PiS - konstytucja 2010.pdf

środa, 5 lutego 2014

Trzy Gosiewskie w jednym PiS





W Prawie i Sprawiedliwości wybuchła-wojna prawo do posługiwania się marką „Gosiewski”. Spór dotyczy rodziców oraz pierwszej drugiej żony zmarłego polityka.

JOANNA APELSKA

Jan Gosiewski, ojciec zmarłe­go w katastrofie smoleńskiej Przemysława, odebrał telefon od mieszkańca Kielc. Nie potrafi dziś powiedzieć, kto dokładnie przekazał mu informację o  zamieszczonym 13 stycznia w lokalnym dzienniku tekście, w którym sugerowano, że zarówno pierwsza, jak i druga żona jego syna chce kandydować z ziemi święto­krzyskiej do Parlamentu Europejskiego. Obie z list PiS.
Pierwsza myśl: zaskoczenie. Synowa, z którą przecież oboje z żoną mają regular­ny kontakt, nic nie wspominała o planach startu do europarlamentu.
Zaraz potem doszło wzburzenie, że o starcie myśli też Małgorzata, pierwsza żona ich syna. I to jeszcze ze Świętokrzy­skiego! Przecież to właśnie w tym regionie działał ich świętej pamięci syn.
Jan Gosiewski natychmiast zadzwonił do dziennikarza i w nerwach wykrzyczał, że była synowa nie powinna z tego miejsca do Europy startować. A najlepiej, żeby w ogóle zmieniła nazwisko i nie niszczyła dobrego imienia byłego męża!
- Małgorzata zostawiła Przemka 18 lat temu, ale nigdy nie dała jemu ani nam spokoju. Po śmierci syna nagle zaczęła grać wdowę. A to, że nosi nasze nazwisko, dodatkowo wprowadza ludzi w błąd - tłumaczy w rozmowie z „Wprost” Jadwiga Gosiewska. Jej zdaniem pomysł, że pierwsza żona Przemysława mogłaby star­tować ze Świętokrzyskiego, to prowokacja, która szkodzi Prawu i Sprawiedliwości.
Małgorzata szarga nasze nazwisko. Nie ma nic wspólnego z dorobkiem politycz­nym naszego syna - mówi zdenerwowa­na. - Z prawnego punktu widzenia ma, oczywiście, prawo nosić nasze nazwisko podkreśla matka zmarłego polityka.
  
Problem w tym, że Małgorzata Go­siewska w polityce funkcjonuje od lat. Jest posłanką PiS, wcześniej pracowała w Kancelarii Prezydenta. Pierwszy raz weszła do parlamentu w 2005 r. Rodzice byłego wicepremiera woleliby jednak, żeby działała na własny rachunek. Tym­czasem ich zdaniem nie zawsze tak jest. Jan Gosiewski ma jej na przykład za złe, że w ostatnich wyborach wystartowała z warszawskiej Woli. - Zaledwie 200 m od biura mojego syna! Czemu nie wybrała innej dzielnicy? - pyta pan Jan. Nie chcą, by sytuacja się powtórzyła. - Jeśli teraz chciałaby startować z innego regionu, nie mamy nic przeciwko temu - dorzuca Jadwiga Gosiewska.

MARKA „GOSIEWSKI”
Tajemnicą poliszynela jest to, że rodzice Przemysława nigdy za jego pierwszą żoną nie przepadali. Relacje popsuły się jeszcze bardziej, gdy małżeństwo syna zaczęło się chylić ku upadkowi. Gwoździem do trum­ny były wybory w 1997 r. Przemysław nie dostał się wtedy do Sejmu z list AWS. Nie dość, że rozsypała mu się rodzina, to j eszcze miał długi po kampanii wyborczej.
Matka zmarłego wicepremiera zazna­cza, że chodzi też o region. Świętokrzyskie jest dla nich bardzo ważne, choć sami mieszkają na Pomorzu. - Mamy tam przy­jaciół i znajomych, którzy z ogromnym szacunkiem wspominają naszego syna. Obecnie senatorem z tamtego okręgu jest synowa Beata [druga żona wicepremiera red.]. Przemko dzięki wsparciu rodziny
i przyjaciół szalenie dużo tam zrobił. Przez ostatnich dziesięć lat swojego życia i pracy zmienił ten region - mówi pani Jadwiga.
Jednak politycy znający rodzinę nie mają wątpliwości: w sporze o markę „Gosiewski” ambicje polityczne nakła­dają się na zaszłości emocjonalne. Bo choć Przemysława już nie ma, w Prawie i Sprawiedliwości działają dziś trzy panie Gosiewskie. Matka byłego wicepremiera Jadwiga jest szefową partyjnych struktur w powiecie sławieńskim. Pierwsza żona Małgorzata jest posłanką. Druga żona Beata zasiada w Senacie.
Wszystkie trzy panie wiele dziś dzieli. Za to łączy jedno: miłością do polityki zaraził je Przemysław.
Jadwiga (matka) podkreśla, że kiedyś działała jedynie społecznie. - Byłam przewodniczącą PCK oraz Towarzystwa Przyjaciół Dzieci w Darłowie. Protesto­wałam też przeciwko budowie elektrowni atomowej koło Darłowa. W latach 80. tak naprawdę była to walka przeciwko sowiec­kiej potędze - tłumaczy Gosiewska. To właśnie wtedy poprosiła syna o pomoc. Organizował razem z nią demonstracje, zapraszał profesorów i fachowców, którzy pomagali powstrzymać plany budowy elektrowni. - Przemysław nauczył nas polityki - zaznacza. Dlatego gdy wstąpił do Porozumienia Centrum, ona została honorowym członkiem partii. Później w naturalny sposób zaangażowała się w działalność Prawa i Sprawiedliwości.
Małgorzata (pierwsza żona) poznała Przemysława w czasach studenckich. Oboje działali w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów i walczyli o wolną Polskę. Pobrali się bardzo szybko, ślub odbył się w 1990 r. - Nie ukrywam, że wielki wpływ na moje działania i pracowitość miała współpraca, a potem wspólne życie z Przemkiem - mówi. Ale pod­kreśla, że jednak największy wpływ na ukształtowanie jej jako polityka miał Lech Kaczyński. - Pewnie nie miałabym też szansy trafić pod jego skrzydła, gdyby nie to, co wyniosłam z domu. Od początku wiedziałam, po której stronie jest słusz­ność - mówi.
Beata (druga żona) do wielkiej polityki weszła już po śmierci męża. Wystartowała do Senatu w 2011 r., by - jak mówi - nie zaprzepaścić tego, co przez lata razem z nim budowała. - U nas w domu polityką żyło się non stop. Nawet urlopy łączyliśmy z pracą. Tak było też w trakcie ekstremalnej wycieczki górskiej w Alpach. Póki Przemek miał zasięg, była i polityka - opowiada Gosiewska. I wspomina: - Moje wejście do polityki było naturalne. Wiele osób zdo­bywa doświadczenie w młodzieżówkach, ja ćwiczyłam u boku Przemka.
Ojciec zmarłego wicepremiera Jan nie ukrywa swoich sympatii w tym sporze.
Przez dziesięć lat małżeństwa Beata działała razem z synem. Teraz to ona po­winna zbierać profity za jego ciężką pracę w regionie - ocenia.

TYTAN PRACY
To, że rodzice Przemysława Gosiewskiego dbają o markę swojego nazwiska, nie po­winno dziwić. Ich syn od najmłodszych lat opracowywał drzewo genealogiczne rodziny. Śladów działania Gosiew­skich doszukał się m.in. w „Potopie”. Sienkiewicz opisał w powieści bitwę pod Prostkami, którą dowodził hetman Wincenty Korwin Gosiewski. Z „tych” Gosiewskich! O atencji polityka wobec przodka Wincentego doskonale wiedzieli partyjni koledzy. Radosław Sikorski, gdy był jeszcze w PiS, podarował mu nawet portret sławnego protoplasty, który zawisł później w gabinecie Przemysława.
Jednak na nazwisko najbardziej za­pracował sam wicepremier. W regionie zasłynął pracowitością. Jarosław Kaczyń­ski zawsze mówił o nim jako o tytanie pracy. - Kiedyś, jeszcze w Porozumieniu Centrum, partia wydrukowała ulotki, na których znalazł się rażący błąd. Go­siewski powiedział, że on się tym zajmie opowiada jeden ze współpracowników prezesa PiS. Na naprawienie błędu był tylko jeden dzień, a w partyjnej kasie brakowało pieniędzy na wydrukowanie nowych broszurek. - Chyba o drugiej w nocy Kaczyński, wracając z jakiegoś spotkania, przyjechał do siedziby partii. Zastał tam Gosiewskiego i kilkanaście starszych pań, które ręcznie wycinały błędny fragment z tysięcy ulotek i wklejały poprawioną wersję. Prezes powtarzał, że do zorganizowania takiej akcji zdolny był tylko Przemek - opowiada polityk PiS.
Gosiewski słynął też z tego, że potrafił jednego dnia zorganizować 12 spotkań z wyborcami. Na jednym z takich spotkań zagorzały zwolennik lewicy powiedział na­wet, że nie zgadza się z jego poglądami, ale ceni go jako polityka za to, że mimo późnej pory spotyka się z wyborcami. Przemysław tylko się roześmiał i powiedział, że po tym spotkaniu biegnie na kolejne, a później ma jeszcze umówioną wizytę u proboszcza.
   Mąż pracował dla ludzi, ponad podzia­łami. Oni to widzieli i doceniali - mówi Beata Gosiewska. - Pierwsza nasza wspól­na kampania w 1998 r. i wielogodzinne rozdawanie ulotek to było dla mnie ekstre­malne doświadczenie. Dopiero w kolejnych kampaniach nauczyłam się, jak rozmawiać z ludźmi i zamiast zmęczenia czuć satysfakcję. Powtarzał, że osoby, które boją się ludzi, nie nadają się do polityki.
Państwo Gosiewscy zorganizowali wspólnie sześć kampanii wyborczych: cztery dla Przemysława i dwie dla Beaty.

TAJEMNICZA PROWOKACJA
W obecnym sporze zginęło gdzieś poli­tyczne meritum sprawy, którym jest spór o listy do Parlamentu Europejskiego. Same zainteresowane: Małgorzata i Beata, nie chcą rozmawiać na ten temat. Ale wielu polityków PiS jest przekonanych, że cała sprawa to prowokacja. Wątpliwości budzi tylko, przeciwko komu jest skierowana.
W kuluarowych rozmowach słychać na przykład, że za aferą może stać Mał­gorzata. Jej celem jest podobno usunięcie z listy Beaty, by nie była konkurencją dla innych działaczy Prawa i Sprawiedliwości.
   Bzdura! - komentują inni. - Na całym zamieszaniu Małgosia traci najwięcej!
Krzysztof Lipiec, szef PiS w Świętokrzyskiem, uważa, że cała sprawa nie ma nic wspólnego z jego regionem. - To się dzieje poza moim okręgiem. Zarówno Małgo­rzata, jak i Beata są spoza województwa świętokrzyskiego. Ja na ten temat nic nie wiem - ucina. Rzeczywiście, zwłaszcza Małgorzata niewiele ma wspólnego z jego województwem. Od kilkunastu lat działa w Warszawie i jest związana z Mazowszem. Właśnie ze stolicy dostała się do Sejmu.
Joachim Brudziński, przewodniczący Komitetu Wykonawczego PiS, całemu za­mieszaniu trochę się dziwi. Zapewnia, że je­go ugrupowanie nie ma jeszcze kandydatów do PE, nie mówiąc o konkretnych listach.
- Najpierw opracujemy program, a później zajmiemy się personaliami - tłumaczy na okrągło. - Tylko marginalne ugrupowania zajmują się personaliami na tym etapie, a my jesteśmy partią poważną - dodaje.
Same zainteresowane jednak nie zaprze­czają, że mogłyby wystartować.
   Jeśli będą takie decyzje komitetu poli­tycznego PiS, jestem gotowa kandydować. Jeśli nie, to doskonale się realizuję w pracy w polskim Sejmie. Działam też na rzecz mieszkańców Warszawy, skąd zostałam wy­brana - tłumaczy Małgorzata Gosiewska.
    W tej chwili nie myślę o wyborach do Parlamentu Europejskiego, choć jestem do dyspozycji partii. Gdyby uznano mój start za właściwy, to nie odmówię. Cała sytuacja jest o tyle kuriozalna, że list nie ma, są tylko szkodliwe spekulacje, które nie służą partii i ranią rodziców mojego śp. męża - potwierdza Beata Gosiewska.

DOROBEK WŁOSZCZOWA
Rodzice zmarłego polityka o kształt wybor­czych list PiS szczególnie się nie martwią. Boją się, że konflikt zaszkodzi PiS. Jan Gosiewski podkreśla, że byłby to najgorszy scenariusz. - To ukochana partia mojego syna. On ją tworzył, on dla niej pracował i zginął za swoje przekonania - mówi martyrologicznie.
Niepokoją się też, że awantura nad­szarpnie markę ich nazwiska. A przecież to największe dziedzictwo syna. - On po sobie nie zostawił żadnego majątku prócz samochodu i rzeczy osobistych. Jego do­robek to ulice regionu Świętokrzyskiego, to Włoszczowa. Gdzie się nie popatrzy, jest coś, co tam zrobił. Stał się ikoną ziemi świętokrzyskiej. Wcale się nie dziwię, że każdy by chciał się opierać na takim człowieku!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz