PiS - konstytucja 2010.pdf

niedziela, 5 sierpnia 2018

Partia futerkowa



Słowo Jarosława Kaczyńskiego jest święte, a partia wykonuje wszystkie jego decyzje. Tak się wydawało do czasu, gdy zakulisowy lobbing z udziałem polityków PiS, niepokornych dziennikarzy i ojca Rydzyka przeprowadzili właściciele ferm norek.

Jeśli chodzi o zakaz hodowli zwie­rząt futerkowych w Polsce, to jest to przede wszystkim kwestia sto­sunku do zwierząt, kwestia ser­ca dla zwierząt, litości wobec zwierząt, którą każdy porządny człowiek powinien (...) w sobie mieć” - to słowa Jarosława Kaczyńskiego z głośnego spotu, który w listopadzie ubiegłego roku nagra­ła fundacja Viva! z udziałem prezesa PiS. Ale wszystko w tej sprawie poszło wbrew słowom szefa rządzącej partii.
   Przedstawiciele futrzarskiego lobby ciężko pracowali na to grubo ponad pół roku, doprowadzając do pęknięcia w obo­zie „dobrej zmiany”, stosując czasem metody na pograniczu prawa, naciągając fakty, sięgając po wsparcie z wielu stron: firm PR, ruchów pro-life, księży. Ważną rolę odegrali politycy wszystkich opcji: od narodowców i Kukiza (posłowie Ro­bert Winnicki i Jakub Kulesza, ale przy sprzeciwie Pawła Kukiza), przez PO i PSL (posłowie Zbigniew Ajchler i Mirosław Maliszewski), po Nowoczesną (Paulina Henning-Kloska). Ale najważniejsi jed­nak byli działacze PiS, z byłym i obecnym ministrem rolnictwa - Krzysztofem Jurgielem oraz Janem Krzysztofem Ardanowskim na czele.

Biedny jak właściciel fermy
Złożony 6 listopada 2017 r. projekt zmian w ustawie o ochronie zwierząt, pod którym jako pierwszy podpisał się Jarosław Kaczyński, był rzeczywiście re­wolucyjny. Przewidywał zakaz hodowli wszystkich zwierząt futerkowych (z wyjąt­kiem królików) i ich wygaszenie w ciągu pięciu lat, a także m.in. zakaz uboju rytu­alnego, trzymania zwierząt na łańcuchach oraz wykorzystywania ich w cyrkach. Kary za znęcanie się nad zwierzętami miały wzrosnąć dwukrotnie - do czterech lat więzienia. W kwestii zakazu hodowli Pol­ska miała dołączyć do kilku krajów euro­pejskich, m.in. Wielkiej Brytanii, Holandii i Austrii, które już go wprowadziły.
   W uzasadnieniu projektu PiS moż­na przeczytać, że zakaz jest konieczny, bo hodowle przysparzają zwierzętom zbędnego cierpienia i negatywnie wpły­wają na środowisko. Wnioskodawcy pod­kreślali również duży sprzeciw społeczny, jaki wywołują fermy - w ostatnich latach przeciwko nim protestowali mieszkańcy ponad 100 miejscowości.
   Projekt poparła część posłów PiS (ich lista nie jest znana), własny zgłosiły też wspólnie Nowoczesna i PO. Oba wspar­ły organizacje obrońców praw zwierząt - m.in. Viva!, Otwarte Klatki oraz Ogólno­polskie Towarzystwo Ochrony Zwierząt.
   Lobby futrzarskie natychmiast ruszyło do kontrnatarcia. Zaczęło od własnych i zaprzyjaźnionych mediów, w których wykupywali akcje partnerskie i tzw. teksty sponsorowane. Facebook i Twitter zasypali setkami wpisów. Futrzarze sprytnie wyję­li z całego sporu samego Kaczyńskiego, uznając najwyraźniej, że atak na niego byłby misją samobójczą. Publicznie więc ogłosili, że prezes „został zmanipulowa­ny i to nie jego wina”, na głównego wroga kreując posła PiS Krzysztofa Czabańskiego, szefa Rady Mediów Narodowych, który fir­mował projekt, oraz środowiska obrońców zwierząt. Czabański nie pozostawał dłuż­ny. Mówił o „potężnych siłach lobbystów” związanych z fermami norek. Na począt­ku roku ironizował na antenie Polskiego Radia, że prezentowany przez nich w mediach przekaz próbuj e udowodnić, że „fermy są niemal rajem dla zwierząt; a norki o niczym innym nie marzą, jak tyl­ko o tym, by po szczęśliwym życiu na fer­mie żyć życiem pozagrobowym w charak­terze futer na pięknych damach”. Według Czabańskiego „to obrzydliwe, bo mamy do czynienia z wyjątkowo brutalnym i bez­litosnym wobec zwierząt biznesem”.
   Najważniejszym reżyserem całej opera­cji lobbingowej i źródłem jej finansowego wsparcia był 36-letni informatyk Szczepan Wójcik, jeden z największych w Polsce i najbardziej wpływowych przedstawi­cieli hodowców norek, do tego z niezłym wyczuciem mediów. To on i założone przez niego organizacje stoją za prote­stem rolników przed Sejmem 8 grudnia 2017 r., za głośnym marszem św. Huber­ta, a przede wszystkim akcją #RespectUs (Szanujcie nas), która miała bronić dobre­go imienia Polski za granicą, a przy oka­zji pokazać elektoratowi i prezesowi PiS „patriotyczną twarz” hodowców.
   Te akcje, oprócz polityków, wsparli dziennikarze mediów „patriotyczno-na­rodowych”. Między innymi Rafał Ziem­kiewicz oraz Łukasz Warzecha, który re­gularnie występuje w mediach Szczepana Wójcika. Ten zaś wokół polityki krąży od jakiegoś czasu. Krótko był szefem partii Janusza Korwin-Mikkego w Radomiu, jego nazwisko znalazło się też na liście wpłat na kampanię PO z kwotą 10 tys. zł.
   Oprócz zaprzyjaźnionych polityków i prawicowych aktywistów murem stoi za nim rodzina, również zaangażowana w przemysł futerkowy. Wójcikowie - starszy brat i wspólnik Szczepana Wojciech, który uchodzi za biznesowy mózg rodzinnych przedsięwzięć, Marcin oraz Zbigniew - wolą jednak trzymać się w cieniu, choć wspólnie i z zaprzyjaźnionymi osobami prowadzą co najmniej kilkanaście firm i dziesiąt­ki ferm hodujących setki tysięcy norek.
   Rodzeństwo zrobiło szybką karierę. Wójcikowie wychowywali się na jednym z ra­domskich blokowisk. „Gość Niedzielny”, który tuż po apelu prezesa Kaczyńskiego odwiedził fermę Wójcików, pisał, że wszyst­ko zaczęło się w Holandii, dokąd obaj wyje­chali z dotkniętego wysokim bezrobociem Radomia. Szczepan znalazł pracę właśnie na fermie norek. Po powrocie miał wziąć kilkumilionowy kredyt i w 2009 r. urucho­mił pierwszą fermę.
Dziś na spółkę z bratem Wojciechem ma cztery firmy. Jest twarzą nie tylko rodzinne­go biznesu, ale i całej branży: jej PR-owcem, rzecznikiem i lobbystą w jednym.
   Polska jest trzecim po Chinach i Danii hodowcą zwierząt futerkowych mięso­żernych na świecie. W rejestrze wetery­naryjnym mamy ponad 700 takich ferm, choć w rzeczywistości może być ich znacznie mniej. Co roku wyjeżdża z Pol­ski 10 mln sztuk skór, prawie wszystkie za granicę. Sprzedaż odbywa się przez giełdy, głównie w Toronto, choć jej wartość w ostatnich latach mocno spadła. Według danych GUS jeszcze w 2015 r. hodowcy no­rek z Polski sprzedali skóry o wartości po­nad 1,4 mld zł, w ubiegłym roku już tylko za niespełna 800 mln zł.

Holenderski ślad
Zatrudnienie na fermach nie jest zbyt imponujące. W 2014 r. Wójcik ogłosił w RMF, że to „około 10 tys. osób zatrud­nionych na fermach i 40 tys., które z tej branży żyją”. W rzeczywistości, według szacunków uzyskanych m.in. na podsta­wie danych z ZUS, na fermach pracuje od 2,5 do 4 tys. osób. Dla porównania, w fermach duńskich, w których hoduje się dwa razy więcej norek, zatrudnionych jest około 6 tys. osób.
   Norkowy boom w Polsce nie wziął się znikąd. W 2012 r. w Holandii wszedł w życie zakaz hodowli - wszystkie fermy norek mu­szą być zamknięte do 2024 r. Holendrzy za­częli przenosić część biznesu futrzarskiego do Polski - a do czasu wejścia w życie zaka­zu zajmowali drugie miejsce w Europie pod względem rocznej produkcji skór.
   W interesy z Holendrami weszli też Wójcikowie - ich pierwsze fermy prze­szły na własność spółki będącej w holenderskich rękach. Holendrzy to potentaci w branży - kontrolują sprzedaż dużej części polskiego surowca za granicę, głównie przez giełdę w Toronto. Raport Zachodniego Ośrodka Badań Społecz­nych i Ekonomicznych ocenia tę sytuację tak: „znacząca część produkcji świato­wej norek została - z powodów ekono­micznych i formalnych - relokowana do Polski (...). Firmy tam działające nie zamierzają jednak tracić kontroli nad hodowlą i światową dystrybucją tego su­rowca i dyktują warunki”. I dalej: „polska eksportowa produkcja skór futrzanych powiela najgorsze wzorce wymiany han­dlowej , kiedy wielokrotnie w przeszłości byliśmy dostarczycielem na rynki świa­towe tylko surowców lub półfabryka­tów. Tego typu produkcja była zależna od wielkich korporacji i międzynarodo­wych giełd”. Okazuje się więc, że prze­mysł futrzarski w Polsce być może i jest kolosem, ale raczej na glinianych nogach i niekoniecznie polskich, jak chcieliby jego rzecznicy.
   Interesy Szczepana Wójcika to skom­plikowana plątanina wielu spółek, fundacji i przedsięwzięć medialnych. Nawet wprawnemu doradcy finansowemu trudno byłoby rozsupłać tę sieć powiązań. W Kra­jowym Rejestrze Sądowym zarejestrowa­ne są obecnie cztery: Farmrad, Prowork, Agriwork i Agristaff, z których każda ma wpisaną w profil działalności hodowlę zwierząt. Patrząc na ich sprawozdania fi­nansowe, można się zastanawiać, o co tak właściwie idzie gra - wszystkie ledwo wią­żą koniec z końcem, w ostatnich dwóch latach zanotowały straty. Zastanawiają­ce, że aż trzy z nich w 2016 r. przyniosły co do grosza taką samą - 746,70 zł.
   Co więcej, Wójcik, który tak chętnie pod­kreśla znaczenie utrzymania miejsc pracy, w żadnej ze swych spółek nie zatrudnia ani jednego pracownika! Być może na­wet żadna z tych firm nie prowadzi fermy. W rejestrze inspekcji weterynaryjnej ani jedna ferma w Polsce nie jest dziś na nie­go zarejestrowana. W Stromcu na Mazow­szu, gdzie mieszczą się jego firmy i gdzie zamieszkuje, jedną fermę prowadzi jego żona Danuta, drugą Grzegorz Domagała.
   Cała trójka jest ze sobą związana rów­nież biznesowo - zakładali m.in. najważ­niejszą fundację Wójcika, czyli Fundację Wsparcia Rolnika - Polska Ziemia, a Do­magała był pełnomocnikiem w jednej z firm Wójcika.

Rozdrabniamy się
Jeszcze trzy lata temu wszystko wyglą­dało trochę inaczej. Z rejestru Inspekcji Weterynaryjnej wynika, że w Styczniu 2015 r. w rękach Szczepana Wójcika i jego krewnych znajdowała się niemal setka ferm, co stanowiłoby jedną dzie­siątą wszystkich w Polsce. W rzeczywi­stości hodowle te powstały po podziale większych ferm norek działających w kil­kunastu miejscowościach. Najbardziej rozdrobniono ogromną fermę w Córecz­kach, ale także kilka mniejszych. W 2016 r. większość z tych podmiotów zamieniono na spółki cywilne. Wszystkie zostały zarejestrowane w rodzinnym gospodarstwie Szczepana Wójcika w Stromcu. Następnie przejęły je pozornie niezwiązane z Wójci­kiem osoby. W efekcie w aktualnym reje­strze weterynaryjnym trudno na pierwszy rzut oka zdać sobie sprawę ze skali dzia­łalności rodziny Wójcików: podzielone fermy figurują teraz jako jednoosobowe własności prywatne tych osób.
   Jak wynika z KRS, pod tym samym ad­resem w Stromcu są zarejestrowane jesz­cze firmy - Norrad i Rolfarm. Szczepan Wójcik razem z bratem był ich właścicie­lem do początku 2015 r. Dziś prezesami Norradu i Rolfarmu są osoby o ukraińsko brzmiących nazwiskach Wołodymyr Krasowskij i Myhaiło Krasowskij. Co takiego stało się trzy lata temu, że nagle wiele ferm w Polsce przeszło duże zmiany właściciel­skie? Wytłumaczeniem mogą być zmiany w przepisach podatkowych, które weszły w życie z początkiem 2016 r. Nowe przepi­sy preferują mniejsze fermy, z dochodem rocznym poniżej 1,2 mln euro. Takie nie muszą płacić podatku CIT ani prowadzić ksiąg rachunkowych. Płacą jedynie 19 zł od każdej samicy norki z tzw. stada pod­stawowego, ale podatku od sprzedaży skór norek-dzieci ani podatku VAT już nie.

Front przeciw lewakom
Gdy ruszyła kampania przeciwko za­kazowi hodowli, przedstawiciele branży nie wychodzili z mediów. Wójcika można było zobaczyć głównie w tych związa­nych z prawicą i władzą - od TV Trwam i Radia Maryja, przez „Gościa Niedziel­nego”, po oficjalny profil zeszłorocznego Marszu Niepodległości, a związane z nim fundacje wspierały różne wydawnictwa, m.in. dodatek do „Super Expressu”, który często stawał po stronie hodowców norek. Wyjątkiem w tym medialnym froncie jest TVP (wpływy Czabańskiego?) i „Gazeta Polska”, która piórem m.in. Wojciecha Muchy opisuje niechlubne strony branży i protesty mieszkańców wsi sąsiadujących z hodowlami.
   Wójcik nie zaniedbał jednak także me­diów bardziej centrowych, w czym miał go wspomagać były poseł PiS i KORWiN Przemysław Wipler. Wystąpił w Wirtual­nej Polsce, która we współpracy z jedną z organizacji hodowców zwierząt futer­kowych stworzyła nawet specjalny serwis prezentujący ich punkt widzenia. Wójci­ka przy okazji kolejnych eventow chętnie cytował nawet naTemat.pl, pozwalając bezkrytycznie atakować obrońców zwie­rząt jako siedlisko patologii i niebezpiecz­nej ideologii.
   Najmocniej pomagały jednak media z koncernu ojca Rydzyka. Wójcik nie mógł się nachwalić ich życzliwości i za­angażowania. „Media toruńskie to jedne z nielicznych, które nie bały się otwar­cie wyrazić swojego zdania” - mówił w naTemat.pl.
   Wójcik wraz z członkami rodziny za­łożył też własne stowarzyszenia, funda­cje, instytuty i media, by w nich walczyć o prawa dla przemysłu futrzarskiego oraz obnażać „ekoterrorystów” i „pseudoekologów”. Najważniejsza jest tu Fundacja Wsparcia Rolnika - Polska Ziemia, wydaw­ca m.in. dwóch serwisów internetowych: informacyjnego wSensie.pl oraz bran­żowego ŚwiatRolnika.info. Ten pierwszy chętnie sięga po opinie publicystów ucho­dzących za nacjonalistycznych, wręcz an­tysemickich, m.in. Stanisława Michalkiewicza czy Leszka Żebrowskiego.
   Fundacja WR PZ była również współor­ganizatorem pamiętnego Marszu św. Hu­berta, w którym wzięły udział organizacje bliższe sercu ojca Rydzyka i byłego mini­stra środowiska Jana Szyszki niż prezeso­wi PiS. Nie bez powodu Kaczyński zakazał swoim parlamentarzystom udziału w mar­szu pod groźbą usunięcia z partii.
   Ostatni element Wójcikowej układanki piarowskiej to ekspercki Instytut Gospo­darki Rolnej, któremu dyrektoruje Jacek Podgórski. Wszystkie mieszczą się w tym samym miejscu: na zlokalizowanym w centrum Warszawy osiedlu 19. Dzielnica.
   Fundatorem FWR PZ był Szczepan Wójcik, który do dziś pełni rolę prezesa (wiceprezesem jest jego siostra). W ra­dzie fundacji zasiadała jeszcze jego żona i biznesowy partner Grzegorz Domagała. W jej statucie zapisano, że zajmuje się m.in. „opieką i pomocą hodowcom i zwie­rzętom hodowlanym”, „propagowaniem i upowszechnianiem certyfikacji ferm” (to rozwiązanie ma wejść w życie zamiast zakazu hodowli) oraz „popularyzacją idei, iż hodowla zwierząt jest istotną gałęzią rol­nictwa i należy ją wspierać”.
   To właśnie ta założona w 2014 r. funda­cja stoi za uruchomioną z końcem lutego i prowadzoną z rozmachem przez cztery miesiące tego roku głośną akcją #RespectUs. Jak można przeczytać na stronie inter­netowej przedsięwzięcia, zostało zorgani­zowane dzięki „zaangażowaniu i wsparciu” FWR. Rzeczywiście, w przeciwieństwie do firm Wójcika finansowe możliwości jego fundacji robią wrażenie. O ile w pierw­szym roku działalności Fundacja Wspar­cia Rolnika miała przychody na poziomie 190 tys. zł, to już na koniec ubiegłego roku, gdy ruszał lobbing na rzecz utrzymania hodowli zwierząt futerkowych, aż 2 mln zł.

Kto przeprosi futrzarzy?
O Fundacji Wsparcia Rolnika zrobiło się głośno we wrześniu 2016 r., po tym jak „Newsweek” ujawnił, że jej ekspertami są prominentni politycy - głównie PiS, ale też PSL i Kukiz’15. Ci pierwsi to śmie­tanka obecnej władzy, m.in. ówczesny minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel i jego następca Jan Krzysztof Ardanowski, którzy z racji zajmowanego stanowiska nadzo­rowali fundację, obecny szef Komitetu Stałego Rady Ministrów Jacek Sasin oraz europoseł Zbigniew Kuźmiuk. Czym się konkretnie zajmowali, nie wiadomo. Wójcik zapewniał, że nie brali za to pie­niędzy. Po publikacji tygodnika nazwiska polityków wraz z całą zakładką „eksperci” zostały usunięte ze strony FWR. Do listy ważnych polityków popierających lobby futrzarskie należy dopisać jeszcze Jana Szyszkę, byłego ministra środowiska. Szyszko był jednym z głównych boha­terów filmu zrealizowanego przez FWR atakującego obrońców zwierząt jako tych, którzy chcą zniszczyć branżę futrzarską.
   Jednak pierwszym dużym przedsięwzię­ciem Wójcika i jego ludzi przeciwko zakazo­wi hodowli była demonstracja z 8 grudnia.
Jej organizatorem był IGR, za przebieg oso­biście odpowiadał Podgórski. Później, pod koniec lutego, ruszyła #RespectUs. Pomysł wyszedł od Wójcika - tak przynajmniej twierdzi Marek Miśko, który w jednym z wywiadów nazwał go „filantropem”.
    „Niesamowita oddolna inicjatywa” - pia­ły prawicowe portale na temat #RespectUs, przedstawianej jako akcja obrony dobre­go imienia Polski za granicą, prowadzonej pod hasłem „Podczas II wojny światowej Polacy uratowali 100 tys. Żydów” (do dziś nie wiadomo, skąd wzięli tę liczbę). Naj­bardziej widocznym elementem akcji były ciężarówki z wielkim napisem #RespectUs na plandekach. I tu ciekawostka - niektó­re należały do firmy produkującej paszę dla zwierząt futerkowych Futrex należą­cej do holenderskiej rodziny van Ansem, która również ma duże fermy norek w pol­skim zagłębiu futrzarskim koło Goleniowa w Zachodniopomorskiem.
    „Młodzi walczą o dobre imię Polski! - ogłaszał serwis wSensie.pl. Młodzi, czyli przede wszystkim Marek Miśko, przedsta­wiany jako współorganizator akcji, który wystąpił w najgłośniejszym, mocno pod­lanym narodowo-populistycznym sosem klipie. Ucharakteryzowany na krwawiące­go niby-powstańca recytuje z emfazą tekst piosenki flirtującej z nacjonalistami grupy Lumpex75, kończąc słowami: „i tylko mnie jedno przenika do głębi, że mnie, k..., nikt nie przeprasza”.
   Miśko, niedawny dziennikarz publicz­nego Radia dla Ciebie, to bliski współpra­cownik Wójcika - jest dyrektorem general­nym Polskiego Przemysłu Futrzarskiego, czyli założonej niedawno kolejnej orga­nizacji związanej z Wójcikiem. Przed­stawia siebie tak: „Jestem narodowcem. Ponad 15 lat w Młodzieży Wszechpolskiej ukształtowało mój charakter”.
   Krok po kroku właściciele ferm znów dopięli swego i pewnie przez parę lat mogą spokojnie rozwijać biznes. PiS skapitulo­wał, prezes wykonał „trudny” krok w tył. Lobbing zadziałał. Jak mówiła gazecie.pl jedna z posłanek tej partii - zapowiedź za­kazu hodowli zwierząt futerkowych uru­chomiła na wsi „atmosferę, że dziś norki, jutro świnie, a potem też kury”. A wieś roz­drażniona suszą, niskimi cenami skupu i groźbami ograniczenia unijnych dotacji jest dziś politycznie wyjątkowo nerwowa. Środowiska patriotyczne też były pode­nerwowane, że prezes Kaczyński ustępuje lewakom. Teraz wrócił spokój.
Grzegorz Rzeczkowski

POLITYCE nie udało się umówić na spotkanie ze Szczepanem Wójcikiem. Lobbysta poprosił o pytania mailem, jednak nie odpowiedział na nie do chwili zamknięcia tego numeru. Jak stwierdził,„zebranie danych wymaga czasu”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz