PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 2 sierpnia 2018

Ciąg technologiczny domknięty?



Mimo wszelkich działań PiS to, czy obywatele będą mieli prawo do sprawiedliwego sądu, wciąż zależy od wewnętrznej niezawisłości sędziów. Trzeba uruchomić istniejące bezpieczniki.

Realizacja reformy sądownictwa zajęła nieco ponad dwa lata” - obwieścił prezenter „Wiadomości” TVP 26 lipca, w dzień podpisania przez prezydenta Andrzeja Dudę kolejnej nowelizacji. Wieczorem pod Pałacem Prezydenckim zgromadziły się tysiące ludzi, skandując: „będziesz siedział!”. Złamano wielki długopis jako symbol roli prezydenta Dudy w państwie PiS. Odśpiewa­no hymn. Po zakończeniu zgromadzenia policja potraktowała gazem pieprzowym kilka przypadkowych osób. Poszło o napisy na chodniku: „Konstytucja” i „Duda zdrajco wypie.,.”.
    „Dlaczego policja to zrobiła?” - pytała dziennikarka dziew­czynę, która oberwała gazem. „Bo mogą. Bo prezydent podpisał tę ustawę i teraz mają sądy” - odpowiedziała.
„Wiadomości” swój materiał o „realizacji reformy sądow­nictwa” zilustrowały wypowiedzią człowieka niewinnie ska­zanego, a potem uniewinnionego przez sąd: „Ustrój sądowni­czy musi być taki, że oni muszą wiedzieć, że pracują dla nas, obywateli”. Tyle że według domykanej właśnie reformy „oni”, czyli sędziowie, mają pracować nie dla obywateli, ale dla partii rządzącej. To partia będzie sędziów wynosić na urząd i z niego strącać. I pilnować, by mieli „mentalność służebną”, jak kiedyś trafnie określił oczekiwania partii poseł-prokurator Stanisław Piotrowicz. Pisowska reforma znosi gwarancje niezależności sądów i niezawisłości sędziów przyjęte przy Okrągłym Stole, z zasadą trójpodziału władzy na czele.

Partia wyręcza sądy
Jeśli Prawu i Sprawiedliwości uda się porządzić przynajmniej następną kadencję, wymieni kadry i wychowa pokolenie sę­dziów „na telefon”. A z zawodu odejdą osoby, które nie mają ochoty i gotowości sądzić pod presją. I znosić upokarzania przez polityków. To już Się dzieje. Skutkiem reformy będzie negatywna selekcja do zawodu, a więc coraz większa przewle­kłość i drastyczne obniżenie jakości sądzenia, także spraw, które polityków nie interesują - czyli znakomitej większości.
   Większość osób na słowa „reforma sądownictwa” reaguje przychylnie - wiadomo od lat, że jest potrzebna dla usprawnie­nia sądów. Pisowska reforma polega nie na usprawnianiu, tylko na przejęciu kontroli nad orzecznictwem sądów przez partię, ale dla wielu ludzi to nie jest problem. Wiedzą, że łatwiej wpły­wać na polityków niż na sędziów. Więc jeśli będą mieli sprawę w sądzie, to poproszą o interwencję swojego posła albo ministra sprawiedliwości. I ten - mają nadzieję - zarządzi, co trzeba. Może nawet wierzą, że jeśli będą się spierać w sądzie z władzą, to mi­nister czy poseł poproszony o pomoc też stanie po ich stronie?
O tym, że ludzie wierzą w zbawienny wpływ polityków na sądy, świadczył choćby sukces „Dudapomocy” - punktu interwencji prawnej, który pomógł Andrzejowi Dudzie wygrać wybory. Na razie wiadomo o jednej skutecznej interwencji Dudy: udaremnił prawomocne osądzenie Mariusza Kamińskiego, ułaskawiając go, zanim sąd stwierdził jego winę. Jak sam mówił - wyręczył sądy.
   Sądy wyręcza też rząd. W dniu, gdy Sejm u chwalił najnowszą nowelizację „sądową”, wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł poinformował opinię publiczną, że partia już zdecy­dowała o skazaniu Polaka, którego ekstradycji z Irlandii do­maga się prokuratura. Krytykując irlandzki sąd za to, że bada poziom niezależności polskich sądów przed wydaniem podej­rzanego, minister stwierdził, że „sąd w Irlandii opóźnia ukara­nie groźnego przestępcy z mafii narkotykowej”.
   Ciąg technologiczny zaczyna się w przejętej dwa lata temu prokuraturze. Nie jest możliwe, by jakakolwiek sprawa poto­czyła się tam inaczej, niż życzy sobie partia. Polityczny nad­zór w postaci dowolnie mianowanych i odwoływanych przez ministra-prokuratora generalnego szefów prokuratur może wymienić nieposłusznego prokuratora.
   Dokładnie tę samą strukturę i uprawnienia powtórzono te­raz w sądownictwie: mianowani przez ministra-prokuratora prezesi sądów mogą odsuwać sędziów od prowadzenia spraw. Kariera prokuratora zależy wyłącznie od ministra-prokuratora generalnego, czyli od partii rządzącej. Tak samo, dzięki no­wemu prawu, jest w sądach: kariera sędziego w całości zależy od decyzji Krajowej Rady Sądownictwa obsadzonej przez partię rządzącą. I od prezydenta.
   Podporządkowanie rządowi prokuratury spowodowało, że sta­ła się mniej sprawna w ściganiu przestępstw - wszelkich, w tym tych dotykających zwykłych ludzi. Z udokumentowanej statysty­ką „Białej księgi prokuratury”, opublikowanej w czerwcu przez Stowarzyszenie Prokuratorów Lex Super Omnia, wynika, że spada liczba śledztw, prokuratorzy częściej umarzają lub odmawiają wszczęcia spraw, rośnie przewlekłość postępowań, spada sku­teczność ścigania, a prokuratorzy są nieustannie przerzucani po kraju: za karę lub z powodu awansu, co dezorganizuje pracę prokuratur rejonowych, najważniejszych dla obywateli.
Podporządkowany partii Trybunał Konstytucyjny sądzi o po­łowę mniej spraw. A jego orzecznictwo dozoruje kierownic­two TK, a więc partia. Występujący w roli wiceprezesa TK Mariusz Muszyński oficjalnie ogłosił, że w Trybunale ręcznie dobiera się składy sądzące. I wielokrotnie nieraz zmienia, jeśli sędziowie mają różne zdania.
   Tak samo będzie w sądach „dobrej zmiany”.
   Przejęcie Trybunału Konstytucyjnego miało uniemożliwić kontrolę zgodności z konstytucją prawa uchwalanego przez PiS. Żeby to „domknąć”, trzeba jednak wyłączyć Sąd Najwyż­szy i sądy powszechne, które też przecież sądzą na podstawie konstytucji. Sąd Najwyższy wykazał się niesubordynacją, przyjmując uchwałę, że konstytucja niepozwala prezydentowi uwalniać nikogo od osądzenia (sprawa ułaskawienia Mariu­sza Kamińskiego). Niesubordynacją wykazują się wojewódzkie sądy administracyjne, uchylając decyzje wojewodów o zmianie nazw ulic „zdekomunizowanych” wbrew samorządowi teryto­rialnemu. Sądy powołują się przy tym na konstytucyjne upraw­nienia samorządu. Skrajną niesubordynacją wykazują się też sądy - głównie rejonowe - które co rusz uwalniają protestują­cych obywateli od zarzutów, powołując się na konstytucyjne prawa wolności: zgromadzeń, słowa i ekspresji.
   Ustawy: o Krajowej Radzie Sądownictwa, ustroju sądów po­wszechnych i Sądzie Najwyższym mają ukrócić ten brak posłu­szeństwa sędziów. Zostały ocenione przez wszelkie szacowne polskie i zagraniczne gremia jako naruszające standardy trój­podziału władzy, niezależność sądów, niezawisłość sędziów i prawo do bezstronnego sądu. Ale PiS może śmiało twierdzić, że nie są sprzeczne z konstytucją. Bo o tym, czy coś jest sprzeczne z konstytucją, orzeka Trybunał Konstytucyjny. Jeśli ktoś twierdzi, że te ustawy są sprzeczne, to niech je do Trybunału zaskarży.
   Opanowanie sądów ma się dokonać dwiema drogami: kontro­lowaniem przez przejętą KRS procesu nominacji sędziów i ich eliminacji za pomocą specjalnego systemu dyscyplinarnego.
   Selekcja sędziów przez Krajową Radę Sądownictwa odbywa się według kryterium: czy kandydat na wolne miejsce sędziow­skie zadeklaruje poparcie reformy partii rządzącej? To w per­spektywie kilku lat może stworzyć korpus sędziowski, którego orzecznictwo będzie zgodne z interesami władzy.

Izba specjalna
Sądy dyscyplinarne przejęła partia. Do tej pory składy tych sądów losowano. Teraz sędziów pierwszej instancji wyznaczył minister sprawiedliwości. Minister wyznaczył też rzeczników dyscyplinarnych, łącznie z głównym rzecznikiem i jego zastęp­cami. Może powołać specjalnego rzecznika dyscyplinarnego do ścigania konkretnego sędziego.
   W Sądzie Najwyższym tworzy się Izb a Dyscyplinarna. To de fac­to zakazany w konstytucji „sąd specjalny”, bo jest autonomiczny administracyjnie i finansowo. Jego prezes nie podlega Pierwsze­mu Prezesowi SN, a sędziowie zarabiają o 40 proc. więcej niż po­zostali sędziowie SN. Sędziów do niej zweryfikuje Krajowa Rada Sądownictwa, która już szykuje standardy odpowiedzialności za publiczne wystąpienia sędziów i za wyroki. Sądzić dyscyplinar­nie można też sprawy już prawomocnie osądzone, co stoi w oczy­wistej sprzeczności z zasadą powagi rzeczy osądzonej i zakazem ponownego sądzenia za ten sam czyn. Ale jak się komuś nie po­doba, może te przepisy zaskarżyć do Trybunału Konstytucyjnego.
   Ograniczono władzę samorządu sędziowskiego. Odebrano mu prawo delegowania sędziów do Krajowej Rady Sądownic­twa (teraz robią to posłowie), a przez to - wpływ na nominacje sędziowskie i na regulacje dotyczące sądownictwa. Odebrano prawo do sprzeciwu wobec mianowania i odwołania prezesa sądu. I prawo wyboru rzeczników dyscyplinarnych. A pod­pisana kilka dni temu nowelizacja odbiera Kolegium Sądów decyzje w sprawie zakresu obowiązków sędziego. Teraz wszel­kie decyzje dotyczące sędziego podejmie prezes, a odwołanie służy do Krajowej Rady Sądownictwa. Dzięki temu można będzie łatwiej karać niepokornych sędziów np. przenosze­niem do innego wydziału, zalać ich sprawami lub przeciwnie - odsunąć od orzekania. Prawem prezesa do odsunięcia sę­dziego od sądzenia konkretnej sprawy pod pretekstem zmiany zakresu obowiązków PiS unieważnił swój, tak reklamowany, system losowego przydzielania spraw, który miał gwaranto­wać, że to wyłącznie ślepy los decyduje, kto będzie sądził kon­kretną sprawę.
   Podpisana właśnie nowelizacja obliczona jest przede wszyst­kim na jak najszybsze obsadzenie Sądu Najwyższego nowymi sędziami. A wybory nowego prezesa SN będzie można przyspie­szyć, bo wystarczy, by w SN było 80, a nie - jak przedtem - 110 sę­dziów. Nowelizacja upraszcza obsadzanie wolnych stanowisk sędziowskich przez Krajową Radę Sądownictwa. Obniża kryte­ria merytoryczne dla kandydatów do Sądu Najwyższego, ale też na inne miejsca sędziowskie. De facto uniemożliwia odwołanie od opinii KRS i od decyzji o nierozpatrzeniu wniosku przez radę. To sprzeczne z konstytucyjnym prawem do odwołania od decyzji rozstrzygającej o prawach i wolnościach, i z równym dostępem do służby publicznej. Więc jak się komuś nie podoba, może tę ustawę zaskarżyć do Trybunału Konstytucyjnego.

Bojkot się nie powiódł
O ile apel o bojkot wyborów do KRS był spektakularnym sukce­sem, o tyle bojkot konkursu do Sądu Najwyższego poniósł klęskę. Wyjaśnienie jest proste: członkostwo w KRS nie daje profitów finansowych. Co innego orzekanie w SN. Więc na 44 wolne miejsca w Sądzie Najwyższym ogłoszone przez prezydenta zgłosiło się 114 kandydatów. W tym aż 40 sędziów sądów wszystkich szcze­bli, po 21 adwokatów i radców prawnych, sześciu notariuszy, po 11 prokuratorów i pracowników naukowych. Największym powodzeniem cieszy się Izba Dyscyplinarna, gdzie można naj­lepiej zarobić. KRS będzie miała w czym wybierać. Z pewnością zastosuje „test Gersdorf”, czyli wypróbowane już pytanie: Czy Małgorzata Gersdorf nadal jest Pierwszą Prezes SN?
   Tak masowy akces prawników do Sądu Najwyższego w sytuacji, gdy są zasadnicze wątpliwości co do legalności KRS i konkursu ogłoszonego przez prezydenta, a Komisja Europejska rozpoczęła procedurę zmierzającą do zaskarżenia ustaw o SN i KRS do Trybu­nału Sprawiedliwości, jest wielkim wstydem dla polskich prawni­ków. Świadczy o cynicznym stosunku do wartości, na jakich opiera się prawo. Szczególnie symboliczny jest udział w tej procedurze dr hab. Małgorzaty Manowskiej, dyrektorki Krajowej Szkoły Są­downictwa i Prokuratury, kształcącej przyszłych i dokształcającej obecnych sędziów i prokuratorów. Manowska jest również autorką podręczników, z których uczą się studenci prawa i aplikanci ad­wokaccy czy radcowscy. Jej ud ział w konkursie uwiarygadnia KRS i nabór do Sądu Najwyższego w oczach wielu prawników.
   Wobec obfitości kandydatów do SN niemają większego sensu spekulacje o możliwości zablokowania przez „starych” sędziów SN wyboru nowego prezesa przez złożenie urzędów. Zostanie wybrany zapewne w październiku. „Starzy” sędziowie sta­ną wtedy przed wyborem: czy pozostać przy swojej uchwale, że Małgorzata Gersdorf pełni funkcję Pierwszej Prezes SN do końca kadencji w 2020 r., czy uznać nowego prezesa. Albo odejść. A jeśli odejść, to muszą zdecydować, czy przystać na propozycje PiS, by w zamian za zwolnienie miejsca w SN wziąć stan spoczynku, czyli emeryturę wysokości 75 proc. wynagro­dzenia sędziego SN mimo nieosiągnięcia wieku emerytalnego. Jeśli zostaną i podtrzymają bunt, grozi im postępowanie dyscy­plinarne (politycy PiS już je zapowiadają) i pozbawienie stanu spoczynku. Czyli środków do życia na starość dla tych sędziów, którzy nie są jednocześnie pracownikami naukowymi.
   Półtora roku temu postawieni przed podobnym wyborem sędziowie Trybunału Konstytucyjnego podporządkowali się nowemu, wybranemu z naruszeniem prawa kierownictwu. Dziś są zmarginalizowani i praktycznie nie mają wpływu na orzecznictwo. To perspektywa „szklanki do połowy pustej”.

Szklanka do połowy pełna
Sędziowie sądów powszechnych stawiają opór, co widać po ich orzecznictwie. W dniu wejścia w życie nowego prawa sędzia Sądu Rejonowego w Oświęcimiu Agnieszka Pawłowska wbrew prokuraturze zdecydowała, że nie umorzy warunkowo sprawy przeciwko Sebastianowi K, który miał doprowadzić do wypadku kolumny samochodowej wiozącej premier Beatę Szydło. To zna­czy, że będzie proces, podczas którego wypłynie sprawa odpo­wiedzialności funkcjonariuszy BOR za ten wypadek.
   Opór ma sens. To nie tylko kwestia godności sędziego. W pol­ski system prawny ciągle wbudowane są mechanizmy obronne, tylko trzeba je zastosować. Nie zostały one w pełni urucho­mione podczas przejmowania Trybunału Konstytucyjnego, np. nie zaskarżono od razu prawomocności obsadzenia du­blerów w Trybunale. Mogą być wdrożone przy przejmowaniu Sądu Najwyższego.
   Troje sędziów SN, którzy zgłosili chęć dalszego orzekania po ukończeniu 65 lat i zostało negatywnie zaopiniowanych przez Krajową Radę Sądownictwa, odwołało się od tej opinii do Izby Pracy Sądu Najwyższego. Wśród kilku punktów zaskar­żenia jest legalność KRS, do której sędziów wybrano z naru­szeniem prawa. Jeśli Sąd Najwyższy nie ucieknie w formalizm, uznając swoją niekompetencję, jeśli nie będzie zwlekać z osą­dzeniem do czasu naboru nowych sędziów i jeśli uzna KRS za nielegalną - będzie to stwierdzenie prawomocne i obowią­zujące. PiS zapewne ogłosi, że było to „posiedzenie przy kawie i ciasteczkach” czy coś w tym rodzaju. Ale przeczenie będzie obowiązywało. Nielegalność KRS nie powstrzyma chętnych do awansowi nominacji. Ale jeśli przyjdzie porządkować sy­tuację prawną, dzięki temu wyrokowi można będzie bez szko­dy dla praworządności usunąć pisowskich nominatów z Sądu Najwyższego i z KRS. A także z sądów powszechnych.
   Podobny walor będzie miał wyrok Trybunału Sprawiedli­wości UE w sprawie polskich ustaw sądowych - jeśli zapadnie. I niekoniecznie będzie za późno, by powstrzymać „wycinkę” sędziów, przynajmniej tych, którzy złożyli deklaracje woli dalszego orzekania. Jak na razie wciąż są oni w Sądzie Naj­wyższym, nie odebrano im spraw i mogą sądzić. Także jeśli dostaną od prezydenta pismo informujące o przejściu w stan spoczynku, bo jako pozbawione kontrasygnaty premiera nie będzie obowiązujące. Poza tym mogą się powołać na unijną dy­rektywę antydyskryminacyjną i orzecznictwo Trybunału Spra­wiedliwości, m.in. wyrok z 2012 r. w sprawie obniżenia wieku stanu spoczynku sędziom na Węgrzech. Trybunał uznał to za złamanie zakazu dyskryminacji ze względu na wiek. Prawo Unii ma pierwszeństwo przed ustawami krajowymi.
   Szczególnie ważny jest opór sędziów sądów powszechnych. Ich jest ok. 10 tys. i nawet jeśli PiS uruchomi wszelkie możliwe rezerwy, nie zdoła zrobić takiej wymiany jak w Trybunale czy Sądzie Najwyższym. A to w końcu od wewnętrznej niezawi­słości Sędziów zależy, czy obywatele będą mieli prawo do nie­zawisłego sądu.
   Za chwilę sędziom przyjdzie sądzić Elżbietę Podleśną, która na biurze poselskim byłego członka PZPR, a obecnie posła PiS, Krzysztofa Czabańskiego napisała sprayem „PZPR”. Ma zarzut propagowania ustroju totalitarnego. W stanie wojennym ry­sujących na murach znak „Polski Walczącej” stawiano przed sądem pod zarzutem „nawoływania do obalenia przemocą ustroju”. A „sędziowie stanu wojennego” często zmieniali za­rzut i sądzili za wykroczenie. Albo uniewinniali.
Ewa Siedlecka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz