PiS - konstytucja 2010.pdf

wtorek, 18 lutego 2014

Książę Trójmiasta



Ze wszystkich problemów Ryszarda Krauzego ten z pewnością jest najpoważniejszy. Niewiele brakowało, by bójka na sopockim Monciaku zakończyła się śmiercią jego syna.

RADOSŁAW OMACHEL

Noc z soboty na niedzielę, tydzień temu, dochodzi piąta rano. Aleksander Krauze, 25-letni syn Ryszarda - znanego miliardera z Gdyni - wychodzi ze znajomymi z klubu Uni­que, położonego w pobliżu wejścia na molo w Sopocie. Niektórzy świadkowie twierdzą, że został wyproszony z klubu za zbyt głośne zachowanie. Menedżer klubu twierdzi, że niczego takiego nie było.
Prawie równocześnie położony sto me­trów dalej klub Ego opuszcza o cztery lata młodszy od Aleksandra Mikołaj P. - bez­robotny. Wlał w siebie prawie pół litra, poprawił jointem. Awanturuje się, zacze­pia ludzi. Najwyraźniej na haju przece­nił swoje możliwości, bo zaczepia także Krauzego juniora. Świadkowie mówią, że dochodzi do pyskówki. Mikołaj P. odcho­dzi, ale za chwilę wraca. Rzucają się na siebie. Według części świadków to wte­dy Mikołaj P. dwukrotnie rani Aleksandra Krauzego nożem. Policja zatrzymuje go kilka minut później. Ma już na koncie wy­rok za udział w pobiciu z użyciem noża. Wtedy dostał rok w zawieszeniu. Teraz grozi mu 10 lat.
Chyba że prawda okaże się nieco bar­dziej złożona. Część świadków twier­dzi, że po krótkiej szarpaninie Mikołaj P. zaczął uciekać. Dwóch ochroniarzy opiekujących się młodym Krauzem nie interweniowało - ich podopieczny mierzy 190 centymetrów wzrostu, waży 90 kilogramów, potrafi wal­czyć. Nie lubi, jak ochrona mu przeszkadza. Po kilkunastu me­trach - jak zeznają niektórzy świadkowie - dogania przeciwni­ka i zaczyna okładać go pięścia­mi. I dopiero wtedy w ruch idzie nóż. Ciężko ranny w brzuch zo­staje Aleksander Krauze, lżej je­den z jego ochroniarzy i sam Mikołaj P.
- Być może ciosy nożem pad­ły, kiedy Mikołaj się bronił. Jeśli tak, to trzeba rozważyć, czy dzia­łał w warunkach obrony koniecz­nej i czy przekroczył jej zasady - mówi Paweł Giemza, obrońca Mikołaja P. Wiadomo, dlaczego tak mówi - bo to oznaczałoby ła­godny wyrok dla jego klienta. Ale to nie znaczy, że nie ma racji.
Aleksander Krauze przecho­dzi operację, wraca do zdrowia w jednym z gdańskich szpita­li. Być może do tego wszystkie­go by nie doszło, gdyby nie zmniejszenie liczby pilnują­cych go ochroniarzy. Jeszcze parę miesięcy temu było ich czte­rech, teraz tylko dwóch. - Najważniej­sze, że żyje, ta bójka mogła się skończyć tragicznie - mówi jego znajomy.

Rówieśnik Prokomu
Gdy Krauze junior pojawi się na świecie w 1989 roku, jego ojciec był początkują­cym przedsiębiorcą, właścicielem racz­kującej spółki informatycznej Prokom. Wychodził jej w urzędach status jednost­ki innowacyjnej, co pozwalało na korzy­stanie z dużych ulg podatkowych. Dobre relacje z sektorem państwowym stały się z czasem znakiem firmowym Prokomu, który seryjnie wygrywał wielomilionowe przetargi na dostawę usług i oprogramo­wania komputerowego. Między innymi dla NIK, MON, MEN i ZUS.
W połowic lat 90. nazwisko Krauzego zaczęło się pojawiać w rankingach najbo­gatszych Polaków - w 2008 roku, w szczy­cie giełdowej hossy, jego majątek był wyceniany na 4,5 miliarda złotych. Skła­dały się na niego aktywa funduszu inwe­stycyjnego Prokom Investments (spółkę informatyczną Prokom Software Krau­ze sprzedał w 2007 roku regionalnemu potentatowi informatycznemu Asseco za prawie 600 min zł) i akcje firm zaj­mujących się m.in. produkcją insuliny (Bioton), budową i sprzedażą mieszkań (Polnord), a także poszukiwaniem ropy na stepach Kazachstanu (Petrolinvest). Krauze bratał się z politykami, między innymi z Aleksandrem Kwaśniewskim i Lechem Kaczyńskim, latał po świecie prywatnym odrzutowcem, a na bankie­tach otaczał się atrakcyjnymi kobietami i palił najdroższe cygara.
Dzieci (Aleksandra i jego starszą siostrę Monikę) posłał do niezłej, ale publicz­nej szkoły - liceum sportowego w Gdyni.
- Zależało mu, żeby wyrośli na tak zwa­nych normalnych ludzi, a nie rozpiesz­czone pod kloszem dzieciaki - mówi wieloletni współpracownik Krauzego.
Z drugiej strony jeden z kolegów mło­dego Krauzego wspomina, że jego ojciec wybudował salę gimnastyczną dla gdyń­skiego liceum. - Aleksander i Monika do­brze się uczyli, ale dla wszystkich było oczywiste, że po takiej inwestycji nie będą przez nauczycieli traktowani tak jak inni uczniowie - mówi nasz rozmówca

Inny z kolegów Aleksandra, któ­ry jeździł z nim na obozy sporto­we, wspomina, że pewnego razu na takim wyjeździe synowi mi­liardera szybko skończyły się pie­niądze. - Zadzwonił do ojca, a ten taksówką przysłał mu symbolicz­ne ISO zł. To musiało wystarczyć na kilka dni. Sam kurs kosztował pewnie dobre kilka razy tyle.
- Kiedy zrobił prawo jazdy, spo­dziewaliśmy się, że ojciec kupi mu superbrykę. I owszem, do­stał własny samochód, ale zwykły kompakt - dodaje inny kolega, jeszcze z czasów szkolnych.
W liceum Krauze junior wszedł w fazę buntu. W zasadzie nor­malną dla rozsadzanego hormonami młodego mężczyzny, ale w jego wypadku wyjątko­wa intensywną. - Zaczęło mu odbijać. No, ale jak ma nie od­bijać 16-latkowi, który wadzi, że borowcy zamykają całą uli­cę, bo wśród gości zaproszonych przez jego ojca jest prezydent Kwaśniew­ski - mówi szkolny kolega Aleksandra. Jego zdaniem z wielu cech, które sta­rał się młodemu Krauzemu wpoić ojciec, najlepiej przyjęła się jedna - poczucie władzy. Tego, że wolno mu wiele.
Od wczesnej młodości rodzeństwu Krauze, jak większości dzieci milionerów, towarzyszyli ochroniarze. Truchtali za nimi nawet podczas joggingu. Nie bez po­wodu. Policja podobno kilka razy sygnali­zowała rodzinie, że profesjonalna ochrona jest niezbędna. Tyle że z biegiem lat oka­zało się, że zagrożeniem dla tej dwójki mogą być nie tylko niezrównoważeni fru­straci zazdroszczący im zamożności czy gangsterzy szykujący kidnaping.
- Oni sami byli dla siebie zagrożeniem. Zaczęły się imprezy, na nich alkohol, nar­kotyki. Rodzice - Kalina i Ryszard Krauze - bali się tego chyba bardziej niż poten­cjalnego porwania - opowiada znajomy rodziny.
Niektóre dzieci milionerów wybiera­ją anonimowość. Wiele z nich wyjeżdża za granicę już na etapie szkoły średniej ich nazwiska nic nikomu nie mówią. Za granicą uczyli się między innymi Łukasz Wejchert czy Sebastian Kulczyk.
- Ali [Aleksander Krauze - przyp. red.] nigdy nie miał z tym problemu. Nigdy się nie ukrywał, nie używał żad­nych pseudonimów. Podkreślał, że jest dumny z rodziny, i bez skrupułów ko­rzystał z przywilejów, jakie daje w Trój- mieście nazwisko Krauze - mówi jego znajomy.

Konkurs wsadów
Monika Krauze trenowała tenis. Wy­stępowała w lokalnych turniejach, tak­że w eliminacjach organizowanych przez ojca Prokom Polish Open, najlepszych turniejów tenisowych, jakie odbywały się w Polsce. Nie zrobiła jednak kariery, wy­jechała na studia do USA. Teraz mieszka w Paryżu.
Aleksandra Krauze też widywano w So­pockiej Akademi i Tenisowej, ale jego naj­większą pasją była koszykówka. Mógł tak jak siostra wyjechać na studia do Stanów Zjednoczonych i spróbować sił w silnej lidze akademickiej NCAA, jednak został w kraju. Grał w pierwszoligowym Star­cie Gdynia. Podobnie jak 30 lat wcześniej jego ojciec.
Ryszard Krauze stworzył w Sopocie drużynę (potem, gdy poprztykał się z pre­zydentem Jackiem Karnowskim, przeniósł ją do sąsiedniej Gdyni), która jako Prokom Trefl, a następnie Asseco na dekadę całko­wicie zdominowała krajowe rozgrywki. W składzie była tylko garstka Polaków.
- Aleksander nieźle wypadał w kon­kursach wsadów. Zawsze harował na tre­ningach, ale na zawodową Polską Ligę Koszykówki zabrakło mu umiejętności. Do pierwszej drużyny Asseco Prokomu nie przebił się, mimo że to jego ojciec fi­nansował klub - mówi nasz informator.
- W szatni był prawie najmłodszy, ale da­wał sobie radę. Miał poważanie u star­szych graczy, i to nie tylko ze względu na nazwisko. To silna osobowość.
W czasach juniorskich młody Krau­ze jeździł na zgrupowania reprezentacji Polski, ma na koncie sukcesy w mistrzo­stwach Polski młodzików. Dziś ma 25 lat i już wiadomo, że wielkiego sukcesu w ko­szykówce mieć nie będzie. Jego karierę pod koniec 2012 roku przerwała kontuzja wię- zadła krzyżowego. Ale oprócz sportowego prowadził drugie, mniej surowe życie.

Kilkaset złotych napiwku
Gdy ojciec poluzował dorosłemu już sy­nowi limity finansowe, Aleksander zaczął szastać pieniędzmi, jak na syna miliar­dera przystało. Zainteresował się żeglar­stwem, co w jego wypadku oznaczało, że wynajmował najdroższe i najbardziej luk­susowe jachty. Jego pieniądze przyciągały coraz bardziej „lanserskie” towarzystwo. Coraz lepsze samochody, markowe ubrania, luksusowe alkohole.
- To dzieci zamożnych biznesmenów, głównie z Trójmiasta. Wydają masę pie­niędzy rodziców, sami nie mają smykałki do interesów i nawet nie wyobrażają so­bie, że można żyć za tysiąc złotych mie­sięcznie. Aleksander chce korzystać z życia na maksa - mówi jego znajomy.
- Miewa takie strzały, że odpala papiero­sa od stuzłotowego banknotu albo zosta­wia barmance kilkaset złotych napiwku. Mówiliśmy mu: „Puknij się w głowę”. Od­powiadał, że po alkoholu różne rzeczy się robi.
Cytowany przez trójmiejską „Gazetę Wyborczą” były ochroniarz Aleksandra Krauzego przyznaje, że „junior” nie na­leży do grzecznych chłopców. Zdarza mu się szukać zaczepki i prowokować awantu­ry. Zaglądał do lokali, w których spotykają się ludzie z policyjnych kartotek.
Osoba znająca światek trójmiejskich przestępców: - Robi to, chociaż wie, że nie jest w tym środowisku mile widzia­ny. Na jednej z imprez sprał osobę z pół­światka. Poza tym on im gra na nosie. Ci mniej i bardziej drobni przestępcy próbu­ją żyć jak bohaterowie filmu „Młode wil­ki”, szastają pieniędzmi na dziewczyny i używki, Młody Krauze niczego nie musi udawać. Zazdroszczą mu, a on patrzy na nich z góry.
Do biznesu Aleksander się na razie nie garnie. W siedzibach spółek prowadzo­nych przez ojca bywa rzadko. - Częściej widywaliśmy się na gruncie prywatnym. Wygadany chłopak - mówi o Aleksandrze Krauzem (nie wiadomo - z akceptacją czy ironią) jeden z menedżerów, który wiele lat pracował dla jego ojca.

Awantura na sopockim Monciaku zbiegła się z wielkim kryzysem w biznesowym imperium Ryszarda Krauzego. Jeszcze rok temu miesięcznik „Forbes” wyce­nił jego majątek na 1,2 miliarda złotych. W zeszłym tygodniu biznesmen ogłosił jednak, że sprzedał Prokom Investments. Zwrócił się też do dziennikarzy z ape­lem, żeby nie łączyli więcej jego nazwiska z firmami takimi jak Bioton czy Polnord. Swoich akcji tych notowanych na giełdzie spółek pozbył się już wcześniej, zosta­wił sobie tylko skromny pakiet papierów Petrolinvestu.
Niepewna jest też przyszłość sopockie­go aquaparku należącego do Ryszarda Krauzego. Obiekt jest zadłużony i może wkrótce zmienić właściciela.
Ta gigantyczna wyprzedaż to w dużej mierze efekt chybionej inwestycji właśnie w Petrolinvest - spółkę, która pochłonęła do tej pory miliard dolarów, w sporej czę­ści z pieniędzy inwestorów, którzy kupili akcje spółki biznesmena z Gdyni. Wyglą­da na to, że szans na zysk z inwestycji nie mają, bo okazuje się, że w złożach, które kupił Petrolinvest, ropy jest niewiele.
Być może jednak Krauze - pozbywa­jąc się akcji Prokomu Investments - do­konuje tylko taktycznego wybiegu. Nie podano, kto został nowym właścicielem tej firmy, wiadomo za to, że jej szefowie (z wyjątkiem Ryszarda Krauzego) zosta­ją na stanowiskach. Rynek spekuluje, że Prokom mogły kupić spółki zarejestrowa­ne w rajach podatkowych, a celem całej operacji jest albo ucieczka przed fisku­sem, albo zabezpieczenie majątku przed wierzy ci cłami, w tym bankami.

Współpraca Marta Ciastach

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz