziej utalentowanego. Zawsze był zazdrosny o powodzenie innych. Gdy przyjechał do Hybryd Czesław Niemen, Pietrzak zrobił awanturę. Krzyczał: "Kto to jest Niemen?".

Młynarski odchodzi, kabaret jest w impasie. Pietrzak sam zaczyna pisać, ale nie ma jeszcze wprawy. Wkrótce przyjdą mu w sukurs studenci ASP Jonasz Kofta i Adam Kreczmar. Program to studencka zgrywa oparta na grach słownych, zaprawiona liryką, obyczajowymi obserwacjami codzienności i delikatną społeczną satyrą. W duchu gomułkowskiego małego realizmu.

Pietrzaka krępuje robociarski kombinezon. Chce na studia, wybiera socjologię w Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy KC PZPR. Podobno dlatego, że można było studiować zaocznie. WSNS kształci przyszłe kadry partyjne na podstawie sprawdzonych radzieckich wzorców. Szkołą kieruje Adam Schaff, dogmatyczny marksista, choć zarazem człowiek o szerokich horyzontach i otwarty na poszukiwania.

W Hybrydach Pietrzak jest kierownikiem całej sceny - ma pod sobą teatr dramatyczny, pantomimę i kabaret. Działa w organizacji partyjnej.

Jak Pietrzak chciał być ofiarą Marca

Hybrydy mają problem. Klub mieści się w kamienicy przy ul. Mokotowskiej. Za sąsiada ma Władysława Wichę, sekretarza KC PZPR. Dygnitarzowi przeszkadzają koncerty jazzowe i warkot lambrett. A poza tym w partii ścierają się różne nurty i nadciąga przesilenie. W marcu 1967 roku ZMS-owska "Walka Młodych" atakuje Hybrydy. Tekst "Hybrydowy playboy" to zbiorowy portret degeneratów, którzy zasiedlają klub: cwaniacy, sutenerzy, cinkciarze, hazardziści i prostytutki.

Rusza kampania przeciwko Hybrydom. Pismo drukuje listy oburzonych czytelników, inne gazety dokładają do pieca. W mikroskali przećwiczony zostaje scenariusz antyinteligenckiej nagonki, który przyda się rok później, w Marcu.

Pietrzak opowiadał po latach: „Wyrzucono nas po serii ataków w » Walce Młodych «. Decyzję podjęła Rada Okręgowa ZSP”.

Albo: "Byłem już zbyt niebezpieczny, goniła mnie cenzura, byłem prześladowany przez UB, więc koledzy postanowili mnie wyrzucić, żebym nie utrudniał im karier" ("Słowo Ludu", 2004).

Jednak gdy ukazał się paszkwil "Walki Młodych", Pietrzaka nie było już w Hybrydach.

Ówczesny kierownik klubu Krzysztof Mroziewicz: - Janek sam odszedł. Chciał iść dalej, rozwijać się.

Pietrzak z Kreczmarem i Koftą montują własny, zawodowy już kabaret. Pod egidą radiowej "Trójki" i Stołecznej Estrady. Stąd nazwa: Kabaret pod Egidą.

Debiutują w lutym 1968 roku. Ale Pietrzak woli, by za początek Egidy uznawać bezpieczniejszy 1967.
Jak Pietrzak Sprawę i Walkę pojmował

Dlaczego w dusznym przedmarcowym okresie rzekomo prześladowany Pietrzak dostał zgodę na kabaret?

„Dążąc do panowania nad wszystkim - władze pragnęły mieć swoją rozrywkę. Aby ją wyhodować, zgadzały się na akcenty krytyczne. Jeśli ze słusznych pozycji, trudno, należy to znieść - pisał Ryszard Marek Groński. - Za inicjatorem powstania nowego kabaretu Janem Pietrzakiem przemawia legitymacja PZPR, KPP-owska tradycja rodzinna. (...). Prawda, Pietrzak współpracował z Koftą. Pocieszano się, że ta współpraca nie będzie trwać wiecznie. Inni artyści pierwszego programu uciszali niepokój. Siemion - to była firma; ozdoba rocznicowych akademii. Młody aktor Wojciech Brzozowicz należał, gdzie trzeba, i sympatyzował, z kim należało. Piszący dla kabaretu debiutant Marcin Wolski też same zalety: związki rodzinne z » Żołnierzem Wolności «. Autor Egidy - Słojewski to znowu felietonista Hamilton z » Kultury «, redagowanej przez Janusza Wilhelmiego, pisma bojkotowanego przez pisarzy z kręgów odległych od obozowiska Moczara”.

Jednak szef Egidy, przyznaje Groński, "poszedł za publicznością, i to nie tą komitetową".

Wstydliwą pamiątką po pierwszym programie jest tekst Pietrzaka "Do Anglii": o inteligencie, któremu "Sibelius bliższy niż Chopin" i "nudzi go kraj nad Wisłą", a gdy już dostanie paszport, ucieka na Zachód. "No, pomyślmy - panowie Polacy / czy osobnik, o którym tu mowa / wie, co Sprawa i Walka znaczy / o Judymie co sądzi nasz rodak / czy w ogóle ma jakieś idee? / Jeśli nie - to co się u nas dzieje?!".

Po Marcu na Zachód wyjechało dobrowolnie lub pod przymusem ok. 30 tysięcy osób.

Czy hipoteza Grońskiego o marcowych korzeniach Egidy jest prawdziwa?

Wojciech Brzozowicz jest zirytowany: - Miałem 22 lata, skąd mogłem wiedzieć, gdzie warto należeć? Owszem, Egida była potrzebna władzy, ale z innego powodu. Władza chciała pokazać, że wolno się z niej śmiać. Czy mieliśmy tego świadomość? Nie.

W marcu 1968 roku wszelkie koneksje, nawet jeśli były, to i tak stały się nieaktualne. Kabaret występuje na Chmielnej, a przez pobliski Nowy Świat suną studenckie demonstracje. Pietrzak jest przerażony. Mówi do Wojciecha Siemiona: „My tu robimy sobie żarty, a tam historia się dzieje”. A Siemion wychodzi na scenę i recytuje „Noc listopadową” Gałczyńskiego: „Nowym Światem rwie nawałnica, burza młodych / » Podchorążowie, hańba katom! «/ » Witaj jutrzenko swobody... «/ Hej Polacy! Na ulice! / Garstka serc u waszych bram / na latarnię Targowicę! / Wolność niesiem!”.

Artyści czytają ze sceny gazety i okazuje się, że nawet tak banalna czynność wywołuje salwy śmiechu. Publiczność wyłapuje każdy akcent wyśmiewający prymitywną propagandę marcową. Moczarowcy rewanżują się żarcikiem o kabarecie pod "eżydą". Cenzura coraz mocniej ingeruje w teksty i w końcu spada prawie cały program.

A w grudniu 1970 roku, po masakrze na Wybrzeżu, Gomułka odchodzi i odrzucane wcześniej teksty nagle stają się prawomyślne. Można znów grać.

"Pomożecie?" - pytał Gierek robotników. Jan Pietrzak, jak większość rodaków, gotów był odpowiedzieć nowemu sekretarzowi: "Pomożemy!".

Jak Pietrzak nie przeszedł na "ty" z Cyrankiewiczem

"Dziesięć przykazań znam na wyrywki / pomnę wytyczne etyczne z ZMP / i widzę niestety dysonans brzydki / między teorią a życia postępem" ("Wszyscy o wszystkich").

"Pośród tomów miliona / zapisane poetów natchnieniem / czy dogasło w Boliwii / z Che Guevary westchnieniem / gdzie jest nasze sumienie / gdzie..." ("Gdzie jest nasze sumienie").

Na scenie stworzył postać "pana Janka". Facet w berecie z antenką, który wygłasza ironiczne monologi o absurdach realnego socjalizmu. Inteligent z awansu, dzisiaj nazwano by go wykształciuchem.

Pietrzak tak mawia o swym bohaterze: "To koleś z ulicy, po trochu inteligent, ale o raczej knajackim sposobie mówienia, który na niemal każdy temat ma coś do powiedzenia. Zwyczajny człowiek, przeciętny Polak, średnio inteligentny i średnio dowcipny. Taki, żeby każdy z widzów mógł się z nim utożsamiać. Ten facet potrzebuje rozsądku w otaczającej go rzeczywistości".

Brzozowicz uważa, że Egida z końca lat 60. lokowała się na obrzeżach nurtu reformistycznego, dążącego do zmiany systemu od wewnątrz i powrotu do socjalistycznych źródeł. - Wtedy to był autentyczny głos młodego pokolenia. Później już tylko gra z władzą - twierdzi.

Ale to lata 70. były złotą erą Kabaret pod Egidą . Występują w malutkiej salce na Chmielnej. - To był czas pełni kabaretu, jaki lubię: przesiąkniętego papierosowym dymem, czarną kawą i lampką koniaku - wspomina Piotr Fronczewski.

Teksty są błyskotliwe: aluzyjne, ale niezwykle celne. Wykonanie - wyśmienite.

Literacko prym wiodą liryczny Kofta i elegancki Kreczmar. Z ich tekstami korespondują przaśne, ludyczne monologi Pietrzaka.
Przede wszystkim jednak Pietrzak okazuje się genialnym organizatorem: bez niego Egida długo by się nie utrzymała. Biegał z tekstami do cenzury, kłócąc się zajadle. Legitymacja PZPR była przydatna.

I ściągał gwiazdy, te największe. Występowali w Egidzie m.in. Fronczewski, Pszoniak, Janda, Krafftówna, Gajos, Kaczmarski, Kaczor, Rinn, Dałkowska, Żółkowska.

Teksty pisali Osiecka, Passent, Groński, Janusz Głowacki, epizodycznie Jerzy Urban.

Zapowiadający kolejne punkty programu Pietrzak nie kwapił się z podawaniem nazwisk autorów. Nikt jednak nie protestował. Uczestnictwo w Egidzie, nawet anonimowe, i tak było nobilitacją.

Publiczność nie jest przypadkowa. To kabaret warszawskiej elity. Wpadali Tadeusz Konwicki, Jerzy Andrzejewski, Tadeusz Kotarbiński, Andrzej Wajda, Halina Mikołajska. Podobno dla spóźniającego się Adama Michnika Pietrzak potrafił odwlekać rozpoczęcie wieczoru (Michnik temu zaprzecza).

Bywali też prominenci. Moczar przez wiele lat "zaszczycał" swą obecnością przedstawienia. Podobno miał łzy w oczach, gdy Pietrzak po raz pierwszy zaśpiewał "Żeby Polska".

Z sekretarzem komitetu warszawskiego PZPR Józefem Kępą znał się Pietrzak jeszcze z dawnych czasów. Kiedyś na koniec wieczoru zbierał pieniądze do kapelusza. Sekretarz wrzucił marne 20 złotych. "Tyle to daje się na tacę w parafii w Józkowie" - zakpił Pietrzak. Kępa ugodzony został celnie: w rodzinnym Józkowie jako młody chłopak bezskutecznie starał się o ministranturę. Do Egidy już nie zawitał.

Józef Cyrankiewicz był wiernym gościem Egidy przez dwie dekady. Odsunięty po upadku Gomułki ekspremier głośno dawał do zrozumienia, jak dobrze się tu bawi. Podczas wielkiej fety z okazji siedmiolecia kabaretu pijany Jan Himilsbach próbuje dać po mordzie dygnitarzowi.

Z czasem Cyrankiewicz nabrał zwyczaju dzwonienia do Pietrzaka i komentowania.

"Wiesz co, Janek? Mów mi Józiu" - zagaił.

Na to Pietrzak: "Panie premierze, nie mam odwagi. Kiedy chodziłem do szkoły, pan wisiał kiedyś na ścianie przy Stalinie i Bierucie".

Bywał wreszcie w Egidzie Mieczysław Rakowski. Kierowana przez niego "Polityka", pismo partyjnych liberałów, sprawowała nad kabaretem nieformalny patronat i drukowała na swych łamach niektóre kawałki.

Jak Pietrzak grał z komuną, a komuna z Pietrzakiem

"Pan Władzio, krew z krwi i kość z kości narodu, jak uważali krytycy. Niewątpliwą umiejętnością pana Władzia było utrzymywanie równowagi między sugerowaniem krytycznego stosunku do systemu a korzystaniem zeń w rozsądnych granicach. Jeszcze w latach siedemdziesiątych uznał, że we wspólnocie śmiechu najłatwiej stworzyć arkę przymierza między rządzącymi i rządzonymi. Udało mu się doprowadzić do tego, że partyjne bęcwały śmiały się z dowcipów na własny temat, zwłaszcza kiedy ich nie rozumiały, a u schyłku swojej prosperity robiły to wspólnie z czołowymi przedstawicielami opozycji". Tak pisał o Kabarecie pod Egidą Jacek Kaczmarski w autobiograficznej, ironicznej powieści "Autoportret z kanalią". Zanim stał się bardem "Solidarności", właśnie u Pietrzaka stawiał pierwsze kroki na scenie. Teraz w Egidzie występuje córka Kaczmarskiego Patrycja.

Józef Tejchma, w latach 70. minister kultury, przedstawiciel partyjnych liberałów, bywalec Egidy: - Ten kabaret nie reprezentował opozycji, ale i nie był konformistyczny. Wychodził poza granice koncesjonowanej formuły, unikając środków awanturniczych. Nie był hołubiony, ale tolerowany. Przyjmowany jako zjawisko pozytywne w życiu kulturalnym, wzbogacające je.

Wentyl bezpieczeństwa? Tejchma: - Można tak powiedzieć. Politykę kulturalną rozmaicie pojmowano, także jako instrument rozładowujący nastroje w sposób bezpieczny dla władzy.

Witold Filler, w latach 60. szef redakcji rozrywki, później naczelny "Szpilek": - Nie wierzę w teorię wentyla. Tamten system nie był monolitem, nie kontrolował wszystkiego. Janek opanował do mistrzostwa sztukę znajdowania szczelin i wpychania się w nie.

Wojciech Brzozowicz: - Testowaliśmy władzę, jak daleko można się posunąć. Sami byliśmy ciekawi, co z tego wyjdzie. Po Grudniu '70 doszło do mnie, co to tak naprawdę oznacza. Na Wybrzeżu zginęli ludzie, a Chmielna się śmieje. Egida legitymizowała władzę.

Gdy w 1983 roku jakiś konfident nagrał show Pietrzaka i kabareciarz został oskarżony o próbę obalenia ustroju, wstawił się za nim wicepremier Rakowski. "Moim zdaniem nie należy zaprzątać sobie głowy Pietrzakiem. Taki on groźny dla nas jak ubiegłoroczna zima" - napisał w liście do MSW. Sprawę umorzono.
Jak Pietrzak brał od komuny małe co nieco

Pietrzak nie ogranicza się do kabaretu. Jeszcze w czasach Hybryd prowadził radiowy "Podwieczorek przy mikrofonie", w telewizji - giełdę piosenek. Później zagra kilka filmowych epizodów (m.in. polonijnego didżeja w "Kochaj albo rzuć" o Pawlakach i Kargulach) i jedną główną - Henryka Jordana w biograficznym filmie Filipa Bajona.

W 1973 roku przez kilka miesięcy był szefem rozrywki w telewizji.

Jego poprzednik na tym stanowisku Witold Filler: - Gdy kierowałem rozrywką, zamawiałem u Janka teksty, a potem je ciąłem, by mogły pójść. Strasznie go to denerwowało. Gdy zajął moje miejsce, robił oczywiście to samo.

Pietrzak utrzymuje, że wyleciał z TVP za opolski kabareton, na którym oprócz Egidy wystąpiły inne drapieżne kabarety: Elita, Tey, Salon Niezależnych. Nie współgrało to z propagandą sukcesu, więc prezes Radiokomitetu Maciej Szczepański miał dostać furii i wywalić podwładnego. Szczepański twierdzi, że incydentu nie pamięta. A artyści, którzy wystąpili wówczas w Opolu, że zapraszał ich nie Pietrzak, ale reżyserująca wieczór Olga Lipińska.

W tym czasie Egida grała skecz "Nasza mafia" zainspirowany "Ojcem chrzestnym". Raz Jonasz Kofta wypalił: "Wilhelmini pętak, ale ambitny" oraz "Największe nieszczęście to duet Krwawy Maciek i Wilhelmini". Aluzja aż nadto czytelna: "Wilhelmini" to naczelny warszawskiej "Kultury" Janusz Wilhelmi, człowiek ambitny i mściwy. A "Krwawym Maćkiem" zwali podwładni Szczepańskiego.

Witold Filler przemawiał Wilhelmiemu do rozsądku: "Daj spokój. To zdolni ludzie i partia nie powinna ich odrzucać".

- Ale Wilhelmi zaciął się - relacjonuje Filler. - Tak nastawił Szczepańskiego, że Pietrzak nie miał czego szukać w telewizji. Za to Jonasz, wieczne dziecko we mgle, jakoś wywinął się z opresji i z okienka nie zniknął. Pietrzak nie mógł mu tego wybaczyć.

Wkrótce Kofta odejdzie z kabaretu.

A gdy w 1976 roku Egida dostanie kilkuletni zakaz występów, Filler weźmie Pietrzaka na sekretarza redakcji do "Szpilek". Po latach będzie opowiadał, że - jako że był zapis na jego nazwisko - zatrudniono go ukradkiem: był sekretarzem, ale na etacie gońca.

Filler: - Tyle razy mówiłem mu, żeby nie konfabulował, a on wciąż swoje. Pracował na etacie starszego redaktora.

Jak demokracja okazała się za wątła dla Pietrzaka

Nie może się pogodzić, że za komuny telewizja go pokazywała, a w wolnej Polsce zniknął z ekranu.

"Michnikowszczyzna tak samo nas tępiła jak cenzura w PRL. Przez piętnaście lat nie można było napisać słowa o Kabarecie pod Egidą" (z niedawnego wywiadu dla "Dziennika").

"Nie ma mnie w Opolu od dziesięciu lat, bo festiwal przejęła ubecka telewizja" (w "Dzienniku Łódzkim").

Często na celownik brał Olgę Lipińską, która ku utrapieniu Pietrzaka w III RP robiła w telewizji kabaret. Ta zrewanżowała mu się w felietonie, gdzie o "byłym koledze Jasiu" pisała: "Chorować zaczął po przewrocie [1989]. Najpierw wyskoczył przed szereg tylko w bieliźnie, skopał komunę, która już leżała, i owiało go chłodne powietrze. Nie wybrali. Więc skopał za to powietrze po komunie jeszcze dotkliwiej".

Jacek Kleyff, niegdyś podpora Salonu Niezależnych: - Zawsze go ceniłem jako człowieka. Ale nie wierzę w opowieści, jak to był cenzurowany. Po odzyskaniu niepodległości nastąpiło mniejsze branie na kabaret polityczny. "Żeby Polska..." też się przejadło. Niestety, Janek nie zrozumiał alchemii rynku.

Nie zrozumiał też polityki. Gdy w 1995 roku ogłosił, że kandyduje na prezydenta, jego znajomi myśleli, że to nowy numer podstarzałego kabareciarza. Przecierali oczy ze zdumienia, gdy okazało się, że to nie żart. Pietrzak jeździł po kraju z Egidą i w trakcie przerw między setami umilał czas publice agitacją wyborczą.

Dostał 1 procent, ciut mniej od Leppera. Niepowodzenie skwitował: "Nasza demokracja jest jeszcze bardzo wątła. Jesteśmy uzależnieni od podskórnych, mafijnych układów".

Dwa lata później, znów bez sukcesu, startował na posła z listy UPR.
Jak Pietrzak walczy z postkomuną

Koniec maja 2007. Egida znów jest na fali. Dopiero co odbyła się szumna celebra w Teatrze Polskim na 70-lecie "pana Janka" i

40-lecie kabaretu, gdzie mistrzowi ceremonii raz jeszcze udało się ściągnąć dawne gwiazdy, a na widowni zasiadł premier Kaczyński z matką. W finale spektaklu wszyscy wstali i z namaszczeniem odśpiewali "Żeby Polska...".

Artyści kończą już sezon, dając kolejny występ w Mazowieckim Centrum Kultury. Publiczność (średnia wieku grubo ponad 50 lat) świetnie się bawi.

Ewa Dałkowska śpiewa, że polska demokracja to "córka komunistów, szpicli, aferzystów i molestantów".

Marcin Wolski o powrocie Kwaśniewskiego do polityki, że to cud, którego dokonali ojciec Hejmo i biskup Wielgus.

Joanna Jeżewska parodiuje Jolantę Kwaśniewską, która budzi się w Szwajcarii i widzi męża nawijającego wokół palca banknoty. "Oluś, co robisz?". "Zwijam interes".

Stanisław Klawe: "Kwaśniewski broni demokracji przed nami, czyli społeczeństwem".

Pietrzak natrząsa się z jąkającego się Michnika (chciał kupić ustawę medialną, ale nie chciano mu sprzedać, więc sypnął Rywina), z Kalisza ("puchlica wredna"), Senyszyn ("jędzowatość nadęta"), Beger ("kurwica codzienna").

Witając publiczność, zapewnia, że w Egidzie nikt nie ma taryfy ulgowej, także rządzący. I faktycznie, z Giertycha i Leppera artyści soczyście dworują. Jest jeszcze zabawna parodia monologu Gosiewskiego w wykonaniu Jeżewskiej. I piosenka Dałkowskiej, trawestacja piosenki Kabaretu Starszych Panów, o braciach Kaczyńskich: o tym, że we dwóch rządzi się raźniej. - Gdyby to było o Michniku, już by mnie pozwał - wzdycha na koniec aktorka.

Jan Pietrzak nie zgodził się na rozmowę.

* Korzystałem z książek: "Jan Pietrzak. Człowiek z kabaretu" Andrzeja Niziołka (2005), "Co jest grane, panie Janku" Andrzeja Romana (1992), "Dlatego kocham życie" Jana Pietrzaka (1974), "Puszka z Pandorą" Ryszarda Marka Grońskiego, "Autoportret z kanalią" Jacka Kaczmarskiego (1994), "Mój pamiętnik potoczny" Olgi Lipińskiej (2005), "Dzienniki polityczne 1984-1986" Mieczysława F. Rakowskiego (2005)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz